• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Horyzontalna > Lodowisko "Permafrost"
Lodowisko "Permafrost"
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
23-11-2025, 10:10

Lodowisko "Permafrost"
Na końcu wąskiej, brukowanej uliczki w alei Horyzontalnej, za łukiem stworzonym z figur lodowych, znajduje się całoroczne lodowisko Permafrost. Dzięki zaklęciom tafla lodu nigdy nie jest zbyt rozjeżdżona, a w jej głębi migają drobne błękitne iskierki, jakby ktoś ukrył tam świetlne drobinki. Wokół stoją wysmukłe latarenki pokryte szronem, oświetlające przestrzeń ciepłym blaskiem. Gdy tylko postawi się na lodzie pierwszy krok, słychać delikatną melodię, spokojną i łagodną, wypełniającą całe lodowisko. W pobliżu znajduje się mała kawiarnia serwująca ciepłe przekąski i napoje wszelkiej maści, oraz bezosobowa wypożyczalnia łyżew. Wystarczy wypowiedzieć numer buta do lodowego posągu, a u jego podstawy natychmiast pojawiają się odpowiednie łyżwy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (3): « Wstecz 1 2 3
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#21
Lillie Wellers
Czarodzieje
Wiek
20
Zawód
Ścigająca Harpii z Holyhead
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
1
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
25
Brak karty postaci
28-01-2026, 18:59
Może kiedyś Lillie zmieni swoje nastawienie. Może kiedyś odważy się i będzie w stanie powiedzieć nieco więcej na temat swojej przeszłości i nie bać się, że ktoś ją odrzuci. Zauważyła, że ludzie zdecydowanie lepiej się przy niej czują, gdy zaraża ich dobrym humorem. Gdy podchodzi do wszystkiego optymistycznie. Kiedyś już słyszała, że jest silna. Ciężko jej było w to uwierzyć, nie do końca rozumiała takie podejście, ale... Na razie było jak było. Ludzie wiedzieli, że jej rodzice nie żyją. Że straciła ich w wypadku, razem z dwoma braćmi. I że adoptowali ją państwo Wellers - do Hogwartu poszła już jako Lillie Wellers. I w sumie wcześniej nic więcej nie mówiła. Dopóki nie była z kimś mocniej związana, nie chciała. To była jej mała tajemnica, którą najchętniej zabrałaby ze sobą do grobu.
- I na tym poprzesta.ńmy, wiemy, że przyjemność jest ważna w życiu! A przyjemnością jest jeżdzęnie na łyżwaaaaaach! - rzuciła jeszcze zanim stanęła już w łyżwach. Mówiła w końcu samą prawdę!
- Daj spokój, raz na jakiś czas chyba nie zaszkodzi, jak dostanę bilet. I oddam go komuś bliskiemu. Oczywiście nie przesadzając, nie mogę też nadużywać, zdaję sobie z tego sprawę, dzięki, że trzymasz rękę na pulsie, ale i tak zobaczę, co da się zrobić. Podobno oglądanie meczu z loży VIPowskiej to nie lada gratka! Nie wiem, nigdy nie oglądałam, ale może mi opowiesz, jak już tam się znajdziesz? - uśmiechnęła się wesoło, a zaraz doszły do niej słowa o banerze. Oczy jej pojaśniały i wyglądały jak galeony, tak szeroko je otworzyła. Uniosła obydwie dłonie, przysłaniając otwarte usta, bo przecież nie wypadało stać z rozdziawioną buzią. - No co Ty! Koniec loża VIPowska z takim bannerem! I ja MUSZĘ go zobaczyć!
Przyglądała mu się uważnie, gdy stał na lodzie. Nie mogła przecież pozwolić, by na start się przewrócił! Co to by była z niej za nauczycielka? Dlatego z delikatnym uśmiechem na ustach patrzyła na niego, gotowa w razie co go łapać. Chociaż on tego nie chciał, zaraz by wyciągała w jego stronę łapki, chcąc go wspomóc swoim chwytem. Ale chłopak dawał sobie radę. A widząc, jak próbuje stanąć wpierw na jednej, potem na drugiej nodzie, była z niego dumna. Podskoczyła parę razy, wyraźnie zadowolona i ucieszona z jego osiągnięcia. Bo przecież z nawet najmniejszego trzeba było się cieszyć!
- Brawoooo! Super, świetnie Ci idzie! Jeszcze trochę i będziesz jeździł jak szalony! - no, może odrobinę przesadzała, ale z drugiej strony... Widziała potencjał. Złapanie równowagi nie było najłatwiejsze, a to był naprawdę dobry start!
Skinęła głową, mocno skupiona, gdy powiedział, że spróbuje się odpychać lewą. Uważnie mu się przyglądała, w skupieniu, nie chcąc, by cokolwiek jej umknęło. Gdyby zrobił coś źle i by to dojrzała, mogłaby przecież mu pomóc, prawda? No i ruszył. Z początku w miarę powoli, a uśmiech na twarzy Lillie tylko się powiększał. Ona już widziała, jak chłopak jedzie bez jej pomocy i bez barierki! Jak łapie wiatr we włosy, jak się rozluźnia i cieszy jazdą na łyżwach...! I może to właśnie dlatego nie przyuważyła, że chłopak popełnił błąd i go nie zdążyła zauważyć i zareagować? Po chwili puścił jej dłoń i Lillie nieco zaskoczona odjechała parę metrów. Dopiero potem się zatrzymała i momentalnie odwróciła w jego stronę. Widziała, jak wisiał na bandzie, a po chwili opadł na lód. Nawet nie zwróciła uwagi na jego słowa. Dwa szybkie susy i była już obok niego, szybko kucnęła przed chłopakiem, obejmując dłońmi swoje kolana. Utrzymała się na tafli, bez większego problemu.
- Żyjesz? Coś Cię boli? Poobijałeś się? Przepraszam, nie zauważyłam! - powiedziała dość szybko, widocznie o niego zmartwiona. Ale gdy już ogarnęła, że chłopakowi nic nie jest, powoli podniosła się do pozycji stojącej i wyciągnęła w jego stronę dłoń. - Chodź, pomogę Ci. Zaprzyj się nogami i podnieś się.
Nie powiedziała mu, że miała cel. Nie chciała mu pozwolić złapać się bandy. Zamierzała go pociągnąć w swoją stronę, delikatnie oczywiście by go nie zabić - ale zamierzała wyjechać z nim na środek lodowiska. Bo przecież do odważnych świat należy, prawda?
You make this world a little wild, We love it on the other side
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#22
Keith Croft
Akolici
Wiek
23
Zawód
Pracownik restauracji
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
9
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
6
Siła
Wyt.
Szybkość
10
8
8
Brak karty postaci
03-02-2026, 20:54
Pokręcił głową z rozbawieniem. Każdy człowiek odnajdywał przyjemność w czymś innym. Ona uwielbiała latać na miotle i jeździć na łyżwach, on lubił spędzać czas ze znajomymi. Lubił też imprezować ale z tym jednak nie powinien przesadzać. Powiedział kiedyś siostrze, że jest młody i to jest czas na zabawę, machnął ręką na jej słowa o ustatkowaniu się. Oczywiście, wiedział, że i na niego jeszcze przyjdzie czas, ale teraz nie chciał o tym myśleć. W jego głowie, chcąc nie chcąc, nie był jeszcze wystarczająco odpowiedzialny aby zająć się drugą osobą. Jeszcze niedawno sam nie był w stanie zadbać o siebie, nie wiedział co chce robić w życiu, jak więc mógł zadbać o kogoś innego? Bo przecież właśnie z tym kojarzyło mu się ustatkowanie się. Oczywiście, obejmował ludzi opieką, był gotów zrobić dla najbliższych wszystko, ale takie prawdziwe zadbanie, zapewnienie im dobrostanu było jeszcze poza jego zasięgiem. W każdym razie w jego oczach.
Roześmiał się wesoło widząc jej reakcję. Była niemożliwa.
- No dobrze, niech ci będzie. Jeśli uda ci się zdobyć dla mnie bilet, ale jak mówiłem, nic na siłę, to przyjdę z największym banerem jaki uda mi się tylko zrobić. - pokiwał głową z rozbawieniem patrząc na nią.
Widział, że sprawił jej tym nie lada frajdę. Potrafił sobie wyobrazić jak przebiera nogami przed wyjściem na boisko, bo chce zobaczyć ten baner. Co prawda nigdy czegoś takiego nie robił, ale z całą pewnością się bardzo postara aby nie zawieść jej oczekiwań. Dla niego z resztą to również będzie niesamowite przeżycie. Oglądanie prawdziwego, profesjonalnego meczu Qudditcha na pewno nie mogło się równać ze szkolną ligą. Ludzi było o wiele więcej, było o wiele głośniej i w ogóle atmosfera była bez porównania. Na samą myśl uśmiechnął się szeroko i poczuł podekscytowanie jakby już miał zagwarantowany ten bilet.
Po chwili jednak już całkowicie skupił się na lekcji jazdy na łyżwach. Zanim wyrżnął orła, któremu daleko było do jakiejkolwiek gracji, miał wrażenie, że już łapie co i jak. Początkowy strach ustąpił podekscytowaniu, że w ogóle udało mu się ruszyć do przodu. Może to wszystko wcale nie było takie złe i cały ten jego lek był kompletnie bezpodstawny? Uśmiech i pochwały Lillie jedynie go zachęcały do dalszych prób. Wszyscy w około nich poruszali się po lodzie bez problemu i w zasadzie nikt nie zwracał na nich uwagę. Z całą pewnością nie był pierwszym, który stawiał tutaj swoje pierwsze kroki na łyżwach i ludzie się po prostu o tego przyzwyczaili. Zdecydowanie dodało mu to śmiałości i z cała pewnością był to jeden z głównych czynników dlaczego poczuł się zbyt pewnie. Gdy w końcu i niechybnie, wylądował tyłkiem na ziemi, o dziwo wcale go to nie zniechęciło. Roześmiał się i teraz jedynie rozbawienie było widoczne na jego twarzy.
- Nic mi nie jest, naprawdę. Ale nie powiesz, to była widowiskowa gleba, chociaż wydaje mi się, że stać mnie na lepsze. - powiedział ze śmiechem.
Nie mogąc się samemu podnieść w końcu chwycił jej dłonie. Kierując się jej wskazówkami zaparł się łyżwami o lód, nie pozwalając im wejść w poślizg, po czym powoli się podniósł, tym razem uważając na każdy ruch. Wyprostował się dopiero kiedy upewnił się, że stoi w miarę pewnie na lodzie.
- Okey i co dalej? - spytał nie odrywając od niej wzroku, a po chwili zdał sobie sprawę, że bada została za nim - Lillie co robisz? Nie, nie, daj mi wrócić do bandy, błagam. - spojrzał na nią błagalnie czując jak ogarnia go panika.
Cała ta pewność siebie ulatywała z każdym centymetrem kiedy oddalał się od zbawiennej bandy. Bandy, która była jego ratunkiem gdyby miał znów upaść.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#23
Lillie Wellers
Czarodzieje
Wiek
20
Zawód
Ścigająca Harpii z Holyhead
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
1
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
25
Brak karty postaci
07-02-2026, 23:29
Ona już nie mogła się doczekać, by móc mu sprezentować bilety. Lubiła, gdy znajomi oglądają jej mecze. Gdy rodzice byli na trybunach i gdy potem mogła porozmawiać z ludźmi na temat meczu. Albo cieszyć się z wygranej, ale narzekać na swoją grę, jeśli przegrali. Bo chociaż była to gra zespołowa, Lillie często dostrzegała swoje najmniejsze błędy. Nawet takie, które raczej nie miały znaczenia w meczu, a ona i tak zawsze na to narzekała. I nikt praktycznie nie mógł jej przetłumaczyć, że którykowiek z tych błędów nie miał wpływu na ostateczny wynik. Lillie za bardzo brała do siebie porażki, ale to ją tylko motywowało do większego starania się - zdarzały się dni, kiedy nie wychodziła z łóżka, bo nie miała siły. Ale z reguły trwało to jeden dzień, nie więcej. Musiałaby być naprawdę padnięta, gdyby załatwiła się na więcej dni.
- Oh, jak tylko uda mi się załatwić bilet, zaraz dam Ci znać. Nie mogę się doczekać, aż będziesz mógł zobaczyć jakiś mój mecz. Znaczy nasz, Harpii. - uśmiechnęła się szeroko, naprawdę mając teraz w głowie mus zdobycia biletów. Nie wchodziło to w dyskusję - załatwi mu bilet. Albo za niego zapłaci i mu się nie przyzna. Keith nie musiał wiedzieć. Chciała i już.
Wszystko szło zgodnie z jej wyimaginowanym planem. Keith odważył się jechać na łyżwach. Ruszać się, łapać podstawy. To było najważniejsze! Wellers już była wniebowzięta. A może za jakiś czas przyjdą tutaj ponownie? Już myślami wędrowała w dość niebezpieczne tory, że będą sobie razem jeździć, śmiać się i działać na lodzie. Nie podejrzewała co prawda, by zaraz z ich jeżdzenia wyszło jazda figurowa, ale chociaż będą mogli dobrze się bawić, a to przecież było najważniejsze, czyż nie?
- Zdecydowanie widowiskowa. Ale gdybyś widział, jaką ja potrafię zaliczyć... Ach, ale nie pokażę Ci teraz, bo jeszcze bym Cię zawstydziła. - wystawiła język w jego kierunku, podjeżdżając do niego. Pomogła mu stanąć pewniej na nogach i czekała tylko, aż będzie mogła wprowdzić swój plan w życie. No i gdy chłopak dał się podejść, uśmiechnęła się kącikami ust. Odchrząknęła.
- Chodź, dobrze będzie. Znaczy, jeźdz, nie idź. - lepiej żeby jechał, bo chodzenie w tym momencie zaowocowało by zapewne kolejnym upadkiem, a przecież nie o to chodziło, prawda? Miał się nauczyć jeździć - a co lepiej działało, niż wypuszczenie na głębszą wodę, co? - Spokojnie, wszystko pod kontrolą, trzymam Cię za rękę. Ja będę teraz Twoją bandą. - wyszczerzyła się do niego, odwracając się przodem do jazdy i stanęła obok niego. Ścisnęła mocniej jego dłoń. - I patrz teraz, prawa, lewa, prawa, lewa, zacznij wolno, spróbuj się ze mną zsynchronizować. Tak będzie łatwiej i nabierzesz lada moment wprawy, zobaczysz! - czy jej wiara w chłopaka była zbyt duża? Nah, nie wierzyła w to. Na pewno sobie zaraz poradzi!
You make this world a little wild, We love it on the other side
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#24
Keith Croft
Akolici
Wiek
23
Zawód
Pracownik restauracji
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
9
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
6
Siła
Wyt.
Szybkość
10
8
8
Brak karty postaci
09-02-2026, 12:44
Nadal pamiętał jak chodził na szkolne mecze. To było super wydarzenie, ale już wtedy wiedział doskonale, że z niego nie będzie lotnika. Od samego patrzenia na te akrobacje kręciło mu się w głowie i teraz, z upływem czasu, zaczął się zastanawiać czy to nie było preludium jego choroby morskiej. Nie zmieniało to jednak faktu, że już się nakręcił na to, że będzie mu dane pójść na taki profesjonalny mecz. Był przekonany, że to co działo się na szkolnym boisku to pikuś w porównaniu z tym co zobaczy na tym meczu. Domyślał się, że będzie pewnie szukał Lillie na bosiku, a i tak będzie mu ciężko nadązyć, bo przecież zawodnicy potrafili rozwinąć duże prędkości i będą mu pewnie tylko śmigać przed oczami. Nie zmieniało to jednak faktu, że już zaczął powoli planować w głowie baner, który zabierze ze sobą, będzie musiał być kolorowy aby wyróżniał się z tłumu, a Lillie mogła go zobaczyć z powietrza i wiedzieć, że przyszedł i drze gębę najgłośniej jak tylko potrafi.
- Możesz być pewna, że to ciebie będę wypatrywał z trubyn. – puścił jej oczko z uśmiechem wymalowanym na twarzy – Reszta drużyny to tylko tło. – wyszczerzył do niej zęby w uśmiechu.
W sumie ta cała jazda na łyżwach nie była taka zła. Może i groziło to upadkiem, bo przecież upadek był procesem nauki, to mimo wszystko nie było to takie straszne jak początkowo myślał. Tak, był przerażony perspektywą wejścia na lód, ale kiedy się już na nim znalazł wszystko jakby poszło w niepamięć. Nie chciał również zawieść Lillie, bo widział doskonale, że jej zależy na tym aby się dobrze czuł i bawił. Podejrzewał, że z taką nauczycielką pójdzie mu całkiem nieźle.
- Nie wierzę, że ty się wywracasz. – pokręcił głową – I szczerze powiedziawszy wolałbym żebyś tego nie robia. Szkiele-Wzro to cholernie nieprzyjemny eliksir, uwierz mi na słowo. – skrzywił się na samo wspomnienie jak musiał któregoś dnia go wypić kiedy złamał rękę spadając z drzewa za dzieciaka – Więc jedyną osobą, która będzie robila dzisiaj wstyd to ja. – dodał z rozbawieniem.
Jednak gdy ruszyła do przodu, ciągnął go delikatnie za sobą, automatycznie się cały spiął. Nie czuł się na siłach aby wyjeżdżać dalej na lód. Nogi mu zesztywniały i patrzył na nia z nieskrywanym niepokojem. Trzymał ją kurczowo za dłoń, nieironicznie zaczynając się bać o własne życie. Jej uśmiech i dobre słowo co prawda pomagały załagodzić nerwy, ale tylko częściowo. Dał jej się więc ciagnąć przez fragment lodowiska, a kiedy się zatrzymali wziął głęboki wdech. No mleko sie rozlało, teraz już samodzielnie nie wróci do bandy i jedyne co mu pozostało to na niej polegać.
- Lewa, prawa... – powrtórzył po niej niepewnie, po czym lekko skinął głową.
Przeniósł spojrzenie na swoje nogi i starał się je wprowadził w jakikolwiek ruch. Te jednak na początku odmówiły mu posłuszeństwa i po prostu stał starając się wolą umysłu zmusić je do czegokolwiek.
- Okey, dobra...jeszcze chwila...okey, będzie dobrze. – zaczął sobie powtarzać lekko przy tym kiwając głową, po czym wziął głęboki wdech i w końcu ruszył minimalnie lewą nogą do przodu.
Mocniej zacisnął palce na jej dłoni czując jak rusza do przodu, kilka centymetrów, ale to sprawiło jakby ciało samo chcialo się ruszyć do przodu i moment później dołączył do tego prawą nogę. Zerknął na jej nogi by sprawdzić jak ona to dokładnie robi, by po chwili znów wprawić w ruch lewą nogę. Tym razie pewność siebie nie wzięła góry, tym razem poruszał się powoli do przodu, bardzo pokracznie, ale jednak do przodu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#25
Lillie Wellers
Czarodzieje
Wiek
20
Zawód
Ścigająca Harpii z Holyhead
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
1
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
25
Brak karty postaci
17-02-2026, 17:50
Słysząc jego hasło, że to ją będzie wypatrywał na meczu, spowodowało coś dziwnego. Niejednokrotnie przecież słyszała takie słowa - od rodziców chociażby. Od Thalii i Lysandra też, nawet od przyjaciół! Ale jakoś głosem Keitha brzmiało to nieco inaczej. Delikatny rumieniec pojawił się na jej policzkach i przez ułamek sekundy nie wiedziała, co zrobić. Jak się zachować. Czy w ogóle jakkolwiek. Zamrugała oczami i spojrzała na niego.
Na szczęście nie trwało to długo - szybko dała radę wrócić na ziemię z tego dziwnego miejsca, w którym znalazła się myślami. Ba, gdyby ją ktokolwiek zapytał, nie potrafiłaby powiedzieć, gdzie tak naprawdę się znajdowała.
- Ufam na słowo! - zaśmiała się cicho, czując teraz pewnego rodzaju podekscytowanie, że podzieliła się z nim tą pasją. Z reguły starała się skupiać na pasjach innych osób, a nie swoich - ale jak ten raz na jakiś czas skupiała się na sobie, nie mogła też narzekać, zwłaszcza, że wywoływało to wszystko bardzo dużo pozytywnych emocji.
Po paru chwilach roześmiała się, szczerze i głośno. Każdy się wywracał. Na pewno schlebiało jej to, że Keith raczej nie mógł sobie wyobrazić jej upadków. Ale to wcale nie oznaczało, że tego nie robiła. Co prawda w większości przypadków, jej upadki nie były niebezpieczne. Wiedziała, po jakim kątem momentami powinna upadać, bo sobie jedyne co obić ewentualnie nogę, rękę czy inną część ciała.
- Nie chciałabym, byś musiał używać Szkiele-Wzro, dlatego nie zamierzam pozwolić, by była taka potrzeba. - uśmiechnęła się do niego, prowadząc go na środek lodowiska. I tak się zatrzymała, czekając, co zrobi Keith.
Musiał w końcu jakoś wrócić do bandy. A może nie będzie chciał się złapać, tylko pojedzie już spokojnie dookoła lodowiska sam? Lillie czekała, pełna cierpliwości i zaciekawiona, co wybierze Croft. Cały czas trzymała go za dłoń, a gdy chłopak co jakiś czas ściskał jej palce swoimi, odwzajemniała ten ruch. Chciała, by poczuł, że ma w niej oparcie i że go nie zostawi, niezależnie od tego, co by się miało dziać.
- Dobrze Ci idzie, jesteśmy blisko bandy. Oddychaj, bo zaraz zemdlejesz z braku powietrza. - zaśmiała się cicho, jeszcze przez parę chwil mu dając wskazówki.
Ale koniec końców, zdecydowanie szybciej niż można się było spodziewać, chłopak złapał podstawy. Jeszcze przez jakiś czas Lillie ciągnęła go po lodowisku, starając się unikać często bandy - ale z uśmiechem na ustach spoglądała na Keitha, gdy udało mu się już praktycznie samemu jeździć po tafli. Obiecała sobie, że jeszcze nie jednokrotnie go tutaj przyprowadzi.

/zt Keith i Lillie
You make this world a little wild, We love it on the other side
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#26
Nataša Doherty
Zwolennicy Dumbledore’a
with defiance, with abandon, with hysteria; like an axe dreaming its way through their throats
Wiek
27
Zawód
zielarz w Św. Mungu, alchemiczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
20
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
24-02-2026, 01:03
3 maja 1962

W palcach dłoni wciśniętej w kieszeń rozpiętego – już wiosennego – płaszcza przewracała pierścień z rubinowym oczkiem, nieustępliwie, jakby mogła rozgrzać go ciepłem swojego dotyku i przemienić w podatną glinę; spokojniej jednak niż wtedy, kiedy przekraczała próg domu pani Millborrow i podążała za nią do przygaszonego zasłonami salonu (jakby kobieta nie chciała wpuszczać do środka przedwiośnia), w którym wyczuwała jeszcze zwietrzały ślad ich poprzedniej rozmowy. Usiadły przy tym samym stoliku, nakrytym tym samym obrusem, ceremonia wstępnych uwag na temat pogody i samopoczucia starszej kobiety też pozostała taka sama, grzecznościowy rytuał życzliwego zainteresowania – ale tym razem nie mogła strząsnąć z siebie uczucia, że Millborrow próbowała ją wybadać: sprawdzić być może, czy jej plan się powiódł, czy znalazła Lysandra, czy z nim rozmawiała i w związku z tym – czy wracała ze skórą zdartą mu żywcem z grzbietu (czy wybrała ją sobie do tego zadania nieprzypadkiem?), czy zdołał ją przekonać o swojej niewinności; czy podjął z nią tę grę kosztem naiwnej dziewczyny (czy tak ją właśnie widziała?) i czy odesłał jej odpowiedź za jej pośrednictwem, jakby była wojennym gołębiem pocztowym, nieistotnym, gdyby nie przywiązana mu do nogi wiadomość z przeciwnego frontu. Uśmiechała się umiarkowanie, stawiając na stole zamówiony przez wdowę ponownie eliksir uspokajający (czy rzeczywiście go potrzebowała, czy był jedynie wymówką?). Starała się przepuszczać podejrzenia przez bufor racjonalności i pryzmat prawdopodobieństwa, że myśli ma paranoiczne, strute równie przekonującymi słowami Lysandra, które nosiła w płyciźnie pamięci w ostatnim czasie. Tymczasem drobna zbrązowiała plama herbaty na obrusie – tym samym – przypominała uporczywie o drżeniu wdowiej ręki tamtego południa, kiedy, przypadkiem lub nie, z przekonującym rozżaleniem o nim mówiła, spoglądając na nią zeszklonym spojrzeniem. Miała wrażenie, że jego widmo przysiadło się do stołu razem z nimi – obecne w jej myśli i w myślach Millborrow, ale nie wywołane głośno, bo żadna z nich nie chciała zrobić tego pierwsza. Nataša miała nadzieję, że wdowa zdradzi się zniecierpliwionym pytaniem, czy może coś o nim słyszała w Londynie, odkąd ostatnio rozmawiały; wdowa miała może symetryczną nadzieję, że wspomni o nim dobrowolnie sama; obie zgodnie mówiły o czymś innym. Zanim zapukała w jej drzwi, myślała, że wypyta ją subtelnie o mężczyzn, o których wspominał Lysander, by sprawdzić, czy mówił prawdę, a w każdym razie czy w ogóle w tej historii istnieją, również z drugiej jej strony. Myślała, że zapyta ją o męża, mniej delikatnie. Myślała w końcu, że wyciągnie pierścień na stół i sprawdzi, co tym gestem rozjątrzy, poprosi w zamian o odpowiedzi, zażąda wyjaśnień.
Jednak kiedy drzwi jej domu się za nią zamknęły, w kieszeni wciąż ciążył jej rubin, a ona wciąż wiedziała tyle samo – że nie wie nic na pewno; że Lysander był krętaczem i złodziejem; że chciała mu, mimo to, wierzyć. Okazać mu trochę dobrej woli, nawet jeśli w dużej mierze po to, by wyjść na przekór jego przekonaniu, że nie istnieje bezinteresowność. Dowiedzieć się, w końcu, więcej o nim – nie o jego winach; i może wtedy dojść wreszcie do tego, czy mówił prawdę, nie przez próbę udowodnienia mu winy czy usprawiedliwienia go, ale wyłącznie przez to, że próbując mu zaufanie okazać, zdoła może istotnie mu zaufać, a więc odpowiedź będzie jasna.
Kiedy jednak wsunęła się do jego pracowni (minęło chyba już wystarczająco czasu, by pył po ich ostatnim starciu opadł) i stanęła znów przed nim – tym razem nie rzucając na powitanie bezczelnymi oskarżeniami – ze słabym uśmiechem na ustach, umiarkowanym bardziej przez powściągliwe usposobienie niż nastrój, nie wyciągnęła pierścienia z kieszeni, nie oddała mu go, nie postawiła wyroku przeciw pani Millborrow, tak samo jak nie postawiła go przeciw niemu. Zostawiłam u ciebie rękawiczki, usprawiedliwiła swoją wizytę. Trzymając je już w dłoni, nie wyszła. W palcach ręki wciśniętej w kieszeń przewracała rubin, dzisiaj i przy nim – spokojniej. Masz ochotę na kawę?
W powietrzu czuć było wczesną wiosnę; popołudniowe niebo było czyste, nieśmiałe jeszcze słońce, pochylone ku zachodowi, kładło się łagodną pieszczotą na licu, kiedy przemierzali niespiesznie uliczki centrum, nie mówiąc po drodze wiele. Nie chciała marnować dobrej pogody – chyba nie chciała też zamykać jego i siebie znów w ograniczonej przestrzeni, by nie przywoływać na myśl duszności poprzedniej rozmowy, atmosfery zagotowanej mocnymi słowami między ścianami i za przekręconym kluczem w drzwiach jego pracowni. Zdawało jej się, że to dobrze im zrobi: otwarta przestrzeń i możliwość ucieczki, dawana w pierwszym, drobnym, geście zaufania, w przeciwieństwie do potrzasku, w który próbowała go ostatnio złapać. Poprowadziła go więc w kierunku lodowiska, gdzie mogli kupić kawę w małej kawiarni; później, zamiast zostać w środku, zaprosiła go krótkim spojrzeniem na zewnątrz, by przystanąć przy kamiennej balustradzie, pozwalając, by – dla obustronnego komfortu – rozdzieliła ich szczupła łodyżka magicznie oszronionej latarni. O tej porze roku i dnia na lodzie było niewielu ludzi – pojedyncze człowiecze figurki sunęły raczej zdarnie: samotne, w parze, w rodzinnej kombinacji matki z roześmianymi dziećmi, od których przez moment nie odrywała spojrzenia.
Odstawiła swoją kawę na balustradzie i rozłożyła gazetę, wziętą z blatu w kawiarni – nowy numer Proroka Codziennego. Czytała go już wcześniej; wiedziała, którą stronę otworzyć, by spojrzenie Lysandra mogło natknąć się na nazwisko Shacklebolta i Dumbledora. Sama wydawała się jedynie otrzeć spojrzeniem o tekst, nieuważnie; nie zaprosiła go wprawdzie po to, by w milczeniu oddawać się przy nim lekturze.
– Nie wiedziałam, że pochodzisz z mieszanej rodziny – przyznała, pozwalając, by artykuł naturalnie wypełnił rolę wstępu do tego stwierdzenia, jak gdyby on dopiero przywiódł jej temat jego mugolskiego dziadka na myśl; jak gdyby nie miała go na myśli już wcześniej. – Więc nazwałeś pracownię swoim drugim imieniem czy imieniem dziadka? – spytała lekko, podnosząc na niego spojrzenie z lekkością prostodusznego zaciekawienia, choć nie próbowała ukrywać przed nim zdradliwej uważności osiadłej na dnie źrenicy jak przyczajona, wrażliwa na najsubtelniejsze zmiany prądu, płastuga. To, że o nim wtedy wspomniał, mówiło już wprawdzie wiele. Nie chciała, by ten zalążek porozumienia im umknął, szczególnie nie teraz, kiedy był tak istotny: na wagę złota, pokoju, przyszłości. – Mieszka w Londynie? – wydawała się rozumieć doskonale, że popełnia tym pytaniem możliwe potknięcie, po wojnie – mugolskiej i czarodziejskiej – zdawało się jednak, że nie dało się ich uniknąć, a ona zdążyła się z nimi oswoić. – Powiedz, że nie, jeśli wolałbyś, żebym dała mu spokój. Zbieram materiały do książki. To znaczy, na razie, do szuflady.
chodź do mnie, gryź i kop aż opadniesz z sił, aż Ci minie złość; na co czekasz? choć się boję, to przecież nie uciekam
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#27
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
26-02-2026, 21:41
Wspomnienie Zjazdu Absolwentów jest we mnie nadal żywe. Nie potrafię zapomnieć o rozmowie z Mayą, a najbardziej nie umiem wyrzucić z pamięci jej końcówki. Tego, w jaki sposób rozstaliśmy się oraz tego, jaki posmak pozostawiły po sobie nieprzemyślane decyzje. Nie wiem tylko które tu bardziej zawiniło; może ja ze swoją wyrywnością, a może jednak ona ze swym nadinterpretowaniem mojego zachowania. W każdym razie, nie potrafię znaleźć sobie dobrego miejsca, praca idzie mi jak po grudzie, pół biedy, gdyby było to kwestią nadmiernego zaglądania do kieliszka. Chociaż trzydniowy kac to już bardzo niepokojący objaw zwłaszcza dla medyka.
A może to maj? Dni wydają się nagle bardziej duszne, pozbawione już niemal całkowicie charakterystycznej rześkości zarezerwowanej dla wiosny. Słońce kładzie się za horyzontem na tyle późno, abym opuszczał pracownię w ciepłej pozłocie roztaczającej się nad szeroką wstęgą Pokątnej. Ludzi jest więcej, są o wiele bardziej żywotni, jakby wstąpiły we wszystkich nowe chęci i zapał zwiastujący zmiany na lepsze — a na takie przecież się nie zanosi. Atmosfera pozostaje mimo wszystko gęsta od momentu zaprzysiężenia nowego ministra, ludzie szepczą po kątach, momentami w ich oczach dostrzegam niechęć zarezerwowaną dla osobników, których się obawiasz bądź chcesz ich po prostu trzymać na dystans. Zaufanie zdaje się podupadać. Czy można ich za to winić? Wspominając przeszłe lata, a w szczególności te, które były pogrążone w chaosie wojny — obawy są jak najbardziej uzasadnione. Sam nie czuję tego jeszcze aż tak bardzo, bo zwykle trzymam się na uboczu, jednak byłbym kompletnym idiotą, gdybym wbrew instynktowi samozachowawczemu twierdził, że nic mi nie grozi. I że jestem święcie przekonany, że to nie moja rzecz. Zastanawia mnie wciąż tylko, ile będzie potrzeba czasu, żeby ludzie pod wpływem napięcia zaczęli się łamać i występować przeciwko sobie.
To za dużo jak na jeden dzień. Nie wiedzieć czemu, wszystko co obecnie przykleja się do mojej głowy ma charakter średnio zachęcający, żeby nie powiedzieć pesymistyczny. Zapewne jest to kwestią mojego nastawienia; jeśli budzisz się z nieprzyjemnym uczuciem niepokoju, zaczynasz wyłapywać potencjalnie zagrażające bodźce ze zdwojoną uważnością. I nawet te drobne, niewiele znaczące kwestie, urastają do rozmiarów tak ogromnych, że nie pomieściłoby ich boisko do gry w Quidditcha. Często pozostaje mi więc bezpieczna dłubanina w murach mojej pracowni, nawet po godzinach. Przez ostatnie (niecałe) trzy dni udaje mi się nadrobić wszystkie zaległości, które nagromadziłem w kwietniu, dlatego obecnie bujam się na krześle, bezmyślnie gryzmoląc coś na kartce papieru. Dłonie mam poplamione tuszem niczym rasowy urzędnik, który przebrnął właśnie przez stosy dokumentacji.
Na domiar złego, przynajmniej jak mi się przez moment wydaje, w progu Howell’s Hand, niczym widmo, staje sylwetka, co do której mam małe wątpliwości — cieszyć się czy nie? Oczy mimowolnie podróżują w kierunku wieszaka, gdzie smętnie układa się wysłużona już parasolka, zagubiony beret w kolorze zgniłej zieleni, kolejna różowa parasolka, a na półce powyżej rozbite okulary, apaszka w żaby i rękawiczki. Jak widać moi klienci mają tendencję do pozostawiania swoich rzeczy i powracania po nie „nigdy”. Tu jednak Doherty nie zawodzi i szybko komunikuje, że to właśnie para rękawiczek jest powodem jej wizyty. Uśmiecham się i wstaję, aby jej podać pozostawiony jakiś czas temu element garderoby.
Skłamałbym gdybym powiedział, że nie jestem ciekaw czy odwiedziła Millborrow. Mięśnie automatycznie sztywnieją na samą myśl w pozie obronnej. Ile tym razem będę musiał walczyć, jak bardzo się naginać? Mam jednak w sobie też nikłą nadzieję, że Nataša skapitulowała ostatecznie i nie zechce drążyć tematu. Prawie też odprowadzam ją wzrokiem pod same drzwi, kiedy w pewnym momencie odwraca się, a ja stoję z zastygłym na twarzy pytaniem.
Kawa? Jestem realnie zaskoczony, jednak równocześnie nie czuję oporów, żeby się zgodzić. Postępuję chyba wbrew swoim odruchom, bo zebranie się do drogi zajmuje mi dłuższą chwilę. Trzykrotnie sprawdzam w notesie czy aby na pewno mogę sobie pozwolić na przerwę (przecież uporałem się ze wszystkim…), ostatecznie chwytam pod pachę oliwkowy płaszcz i zamykam dokładnie drzwi do pracowni.
Pogoda jest przyjemna, na mieście nie ma tłoku. Wymarzone warunki, żeby odetchnąć, choć ja pozostawiam decyzję, czy mogę sobie na to obecnie pozwolić, na nieco późniejszy moment. Zupełnie nie wiem, czego spodziewać się po Doherty. Dla zmiany kontekstu przekierowuję więc uwagę w stronę otoczenia, wystroju kawiarni, później kubka z kawą i korzystających z lodowiska ludzi.
Przyglądam się jej badawczo dopiero wtedy, gdy rozkłada szeleszczącą gazetę i rzuca pytaniem jakby nigdy nic. Siedzi w niej ciekawość, zasiane ziarno zdołało wykiełkować na glebie pierwotnej niechęci. Powinienem brać to jako dobry znak.
Kiedy wyszła tamtego dnia z mojej pracowni myślałem o wielu rzeczach. O Millborrow, o przeszłości, o źródłach tego, skąd się wzięło we mnie tak wiele paskudnych nawyków, skąd potrzeba igrania z ogniem i poszukiwania ludzkiej uwagi w sposób patologiczny. Kim jestem oraz kim byłbym, gdyby moje losy potoczyły się nieco inaczej jeszcze w Ipswich. Może dlatego, zupełnie naturalnie, powiedziałem jej wtedy o moim dziadku?
— Będąc w Slytherinie ciężko się z tym obnosić. Wiesz przecież jak jest aż za dobrze… — stwierdzam z rozbrajającą lekkością. Kiedy los rzuca cię w gniazdo węży musisz poruszać się bardzo ostrożnie i uważać na to, ile o sobie mówisz. Miałem to szczęście, że adoptowany przez czystokrwistego wujka patrzącego niechętnie na mugoli, zostałem niejako okryty parasolem ochronnym w postaci zręcznego zamaskowania prawdy o rzeczywistym statusie krwi. Z perspektywy czasu budzi to we mnie niesmak, lecz będąc nastolatkiem naprawdę pragnąłem względnego spokoju. Czy zawsze więc byłem w porządku wobec moich towarzyszy niedoli? Pewnie nie. To chyba coś, czego nigdy nie przestanę się wstydzić. — Dziadek był mądrym, dobrym człowiekiem, jednak nie pamiętam go zbyt dobrze, więc jeśli liczysz na jakąś długą rzewną historię, to niestety cię rozczaruję. Ale może to właśnie dlatego? Dlatego, kiedy wybierałem nazwę, myślałem o nim? Jakby to miała być namiastka obecności, którą nie zdołałem się nasycić — przyznaję po chwili namysłu. Pochylam się nad kawą, spoglądam na chmury rysujące się w ciemnej cieczy. Wreszcie podnoszę kubeczek ku ustom, aby nieco się napić. Kątem oka zerkam jeszcze raz na rozłożonego Proroka. To celowo? — Znów cię rozczaruję, Doherty. Mieszkał w Ipswich. I nie sądzę, aby był wyjątkowo rozmowny, to znaczy możesz pójść na Stary Cmentarz, ale… — uśmiecham się blado. — Piszesz książkę? — pytam szybko, aby przypadkiem Natašy nie przyszło do głowy wyrzucać wyrazów współczucia. To było naprawdę dawno, dawno temu, nie zdołałem więc aż tak się przywiązać, co nie zmienia faktu, że bardzo chciałbym, aby moje życie ułożyło się inaczej. Nawet jeśli oznaczałoby to wychowywanie się wśród mugoli.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (3): « Wstecz 1 2 3


Skocz do:

Aktualny czas: 02-03-2026, 19:18 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.