• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Szkocja > Hogsmeade i okolice > Pub "Pod Trzema Miotłami" > Główne wejście
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
10-06-2025, 15:34

Główne wejście
W sercu czarodziejskiej wioski Hogsmeade, pub “Pod Trzema Miotłami” pozostaje niezmącnie żywy nawet w chłodne, mglistawe popołudnia. Każdy czarodziej z tych stron dobrze zna ten przybytek. Drewniana karczma o niskich stropach i zadymionych kątach przyciąga czarodziejów i czarownice spragnionych ognistej whisky oraz kremowego piwa. Nad ladą unosi się woń dymu, cynamonu i mokrego płaszcza. Ściany prezentują zacną - choć zdecydowanie przykurzoną - kolekcję starych mioteł, magicznych trofeów i portretów, które szepczą między sobą, zerkając na gości. Penelopa Figg, młoda i pełna energii barmanka, obsługuje z werwą i wdziękiem, budząc zainteresowanie każdego klienta. Rozmowy mieszają się z trzaskiem drewna w kominku i skrzypieniem podłogi. To miejsce to nie tylko karczma – to azyl, informacyjne centrum i wiecznie żywa scena czarodziejskiego życia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Willow Weasley
Zwolennicy Dumbledore’a
Nothing you can take from me was ever worth keeping.
Wiek
25
Zawód
Służba w Policji Magicznej
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
22
0
OPCM
Transmutacja
21
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
06-02-2026, 15:04
3 maja 1962
Każdemu zdarzy się czegoś zapomnieć, a jej najwyraźniej Zjazd Absolwentów zawrócił w głowie, że  aż zostawiła parę szpargałów. Nikt jej nie strofował, ale proszono grzecznie, aby następnym razem uważniej zbierała to, co do niej należało. W ten sposób, mijając sylwetki uczniów, wybyła z zamczyska, kierując swe kroki do Hogsmeade. Właściwie w połowie drogi, mogła już przeteleportować się do domu, zaszyć w swojej małej, londyńskiej kryjówce i wyspać przed poranną służbą. Jednak coś ją tknęło – sentyment? Nostalgia?
Kamienista ścieżka ozdobiona widokiem pól, pagórków i lasu wyglądała zbyt zachęcająco. Dziwnie było wracać w takiej miejsca, ile zostawiła tam wspomnień? A ile znajomości? Lekki uśmiech tańczył po ustach, bez szukania powodów. Wszak obiecała sobie, żeby na przekór wszystkim być weselszą, a to – ten spacer właśnie nakręcał kolejną pulę punktów radości. Drobiazg, a tak ważny. Małe przyjemności, drobne, ulotne chwile, to ona przywracały umysłowi harmonię. Tak krok za krokiem, wreszcie wyrosła przed nią dobrze znana wioska. Kręte uliczki, strzeliste daszki, kolorowe okiennice – tak jak zapamiętała, magiczny świat, który miał w sobie tak wiele uroku, znacznie więcej od wąskich uliczek miasta. Nie mogła ukrywać, że ją ciągnęło w takie rejony, w końcu były tym, co znała od dzieciństwa, z drugiej strony to miasto dawało anonimowość i inny rodzaj spokoju, którego zaznać na wsi nie można było. Jak wszystko: miało to swoje plusy i minusy.
Kiwnęła głową do paru znanych jej twarzy, zachód słońca sprowadzał ludzi na zewnątrz, gdy zamykali swoje interesy. Część kierowała się do domu, a inni szukali wrażeń towarzyskich. Gdzieś szwendały się odważniejsze niedobitki uczniów, którzy po odbytych zajęciach zapędzili się do Hogsmeade.
Idyllicznie, sielsko, spokojnie – inaczej, tak zupełnie inaczej. Przez to wszystko czarownica stanęła przed wejściem do Pubu Pod Trzema Miotłami, ile to razy w szczenięcych latach tam bywała? Chyba nie dało się tego zliczyć. Cóż, jej, więc szkodziło zajrzeć do środka, chociaż na momencik?
Popchnąwszy drzwi uderzył ją spory gwar i zapach kremowego piwa. Karczma w dosłownym znaczeniu tego słowa „żyła”. Oddychała, mówiła, a nawet tańczyła, bo jakaś starsza para, trzymając się za ręce bujała się w kącie przy gramofonie. Ścisnęło ją coś w żołądku, a parę czujnych oczu, które spojrzało w jej kierunku, sprawiło, że speszyła się jeszcze bardziej. Była tu sama, obca, wręcz turystka, nie tak jak kiedyś, gdy w szatach Hogwartu mogła być niemal, jak we własnym domu. Przytłoczona tym całym bagażem emocjonalnym zrobiła krok w tył i gdy tylko omiotła spojrzeniem przybytek ostatni raz, otworzyła drzwi, wychodząc na zewnątrz i wpadając z impetem na jakąś kobietę, która chyba z równym impetem chciała otworzyć drzwi.
– Najmocniej przepraszam! – natychmiast skierowała do nieznajomej, a po paru chwilach, gdy odpowiednie niteczki splotły się ze sobą pod rudą czupryną, Willow zrozumiała, że to wcale nie była „jakaś nieznajoma”. Wciąż trzymając dłonie na ramionach kobiety, którą w ten sposób chciała uratować przed upadkiem – w końcu sama wytrąciła ją z równowagi, chcąc wyjść zbyt raptownie – przypatrywała się znajomym rysom twarzy, choć starszym. Szczupłe policzki i zmęczone oczy były zupełnie inne, od tych, które patrzyły na nią w korytarzach Hogwartu. A może się myliła? – Darcy? – zapytała wprost. – Darcy Lovegood? Nie może być… – ile lat się nie widziały? Że też nawet nie wpadły na siebie parę dni temu, a teraz?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Darcy Lovegood
Czarodzieje
started bringing up the past, how the things you love don't last.
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
3
11
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
06-02-2026, 19:41
Czasem dobrze było wyrwać się z domu. Zostawić za sobą kolorowe firanki i fasadę pokrytą bluszczem, płot o nierównych sztachetkach, klomby z wolna podnoszących się do życia kwiatów i stróżujących ich jak gargulce zimozielonych krzewów, szopę z głupimi, ale niestety ładnymi projektami Caleba, ropuchy, miotłę stojącą na ganku i huśtawkę bujającą się na wietrze, jakby za sprawą umilającego sobie popołudnie ducha. Mimo że uwielbiała Dziuplę, kultywując plany niegdyś dzielone z mężem, to nie mogła udawać, że nie potrzebowała oddechu od kątów, w których zalęgła się ołowiana cisza. Darcy miała nadzieję, że nadchodząca wielkimi krokami wiosna przywróci domowi spokój, pozwoli mu ożywić się nieco, jak starcowi, z którego pleców czas nagle zdejmuje ciężar, pozwalając na wyprostowanie kręgosłupa; albo jak spisanej na straty kończynie, której zakończenia nerwowe jednak dało się wyleczyć. Znając życie, pewnie będzie to kończyna Caleba. Z jego ramionami często było coś nie tak przez bzdurne mordobicie, a z nią - coś nie tak, że nadal go leczyła, zbyt miękka, by powiedzieć "dość". Nie umiała spisać na straty tamtego poznanego na opiece nad magicznymi stworzeniami puchona, choć on już nie istniał, zastąpiony przez człowieka zdolnego do zdrady na własnym bracie. Jesteś zbyt sentymentalna, Suseł, i chłopcy będą potrafili to wykorzystać, zobaczysz, zarzekała się złośliwie jej siostra Xenophilia, w którą zniecierpliwiona Darcy rzucała gumiakami. A może trzeba było słuchać starszej Lovegoodówny, dziś mogłaby lepiej na tym wyjść.
Zwiedziła pół Hogsmeade, włócząc się zarówno bez celu, jak i wpadając na sprawunki, które same pchały się do głowy. W płóciennej torbie z wyhaftowanym wzorem niuchaczy i galeonów niosła właśnie mały zapas eliksirów wzmacniających dla babci, nowe wydanie ulubionej krzyżówki, dwa flakony z atramentem, blaszaną puszeczkę z suszonymi liśćmi melisy i gwoździa programu, absolutnie grzeszną przyjemność, za którą warto pójść na dno z Hipogry-polem: motyle skrzydła w cukrze z Miodowego Królestwa. I wygodnie byłoby to ukryć, ale niestety kupiła też ślimaki-gumiaki, kociołkowe pieguski, gały czekoladowe oraz lodowe płatki śniegu... A poza tym już ani grama słodyczy, słowo. Na mądrość Merlina i wszystkie inne świętości.
Ostatnim przystankiem przed powrotem do Dziupli były Trzy Miotły. Piwo kremowe powinno przypieczętować udane zakupy, a do tego podsycić wspomnienia odkopane spod warstw kurzu dzięki niedawnemu Zjazdowi. Tamtego wieczoru uśmiechała się tak często, że mięśnie twarzy, które wyszły z formy, odezwały się ścierpnięciem, ale i tak było warto. Obserwowała pojedynki na Turnieju, wzięła udział w Olimpiadzie (bez szału, ktoś musiał to ustawić), dużo czasu spędziła też w Skrzydle Szpitalnym (dla własnej przyjemności), gdzie przed oczyma mignęła jej bardzo... interesująca scena. Scena ściśle powiązana z płomienną burzą włosów, konstelacją piegów oraz gryfońską odwagą pokazaną podczas pojedynków o tytuł mistrza. Wszystko to razem buchnęło w nią w drzwiach - Darcy zachwiała się, powstrzymana przed upadkiem przez parę zaskakująco znajomych dłoni, należących do zaskakująco znajomej osoby, na której widok jej oczy rozbłysły.
- Cześć, Willow - uśmiechnęła się pogodnie i poprawiła ułożenie stóp, bo mało brakowało, a podeptałaby ją na powitanie, albo sama wywinęłaby gromoptaka na chodniku. - Dobrze cię widzieć. Tym razem z bliższa, niż z trybun w pojedynkowej sali, albo... - urwała, ważąc słowa na języku. Nie, jeśli powie, że widziała ją biegnącą za ręce z Fintanem, Weasley jeszcze teleportuje się do Kanady, a wolała przynajmniej chwilę z nią porozmawiać. - ...w innych częściach Hogwartu - wybrnęła koślawo i spojrzała na szyld, wypalony na szkolnych przygodach niczym drogowskaz do ambrozji. - Trudno się wyplątać z ramion nostalgii, co? - rzuciła ze zrozumieniem. Wiedziałaby, gdyby Willow regularnie pojawiała się w Hogsmeade, wioska nie była w końcu tak duża, a plotki niosły się po niej z tempem nowoczesnej miotły sportowej. Musiało chodzić o coś innego, natomiast bliskość daty Zjazdu była dość wymowna. - Masz czas? Chodź ze mną do środka, pogadamy jak cywilizowane czarownice. Nawet postawię ci piwo kremowe w ramach wartości dodanej - zaproponowała, opuszczając spojrzenie na twarz rudzielca. Tęskniła za nią, naprawdę tęskniła. Czemu dopiero teraz zdała sobie z tego sprawę?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Willow Weasley
Zwolennicy Dumbledore’a
Nothing you can take from me was ever worth keeping.
Wiek
25
Zawód
Służba w Policji Magicznej
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
22
0
OPCM
Transmutacja
21
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
07-02-2026, 22:16
Ile potrzeba było pecha w życiu, żeby mieć takie szczęście w ostatnim czasie do spotkania dawnych znajomych? Może same narodziny w piątek trzynastego by wystarczyły, wszak ktoś inny mógłby potraktować to jak najgorszy pech.
– Czyli ty też byłaś świadkiem mojej sromotnej porażki – zabrzmiała bardziej dramatycznie, niż tego chciała, a wstydliwy uśmiech zagościł na ustach, rumieniąc lekko policzki. Powtarzała sobie już na początku samego pojedynku, że przegrać z aurorką to żaden wstyd, a mimo to czuła pewien żal do siebie, mogła postarać się przecież bardziej. Zawsze może być lepiej, a nie zawsze po drugiej stronie różdżki stanie ktoś, kto nie będzie chciał jej upokorzenia. Jednak nie o tym powinna myśleć, na to przyjdzie czas. Druga część wypowiedzi czarownicy zastanowiła Weasely, uniosła nawet lekko brwi i choć początkowo korciło ją by zapytać „czemu nie zaczepiłaś mnie wtedy”, to powstrzymała się przed tym. Jakie miała prawa do zarządzania czasem panny Lovegood? Żadne. Sama też mogła wpaść na to, żeby poszukać tak bliskich jej osób, skupić się na znalezieniu naprawdę dawno niewidzianych twarzy. Uśmiechnęła się lekko i zabrała dłonie z ramion kobiety. – Trochę trudno, jak już raz sentyment złapie w garść, to nie potrafi puścić – zażartowała, splatając za sobą dłonie. Mimowolnie też przeanalizowała całą postać Darcy, dostrzegając pokaźnie wypakowaną torbę. Czyżby zakupy? A może również turystyczne zwiedzanie? – A mam trochę czasu – przyznała, lekko kiwając głową. – Nie, nie, za piwo podziękuję, raczej stronię od alkoholi, nawet tak lekkich – przyznała, cofając się w głąb pomieszczenia i przytrzymując drzwi dla drugiej czarownicy. – Ale herbatką nie pogardzę, jeszcze taką  z porządną łychą miodu – zaproponowała, nawiązując też do klasyku herbacianego, który pijała w Hogwarcie. Zdarzało się też, że sam miód nie był ze spiżarni Hogwartu, a ten przysłany z pasieki dziadka. Wiadomo, że taki był lepszy, bo był własny. – Może tam? – zaproponowała, wskazując zwalniający się stolik przy jednym z okien. Chyba było też tam ciszej i bardziej prywatnie, jednak gwar i głośne rozmowy strzępiłyby bardziej nerwy, niż pozwalały cieszyć się towarzystwem dawnej znajomej. Skierowała się do zwolnionego miejsca i zarzuciła ciemny płaszcz na oparcie krzesła. Będąc nastolatką często zostawiała swoje rzeczy na krześle i szła do baru złożyć zamówienie, ale teraz czuła się z tym dziwnie niekomfortowo. Czy to przez świadomość, ilu kieszonkowców i złodziei pałęta się po świecie, czy po prostu przez przezorność – sama nie wiedziała.
Gdy uporały się z zamówieniem, można było rozsiąść się w niewygodnym krześle, zatapiając w nostalgicznej atmosferze Trzech Mioteł. Para z kubka leniwie wędrowała do góry, a lokal co chwilę wypełniał się kolejnymi barwnymi postaciami.
– To, o czym rozmawiają cywilizowane czarownice? – zapytała, trochę figlarnie, aktorząc spojrzeniem, próbując naśladować damulki ze Slytherinu. – O najnowszych trendach modowych? Czy może fryzurach ze Zjazdu Absolwentów? – przeciągnęła żart, śmiejąc się pod nosem. Lekko zamieszała łyżką w kubku, by rozpuścić szybciej miód i móc dobrać się do ciepłego napoju. Nie, żeby wybitnie zmarzła, sam lokal był bardzo ciepły – głównie od ciepła zgromadzonych indywiduów – chodziło o komfort, który oferowała słodycz. – Co u ciebie? – zapytała wreszcie. – Ile to będzie? Pięć lat? Sześć? – zapytała, podnosząc łyżkę i widząc już zaledwie resztkę miodu, nie wytrzymała i wpakowała ją do buzi, wylizując do reszty. – Jak to jest, że ciebie też dziś przywiało do Hogsmeade? – kolejne pytanie, tym razem zadane przy akompaniamencie chwilowego machania łyżeczką w kierunku przesłuchiwanej. Jednak zaraz łyżeczka wylądowała na serwetce, a dłonie rudowłosej czarownicy splotły się na założonym na lewą nogę kolanie. Proszę o sobie opowiadać, panno Lovegood, chcę wiedzieć wszystko.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Darcy Lovegood
Czarodzieje
started bringing up the past, how the things you love don't last.
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
3
11
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
09-02-2026, 19:33
- Co ty, zaraz porażka! - zainterweniowała z przekonaniem. Nigdy nie dorobiła się waleczności podobnej umiejętnościom Willow, jej różdżka uwielbiała zamieniać ludzi we wszelkiej maści zwierzęta, począwszy od kwaczących głośno kaczek, przez skołowane fretki, do flegmatycznych żab; dobrze współgrała też z magią leczniczą, ale pojedynki? Bogowie, miałaby większe szanse, transmutując się w krzesło. Choć nawet wtedy pewnie połamano by jej nogi. - Doceńmy, że doszłaś tak daleko, i to w świetnym stylu. Bo niektóre walki były nudne, jak gumochłony z olejem - machnęła ręką, jak gdyby odganiała od nich wizję skończonych szybko, albo nużących potyczek. Nie wszyscy byli aurorami czy magipolicjantami zaprawionymi w boju, nie znali zaawansowanych inkantacji ani nie rzucali ich z wprawą godną munduru. Powtarzali za to do znudzenia jeden czar i od szczęścia oraz koncentracji zależało, który czarodziej jako pierwszy zdoła wykrzesać wiązkę magii i potraktować nią przeciwnika. - Więc jeśli masz zamiar deprecjonować przy mnie Willow Weasley, to lepiej miej na uwadze, że w moim kodeksie to wykroczenie karane lingua mutatą - pouczyła ją Darcy, na moment przybierając poważny wyraz twarzy, nim mięśnie zrelaksowały się radośnie. Minęły lata, a ona nadal pałała do niej sympatią. Ile zmieniło się w ich życiach od ostatniego spotkania, ile zła musiała doświadczyć błękitnokrwista, tropiąc bandziorów i posyłając ich do aresztu za ciężkie przestępstwa... I ile doświadczyła sama Darcy, której życie wywróciło się do góry nogami, jak mozaika kalejdoskopu obróconego dłonią złośliwego losu. - Już wszystko okej? No wiesz - postukała palcem w tył swojej głowy, nawiązując do bombardy rzuconej przez Cybil Burke. Brawurowe i zarazem idiotyczne posunięcie, które mogło kosztować Willow życie. Może przed rozpoczęciem turnieju należało sprawdzić uczestników pod kątem magipsychiatrycznym.
Kamień spadł z serca na przyjęte przez Weasley zaproszenie. Mogła siedzieć tu sama albo dosiąść się do znajomych mieszkańców Hogsmeade, ale z większą przyjemnością spędzi czas z nią, dobrym duchem Hogwartu, płomiennowłosym musem-świstusem w ludzkiej skórze. Darcy potrzebowała normalności, czegoś, co nie było powiązane z Dziuplą, hodowlą, Felixem i Calebem, czegoś, co zdekoncentruje od problemów, rozproszy je i odepchnie poza granicę wzroku, tworząc w głowie nowe, przyjemne wspomnienia. - Z tym miodem to dobry pomysł. Znam tutejszego dostawcę, produkty pierwsza klasa - zaanonsowała i aż sobie przytaknęła. Dzięki uprzejmości pszczelarza z Hogsmeade dużo się nauczyła, już dwukrotnie zmuszona zbierać odłączający się z kolonii rój pszczół z żywopłotu sąsiadów; teraz wiedziała, jak przygotować się na ten moment i oszczędzić sobie stania na drabinie, z gałęziami wpychającymi się pod żebra.
Podeszła razem z rudzielcem do wytypowanego stołu i odwiesiła torbę na oparcie krzesła, szybko uwijając się z zamówieniem piwa kremowego, nucącego do niej melodię lat nastoletnich przez megafon grubej piany, kołyszącej się przy układaniu kufla na blacie, gdy wróciły na swoje miejsca.
- Śmiejesz się, ale przy fryzurach można by sobie zedrzeć gardło. Widziałaś gniazdo na głowie Constance Burroughs? - uśmiechnęła się zaczepnie. Niestety nie była to metafora, nielubiana niegdyś - i obecnie - ślizgonka rzeczywiście wplotła w swoje sprężyste orzechowe kosmyki ptasie lokum, a niższy o głowę mąż co jakiś czas intonował avifors, żeby nadać stylizacji odpowiedniego charakteru. Niemożliwie ją to rozbawiło. Z drugiej strony sama nie ubrała się zbyt galowo i była pewna, że jeśli dziś w konkurencyjnym pubie, czy raczej kawiarni, siedziały dawne uczennice Slytherinu, była właśnie na ich językach. Wieśniak, bezguście, woźna, przywykła. Przywykła odkąd była mała. Cisza zalęgła się w niej dopiero na pytanie o jej los. No tak, powinna była się tego spodziewać, priorytetowy punkt na liście do odhaczenia po latach obcości. Wzrok Darcy sięgnął kufla, podobnie jak dłoń, która owinęła palce wokół szkła i uniosła je do ust, kupując czas dwoma haustami i językiem lekko obcierającym górną wargę z nadmiaru piany. - Wiesz, jakoś - wybrnęła kulawo. - Ach, bo tu mieszkam, to mnie przywiało. My nie widziałyśmy się od pięćdziesiątego szóstego, o ile dobrze pamiętam... A do Hogsmeade przeniosłam się w pięćdziesiątym ósmym. Mam hodowlę magicznych ropuch - opowiedziała, przemilczawszy póki co kwestię Caleba i tego, że w przedsiębiorstwie nie pracowała sama. Ani nie miała go sama. Odkąd wrócił, iluzja samodzielności i samostanowienia o Dziupli były przez niego nadwyrężane, grożąc utratą zmysłów od częstotliwości gniewu, który wywoływał. - A ty? Co robisz, kiedy nie rzucają w ciebie bombardą przez pół zamku, ani nie biegasz przez korytarze, trzymając już-nie-chłopców za ręce? - spytała, z ulgą przyjmując powracające do oczu iskierki ciekawości i wesołości.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Willow Weasley
Zwolennicy Dumbledore’a
Nothing you can take from me was ever worth keeping.
Wiek
25
Zawód
Służba w Policji Magicznej
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
22
0
OPCM
Transmutacja
21
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
12-02-2026, 23:19
Pokiwała głową, zgadzając się z tym, że wiele walk wyglądało po prostu dennie – ale nie każdy był aurorem, żeby móc zwinnie operować zaklęciami ofensywnymi. Przynajmniej pierwsze rudny miały dać równe szanse, pozwalając jednym zaklęciem wyciągnąć jak najwięcej punktów stylu, ale skończyło się to powtarzalnymi inkantacjami, które nudziły publikę.
– Wiesz, drogi do wygranej są różne, jedni stawiali na powtarzalność, inni próbowali ciągle czegoś nowego, a ja na przykład odkryłam, że moja różdżka potrafi strasznie marudzić – zaintonowała lekkie zirytowanie, zerkając na kaburę, w które spoczywało kapryśne drewno. Mały chochlik, który wymyślał sobie powody, żeby się nie słuchać. Jednak teraz miała już plan na to, musiała być stanowcza, a czasem bezwzględna, bo gdy tylko się wahała, to różdżka czuła wszystko. – Łoł, łoł, łoooł… ostre działa, ktoś wytacza – podniosła lekko ręce, słysząc o karze i zaśmiała się pod nosem. – Chociaż czyja to będzie kara – zauważyła i kolejne zdanie wypowiedziała teatralnie sepleniąc. – Skofoo bfenmdzies musiaa suchaś, jak tak muufie.
Co do samego stanu zdrowia, to czuła się w porządku, nie miała zawrotów głowy, nie bolało jej nic, może była od Zjazdu odrobinę rozkojarzona, ale to wynikało z zupełnie innych powodów.
– Chyba dobrze, nie mdleję, nie zataczam się – zaczęła wymieniać, wzruszając nieco ramionami. – Jedynie irytacja na tę kretynkę mi pozostała – ściszyła głos, pochylając się nieco w stronę czarownicy. Nie wszyscy musieli słyszeć, jak określa tę wiedźmę Burke. Całe szczęście mogła to krótko skwitować i nie wracać, bo ile razy miała to jeszcze opowiadać?
Ciekawszym tematem było obśmiewanie, niektórych bogatych czarownic, mających więcej galeonów niż rozumu. Trywialnym było dla niej przykładanie zbytniej wagi do wyglądu, epatowanie drogimi butami, czy właśnie rzeczonymi gniazdami na głowach.
– O Merlinie, nie, to było okropne – zaśmiała się, wywracając oczami na wspomnienie o Ślizgonce z gniazdem. – Równie dobrze mogła sobie klatkę na głowie postawić – upiła łyk herbatki, czując, że pewnie nie były jedynymi, które niepochlebnie wyrażały się o tej dziwacznej stylizacji. Po co utrudniać sobie tak życie? I jeszcze to nie było ani estetyczne, ani ciekawe – po prostu śmieszne. Tak, jak cała Constance jeszcze za czasów Hogwartu. Cóż, musiała istnieć równowaga we wszechświecie, a kobieta mogła przynajmniej w ten sposób być „wyjątkowa”.
Minął szmat czasu, odkąd ostatni raz się widziały z Darcy, więc było to dość oczywiste, że wiele się pozmieniało. Można było się pewnych decyzji spodziewać mniej, a innych bardziej – niemniej Willow była naprawdę żywo zaintrygowana, co działo się u Lovegood.
– Hodowlę ropuch? – uniosła brwi, a oczy zaświeciły jej się delikatnie w ogniu kominka. Może i nie znała się na magicznych stworzeniach, ale coś tam z zajęć w Hogwarcie pamiętała. – Ale że takich różnych czy konkretnych? Masz dla nich szklarnie? Jakieś zagrody? – dopytała zaintrygowana, bo chyba było to ostatnie co obstawiłaby w bingo, że padnie podczas dzisiejszej rozmowy. Jednak to, co wywoła w niej największe zdziwienie, a raczej panikę, miało dopiero nadejść.
… nie biegasz przez korytarze, trzymając już-nie-chłopców za ręce?
Herbata, którą właśnie piła najpierw sprawiła, że czarownica zachłysnęła się, potem część wylądowała na jej spodniach, a część na stoliku. Która była napojem z kubka, a która prosto z ust? Ciężko było określić. Willow natomiast zaczęła kaszleć jak najęta, próbując złapać choćby odrobinę powietrza. Zaraz wokół zrobiło się cichutko, jak makiem zasiał, a salę przerywały tylko łapczywe zagarnięcia powietrza. Gdy udało jej się wreszcie opanować odchrząknęła raz, drugi i trzeci, aż przeciągnęła spojrzeniem po sali skupionej na jej osobie. Wspaniale.
– Nic mi nie jest – spróbowała uspokoić wszystkich, zaraz potem kładąc dłoń na klatce piersiowej i ponownie odchrząkując – głupio wyszło. Zerknęła na zawartość kubka – była tam połowa docelowej zawartości, o tyle dobrze, że nie zmarnowała wiele. Chwyciła więc papierowe serwetki smutno leżące na stoliku i bez słowa zaczęła ścierać rozlane kropelki – z blatu, z talerzyka, z samej siebie. Gwar wokół ponownie wezbrał na sile, a czarownica uśmiechnęła się niemrawo do Darcy, zaraz wracając spojrzeniem na własne ciuchy, które chciała doprowadzić do porządku. – Niezręcznie trochę – zauważyła, ale nie, żeby jej mina była ponura, po prostu stwierdziła fakt, gdy wciąż jej policzki pokrywał delikatny rumieniec. Od braku tchu, czy pytania Lovegood? Pozostawało to małym niedopowiedzeniem.
Kiedy uzbierała się pokaźna kupka wymiętych serwetek na stoliku, doszła do wniosku, że lepiej z jej odzieniem nie będzie, a blatu przecież nie wypoleruje. Opadła na oparcie krzesła i przyjrzała się dawnej znajomej, jakby analizowała czy ta wciąż oczekiwała odpowiedzi, a może należało płynnie przejść do jakiegoś innego tematu?
– Pracuję w magipolicji – wyjaśniła gładko, właściwie, odpowiadając na pytanie. Może nie poruszając dodatkowego kontekstu rzuconego niczym kłoda pod nogi, ale z pewnością, starając się wybrnąć jakoś z tego całego zamieszania. Zaraz sięgnęła do płaszcza wiszącego na oparciu i odchyliła połę z przyczepioną od wewnętrznej strony odznaką. – Spokojnie, dziś już jestem po pracy – dodała, wiedząc, jak na niektórych działało to, że była magipolicjantką. – Zresztą pracuję w Londynie. Ale – machnęła ręką. – Powiedz, jak to się stało, że zajęłaś się hodowlą ropuch? Pamiętam, że rozważałaś wiele ścieżek po szkole, ale… no właśnie, gdzie cię wcięło? – świtało jej w głowie, że jakoś około jej odmów do Evershire zaczął im się kruszyć kontakt, a potem całkiem się urwał. Potencjalnie w ogóle tego nie łączyła ze sobą, bardziej obstawiała, że Lovegood może wyjechała wówczas za granicę.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Darcy Lovegood
Czarodzieje
started bringing up the past, how the things you love don't last.
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
3
11
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
16-02-2026, 12:07
Kiedy Darcy zajęła miejsce na trybunach kibiców, obserwując pojedynki, nastawiała się na brawurową, spektakularną walkę. Elegancką jak szermierka, zróżnicowaną jak haftowany ogród kwiatów - tymczasem to, co dostała, skłaniało raczej do wypełniania głowy plotkowaniem na temat zasad turnieju i taktyk obieranych przez uczestników. Gdyby to ode mnie zależało, mówiła, tyle że nie zależało. Nikogo nie obchodził pomysł zakazania dwukrotnego użycia tego samego czaru, zróżnicowania kolorów wiązek magii czy premiowania widowiskowych machnięć ramionami albo kroków... Może to lepiej. Pewnie wyszedłby z tego straszny cyrk.
- Na co dzień też tak kaprysi? - spytała z nutą rozbawienia charakterem drzewca Weasley. Niestety jej klon też miał tę tendencję, więc doskonale rozumiała dawną przyjaciółkę, jakby razem utknęły w podręcznikowej definicji różdżki-dramuszki. Wielokrotnie utrudniało jej to pracę nad tkaniem leczniczych uroków na studiach, a później, w hodowlanej rzeczywistości, przestała zwracać na to aż taką uwagę. Pilność udanych inkantacji stała się mniejsza, nie zależało od tego już żadne życie, co najwyżej karaczana. - W zasadzie nie brzmisz źle. Może warto by było zawiązać twój język na zawsze - oznajmiła i uśmiechnęła się szeroko, zaczepnie. Towarzystwo Willow strzepywało z ducha Darcy nagromadzone dotychczas troski i ciężary, pozwalało zapomnieć o stanie rzeczy w Dziupli i po prostu cieszyć się miłą chwilą, spotkaniem po latach. - Ech, co jej w ogóle strzeliło do głowy? To prawda, że przez to naruszono kanalizację w którejś łazience? - mlasnęła z niesmakiem na wspomnienie Cybil. Kiedy Weasley trzasnęła o ścianę, naprawdę się o nią bała. Pamiętała, że mimowiednie poderwała się z ławki, gotowa popędzić do rudzielca, lecz ubiegli ją inni; gdyby to ode mnie zależało, myślała, Burke przypisano by usiłowanie morderstwa.
Zachichotała potem w kwestii Constance. Nauka w Hogwarcie obfitowała w osobistości, które z perspektywy czasu zdawały się Darcy przejaskrawione, niczym performance albo chodząca prowokacja naginająca granice szkolnej tolerancji. Ropuchy na szczęście były mniej ekscentryczne, przyzwyczaiła się do ich ubarwień, łusek i brodawek, do szeroko rozstawionych bystrych oczu i pulchnych ciał, które w niczym nie przypominały klepsydrowej figury obmawianej Ślizgonki. A propos, przyjęła ciekawość Willow z uśmiechem, obracając w dłoniach kufel z piwem kremowym.
- Wszystkich magicznych, purpurowe olbrzymie, trójpalusze próchniczne i smocze. Sama mam smoczą - zreferowała z iskierką dumy. Nie wstydziła się Ropuszego Triumwiratu, nie wstydziła się pójściem śladami ojca i zajęciem się stworzeniami z ich świata, nie postponowała się też za zrezygnowanie ze studiów i zajęcie się hodowlą razem z mężem i jego rodziną. Zazwyczaj. - Każdy gatunek ma swoją zagrodę dostosowaną pod jego preferencje. Jedne dodatkowo mają wybiegi, inne szklarnie, ale wiesz, powinnaś po prostu to zobaczyć. I jakąś sobie wybrać - zaproponowała przebiegle. Czy Willow miała jakiegoś podopiecznego poza sową? Jeśli nie, to rażący brak. Nawet Lovegood, mimo dostępu non stop do ropuszych towarzyszy, wzięła pod skrzydło jednego z nich, zabierając go do środka Dziupli jak kota czy psidwaka.
Pewnie gdyby trzymały się bezpiecznej mielizny tego tematu, Willow nie musiałaby walczyć o życie z herbatą, która popędziła nie tą trasą, którą powinna. Darcy patrzyła na nią z troską, w dłoni już miała różdżkę, ale wtedy magipolicjantka na szczęście odzyskała oddech, a popłoch pojawiający się w sali pubu zbladł, spojrzenia klientów wróciły do ich rozmówców, barmanka wycofała się za ladę, nawet skwaszony goblin siedzący w kącie przestał się tak krzywić.
- Cieszę się, że nie umarłaś. Miałabym straszne wyrzuty sumienia, skoro mogłam zachować dla siebie, jaką rozkoszną scenę widziałam na Zjeździe - westchnęła z udawaną powagą, podszytą otuliną kolejnej zaczepki. Zarówno z nią, jak i z Fintanem straciła kontakt. Po Hogwarcie Farley rozmył się w powietrzu, zniknął jak mgła, nieuchwytny, pozostawiający po sobie słodką gorycz tęsknoty i niezrozumienia. Uważała ich oboje za najbardziej bolesne utracone relacje, a jednocześnie nie umiała wyciągnąć ręki i rozgrzebywać piasku rzeczywistości, żeby dokopać się do gliny, w której gdzieś utknęli. Darcy uznała, że to był ich wybór. Że ścieżki rozeszły się w sposób naturalny i tak musiało być. - No proszę. Czyli muszę się przy tobie pilnować, pani władzo - podsumowała pogodnie i wzięła drugi długi łyk piwa, żeby znów kupić sobie trochę czasu przed swoją odpowiedzią. Relacja z Willow nie do końca urwała się przecież bez jej udziału. - Dostałam się na Evershire - przyznała powoli, jakby każde słowo ciążyło na języku. Czy po tych wszystkich latach wspomnienie uczelni nadal mogło zaboleć błękitnokrwistą? - Ale nie skończyłam studiów magimedycznych. Na drugim roku poznałam Felixa, mojego męża, i tak się złożyło, że zrezygnowałam, żeby się tu z nim przenieść. To rodzinna hodowla. I było naprawdę okej... Ale niestety Felix umarł dwa lata temu i teraz jest, jak jest - jej głos zabrzmiał bezbarwnie, ale to nie przypadek. Darcy poświęciła ogrom pracy na to, żeby się trzymać; żeby być silną, nie pokazywać po sobie bólu i tęsknoty, nie eksponować uwrażliwionego serca, które świat mógłby skrzywdzić. Ten smutek należał tylko do niej. Nikt inny nie miał do niego praw. - To skoro uniki mamy za sobą, co z tym Finem? - nacisnęła, tym razem ogniskując wzrok na rudej. Przecież się z tego nie wywinie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Willow Weasley
Zwolennicy Dumbledore’a
Nothing you can take from me was ever worth keeping.
Wiek
25
Zawód
Służba w Policji Magicznej
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
22
0
OPCM
Transmutacja
21
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
16-02-2026, 18:05
Powiadano, że kasztan potrzebuje dużej przestrzeni i cierpliwości, co właściwie bardzo dobrze pasowało do samej czarownicy – potrafiła zapewnić jedno, jak i drugie, choć warunkiem był również i jej własny ład w głowie. Tego niestety zabrakło podczas turnieju pojedynków, chciała za bardzo analizować przeciwników, szukać narracji, która powinna jednak pozostać wyciszona, oddalona i uśpiona. Zgubny był też brak konkretnej intencji, to rzadko zdarzało się w trakcie pracy lub gdy czarownica miała jasne przesłanki, że wymierza sprawiedliwość w kogoś, kto postępował karygodnie. A taki pojedynek? I to jeszcze często z ludźmi, którzy byli jej znani? Wszystko nazbyt się pokomplikowało wtedy.
– Zdarza się – wzruszyła ramionami, nie raz i nie dwa od rodziny ze strony mamy słuchała rad, jak powinna obchodzić się ze swoją różdżką. Miałaby za łatwo w życiu, gdyby wybrała ją mniej skomplikowana kombinacja drewna i rdzenia. – Ale to też moja wina, gdy jestem za mało precyzyjna. Różdżki też nas uczą czegoś całe życie, czasem… – zawahała się na moment. – Czasem mam wrażenie, że wiedzą lepiej od nas, czego nam trzeba – parsknęła pod nosem, bo to było trochę głupie zawierzać swój los wykonanemu przez kogoś narzędziu. Czy mogło naprawdę wiedzieć, jakie potrzeby ma czarownica? Widzieć, co jest dla niej lepsze, niemal, jak wieszczka w szklanej kuli? Logika chciała podpowiadać, że to brednie, dało się przecież czarować bez różdżki i niektórzy nie potrzebowali drewnianego kompasu. Tylko że serce i dusza grały inną melodię, a życie nie raz i nie dwa wskazało, że to tej muzyki należało się trzymać, idąc po ścieżce prowadzącej w przyszłość.
– Nie da rady – stwierdziła na zaczepkę, przymykając na chwilę oczy. – Wierz mi, próbowano już niejeden raz – dodała, pijąc do tego całego wiązania języka. – Potem tylko gadam więcej – może nawet po złości. Zależało to też od towarzystwa, bo przy niektórych potrafiła naprawdę zawrzeć paszczę, zahaczyć kłódkę, zamknąć kluczykiem i ten cały kluczyk wyrzucić w dal. – Komunikacja wyjcami – dodała, nie czekając na pytanie, o to, jak gadałaby więcej ze związanym językiem. – Taaak… myślę, że wtedy pisałabym do ciebie same wyjce – przez chwilę udawała jeszcze poważną, a potem zaśmiała się pod nosem, zdając sobie sprawę, że naprawdę brakowało jej takiego towarzystwa. Rodzina to jedno, Fintan to drugie, a… nie, właściwie to było podobnie, dlaczego go oddzielała? Był takim samym znajomym jak Darcy. Ale Darcy nie była w tak ogromnej potrzebie - mogły rozmawiać, śmiać się, a między nimi nie wisiał ciężar tego, czy Lovegood będzie miała gdzie spać kolejnej nocy, co zjeść, gdzie stanąć na nogi. Więc jednak nie, Darcy to było, to trzecie, to luźne, przyjemne, niezobowiązujące do niczego, przynajmniej na razie. – Nie mam pojęcia, ale każdego mogą ponieść emocje. Może i lepiej, że trafiła na mnie, a nie kogoś, kto zniósłby to gorzej – zauważyła, bo w istocie, kto inny mógłby mieć mniej szczęścia, połamać się lub w drugą stronę, rozpętać taką burzę nad Burke, że zrobiłaby się z tego jeszcze większa afera, niż była. – Ta, jakaś muszla klozetowa nie wytrzymała ego tej wiedźmy – przyznała, wzdychając dość ciężko. Wciąż przez myśl, jednak przechodziło jej, co się stało, że Cybil straciła werwę na wspomnienie przytyku o ojcu czarownicy. Czyżby nieprzyjemna sytuacja w rodzinie? Może stąd te emocje? Ostatecznie Willow nie komentowała dalej, zachowując swoją psychoanalizę dla siebie, bo miała tu przyjemnie spędzić czas, a nie roztrząsać na części pierwsze głowę wrednej Ślizgonki.
Ropuchy były znacznie przyjemniejszym tematem, nie, żeby Willow miała ogromną wiedzę na ich temat, ale po prostu kochała zwierzęta i nie byłaby w stanie zliczyć, ile razy znosiła z rodzeństwem niemagiczne ropuchy i żaby do domu. Chociaż te magiczne też się zdarzały, rzadko, ale pamiętała takie sytuacje. Oczy więc świeciły jej, jak dwa galeony i czuła dziwne ciepło rozpływające się w okolicy klatki piersiowej. Gdyby tak mogła przytulić smoczą ropuszkę i wykorzystać jako termofor w chłodne zimowe noce… Aż cichy pomruk przesłodzenia opuścił usta rudowłosej.
– O rany, to sporo miejsca musi zajmować – wtrąciła się między słowa Darcy, gdy ta wspomniała o wybiegach, szklarniach i całym tym zabudowaniu. Spodziewała się potężnego wiwarium i chociaż nie było jej działką zajmowanie się kontrolą warunków magicznych stworzeń, to przemknęły jej przez myśl przepisy, które mówiły coś o hodowlach egzotycznych gatunków, ale nie potrafiły się do końca wyklarować w myślach. Zresztą wytrąciła ją z tego biegu propozycja. – Wybrać? Ha… ha… Nie wiem, czy ropuszka byłaby zadowolona z mieszkania w kamienicy na Pokątnej – zwróciła uwagę i przechyliła się w bok na krześle. Czy zwierzę nie czułoby się samotne? I jak na to zareagowałby Wróbel, już i tak miał problem z zaakceptowaniem bezpańskich kotów, które Willow notorycznie dokarmiała na klatce schodowej. – Szczególnie jeśli jej opcją są warunki na pięknych wybiegach, które bardzo chętnie zobaczę – przyznała. – A mogłabym, którąś nakarmić? – zapytała nieśmiało.
Incydent herbatowy, był przedsmakiem tego, w czym miały zanurkować czarownice. Tematy głębokie jak sam ocean, a wciągające do tego, jak bagno. Odchrząknęła parokrotnie, dając sobie jeszcze chwilę na odpoczęcie od tematyki, którą postanowiła poruszyć Lovegood. Chciałaby powiedzieć jej, że ona wcale nie musi uważać czy przejmować się tym, że Willow służy w Magicznej Policji, ale byłoby to kłamstwem. Każdy musiał trzymać się prawa, niezależnie czy byli przyjaciółmi, czy nie, a od obowiązków Weasley zwykła się nie uchylać, nawet gdy było to mało przyjemne jak, chociażby dwa miesiące temu, gdy wspomniany wcześniej Fintan wylądował na przesłuchaniu przez nią prowadzonym. Uśmiechnęła się tylko niemrawo pod nosem i słuchała dalej, co też ślina przyniosła na usta siedzącej naprzeciwko niej czarownicy. Naprawdę przegrałaby dziś w bingo. Evershire uderzyło znienacka, wywołując na twarzy rudowłosej czarownicy coś na granicy zmieszania i żalu, może odrobiny poskromionej irytacji. Pokiwała głową i łyknęła herbaty, niemal kurczowo trzymając swoje myśli, aby nie zdążyły połączyć kropek, które wisiały w jej umyśle dla tak pięknie przygotowanej historii o poczuciu winy i odtrąceniu relacji. Słuchała dalej, dając przestrzeń na snucie opowieści przez Darcy – zupełnie, jakby wsłuchiwała się w zeznania świadka na posterunku magipolicji. Kiwała głową, raz uśmiechnęła się na wspomnienie o mężu i dopiero odpuściła tę maskę, słysząc o śmierci. – To… naprawdę sporo. Musiało być ci cholernie ciężko… – i pewnie nadal jest. Wydusiła z siebie, opuszczając na chwilę wzrok na kufel piwa. Zaraz wróciła jednak do góry niebieskimi tęczówkami, pochylając się nieco do przodu. Domyślała się, że musiało być trudnym przywołać to wszystko, ale nie chciała teraz przekazywać spóźnionych kondolencji, współczuć i komentować czegoś, do czego komentowania praw nie miała. – Jesteś tu sama z tym wszystkim? – nie mogła cofnąć czasu, aby napisać i dowiedzieć się co u dawnej, dobrej, znajomej, ale mogła przynajmniej spróbować się czegoś dowiedzieć teraz, a przede wszystkim usłyszeć jak sobie obecnie radzi, bo jeśli potrzebowała pomocy, to mogła na nią liczyć, jedynie Willow musiała ją w tym uświadomić. I może zmusić do przyjęcia tej pomocy – ale to już inny problem.
W tym wszystkim, słysząc końcowe pytanie westchnęła ciężko uciekając spojrzeniem znów w bok. Nie miała tam żadnego oparcia, kryjówki czy możliwości schronienia się przed odpowiedzią i chociaż mogłaby próbować silić się na wymigiwanie, sprytne uciekanie od prawdy, to w obliczu tego, co przed chwilą usłyszała, czułaby się z jakiegoś powodu nie fair w stosunku do Darcy. Trzeba było, więc przełknąć tę dużą pigułkę i wyjaśnić sytuację – może nie od razu całą, ale taką, która nieco nakarmi tego głodnego potwora łaknącego tajemnic.
– Na początku marca los - a właściwie moja praca, zmusiła nas do spotkania – co było prawdą. – A że Londyn wcale nie jest takim wielkim miastem, jeśli chodzi o przestrzenie dla czarodziejów – fakt. – To jakoś tak na siebie wpadaliśmy i cóż… odkąd zachował się jak gnój w Hogwarcie to musieliśmy sobie to i owo wyjaśnić – streściła możliwie jak najbardziej pobieżnie, ale szczerze. – Mi się należały te wyjaśnienia – dodała, znacznie bardziej stanowczo i pewnie. – A na zjeździe… jak to sama ujęłaś dziś trafnie, trudno wyplątać się z ramion nostalgii – wysiliła się na kolejny mizerny uśmiech i zasłoniła usta kubkiem z herbatą, spijając kolejne łyki ciepłego napoju. Dotychczas starała się nie analizować tego stanu rzeczy, jaki obecnie był między nią a Fintanem. Zostawienie tego tak… po prostu, było najłatwiejsze i nie ryzykowała kolejnego płaczu, który mimowolnie chciał się wciskać z tymi splątanymi dziwnie emocjami. Dokończyła herbatę i odstawiła ją na stolik, będąc nieco bardziej pochmurną niż wcześniej. Zdała sobie sprawę, że największym problemem w kwestii Farley’a nie było opowiadanie o tym Darcy, czy komukolwiek, chodziło o nią samą, o to, że musiałaby się zastanowić nad tym wszystkim, ułożyć, zrozumieć. – Chyba domówię jeszcze jedną – stwierdziła i podniosła się z krzesła. – Wziąć ci coś przy okazji? – zagaiła trochę bardziej wesoło.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Darcy Lovegood
Czarodzieje
started bringing up the past, how the things you love don't last.
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
3
11
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
20-02-2026, 15:44
Wcale nie uważała słów Willow za głupie. Jako jedenastolatka w sklepie Ollivanderów nie mogła się nadziwić, że to różdżka wybiera czarodzieja, nie odwrotnie, bo to musiało oznaczać, że w kompozycji drewna i jego długości oraz rdzenia musiało czaić się coś pokroju ludzkiej duszy albo rozumu. Ale jak to możliwe? Długo wierciła dziurę w brzuchu ojca setką pytań po tym, jak wyszli na zewnątrz, ponieważ leciwy, brodaty Ollivander trochę ją przerażał i nie śmiała zasypać go czystością dziecięcego głodu wiedzy; tata zaś wydawał się zakłopotany i błądził opłotkami wokół tematu, raz po raz zerkając na swoją żonę, która jedynie wzruszyła ramionami. To był jego ambaras, a mała Darcy finalnie niczego się nie dowiedziała.
- Z moją mam wrażenie, że czasem próbuje mnie powstrzymać przed durnotami, kiedy wpadam w złość. Wiesz, rzucę, zanim pomyślę i tak dalej - przyznała, kładąc sosnowe drewienko na blacie stołu. Prosta, jasna konstrukcja, zakończona małym akcentem przypominającym szyszkę, wielokrotnie ratowała ją z opresji, ale Darcy ceniła ją przede wszystkim na łatwość przewodzenia magii leczniczej. Z tego powodu nigdy nawet nie przeszło jej przez głowę, by wymienić ją nieco... stabilniejszy, chciałoby się rzec, model. - Twoja mama też tak myśli? Że wiedzą lepiej? - dopytała, upatrując w rudej kogoś, kto w końcu mógł odpowiedzieć na zadane trzynaście lat temu pytania, uderzające w ojcowską pierś z tempem kilkunastu czy kilkudziesięciu wiązek petrificusa. Betula Weasley, wywodząca się z domu Ollivander. Merlinie, co za skarbnica wiedzy!
Uśmiech nieustannie migotał na mięśniach mimicznych. Może nie tak promienny, nie tak szeroki i nie tak beztroski jak kiedyś, ale z uporem ciągnący za kąciki ust, nozdrza i policzki, podczas gdy oczy odzwierciedliły pełną dramaturgii zgodę z ostrzeżeniem towarzyszki. Między innymi za to ją lubiła. Kiedy mała Darcy wróciła do szkoły po pierwszym roku, usiłując załatać dziury w miejscach rówieśniczych relacji, gadulstwo Willow wielokrotnie wybawiało ją z opresji, gdy nie wiedziała już, co powiedzieć, zbyt niewprawiona w wyciąganiu tematów rozmów z kieszeni. Konkurować z Willow mógłby chyba tylko wozak, choć ten wplótłby w jedną dziesięciosłowną wypowiedź przynajmniej siedem obelżywych epitetów.
- Aha, a masz może namiary na dobrego murarza? Chciałabym zamurować okna - rzuciła poważnie przy ostrzeżeniu o wyjcach, niby urażona, lecz w oczach błyszczały miraże prawdziwych emocji. Przede wszystkim ulgi z tego, jak łatwo było porozmawiać z kimś, kto nie był Calebem albo ropuchą. Z kimś, z kim kiedyś spędziła jedne z najlepszych lat swojego życia, w wielkim zamku, gdzie każdy zakręt wydawał się tajemniczy i przygodowy, a każdy plan na przyszłość łatwy do spełnienia. Kto by pomyślał, że raptem kilka lat później Willow zostanie miotnięta o ścianę szkoły w wulgarnej próbie zarobienia kilku punktów? Brak weryfikacji uczestników i ich poczytalności wstrząsnął siedzącą na trybunach Lovegood, dopiero wtedy dotarło do niej, że wśród walczących mogły być jednostki destrukcyjne i naprawdę niebezpieczne - Cybil Burke z pewnością taka była. - Wiesz, wolałabym, żeby nie trafiło na nikogo. Emocje emocjami, też mam krótki temperament, ale od razu sięgać po coś, co może nie tylko naruszyć strukturę budynku, ale przede wszystkim wyrządzić komuś trwałą krzywdę? Mało tego, zabić - obruszyła się. Sama kazała Calebowi tylko pluć ślimakami. - Czaszka jest twarda, ale nawet ona rozbije się o ścianę jak czekoladowa bombka przy wystarczająco silnym uderzeniu. Mam nadzieję, że po zakończonym pojedynku, swoją drogą dobrze, że ją docisnęłaś, została zabrana na... ewaluację stanu zdrowia innego rodzaju - odchrząknęła, nie chcąc zbyt głośno przywoływać nazwy magipsychiatrii w Trzech Miotłach, żeby nie sprowadzać do ich stolika nieodpowiedniej uwagi. Dziedzinę nadal nieco stygmatyzowano, choć zdaniem Darcy była potrzebna i przyszłościowa, patrząc na pokłosie magicznych oraz mugolskich wojen, które pozostawiły po sobie rzesze nadkruszonych istnień.
Opowieść o hodowli uspokajała nerwy, które już zrywały się z postronków przez wspomnienia o pojedynku Weasley. Czasem, kiedy jej wnętrzności płonęły za mocno, Darcy wyobrażała sobie, że wychodzi z ognia do ogrodu Dziupli, widzi przed sobą budynki gospodarcze, szklarnie i zagrody, że przechadza się nimi pod pergolą dźwięków ropuszych odgłosów, śpiewu trójpaluszych próchnicznych, że czuje w nozdrzach dymny zapach smoczych kojców. To było jak woda, która studziła emocje. - Dom jest spory, ogród jeszcze większy -  przytaknęła i przechyliła głowę, obserwując rozmówczynię jak kot szykujący się do skoku na wyjątkowo soczystą mysz. Sidła zostały zastawione, teraz wystarczy, że rudzielec w nie wpadnie. - Pewnie - zgodziła się na jej prośbę, kilka razy cicho stuknąwszy paznokciem o blat stołu. - A masz kominek? Tam u siebie, w Londynie - spytała pozornie bez związku. Ale związek oczywiście istniał: kominek oznaczał idealne warunki dla ropuchy smoczej. Dalej, Willow, wpadnij w sidła. Nie było przecież milszych pupili, niż płazy hodowane w Triumwiracie.
Nie było też cięższych wspomnień, niż te, które Darcy już nosiła w sercu. Ostatnia śródnocna rozmowa z Calebem, choć trudno byłoby to nazwać rozmową, uświadomiła jej, jaki ogrom nieprzepracowanych blizn rozrósł się na fundamentach Dziupli, a oni byli jedynymi domownikami, którzy mogli z tym coś zrobić. Babcia coraz częściej pogrążała się we własnym świecie, nie uczestniczyła już w życiu rodzinnym, jak kiedyś - poza tym o jakiej rodzinie można było mówić? Wdowa z panieńskim nazwiskiem, zdrajca i półprzytomna starsza pani.
- Dałam radę - odparła prawie mechanicznie, jak zawsze, kiedy ktoś stwierdzał, że nie miała lekko, a ona panicznie bała się, że to zarzewie współczucia, litości i głaskania po głowie. Nie oczekiwała tego. Ani od Willow, ani od nikogo innego, nawet nie od swoich rodziców. Kondolencje na pogrzebie Felixa ją irytowały, nie wysłuchała ich do końca. Zupełnie jakby to, że inni zobaczą jej słabość, miało oznaczać, że Darcy już nigdy się z niej nie podniesie. Na szczęście Willow chyba instynktownie to wyczuła, uderzając w inną nutę; kufel znów zbliżył się do ust, a piwo kremowe spłynęło w dół gardła, odrdzewiając struny głosowe z zaczątków hardości i przygnębienia, wszystkiego po trochu. - Chciałabym, ale nie. Już nie jestem. Caleb, brat Felixa, wrócił z zagranicy i obrał sobie za punkt honoru doprowadzenie mnie do szewskiej pasji. Wcześniej dobrze sobie bez niego radziłam, a teraz co? Uważa, że nie jestem w stanie porąbać drewna? To się, do diabła, myli - prychnęła, rozeźlona na samą myśl o szwagrze. Byli... skomplikowani. Skazani na siebie, dławieni przez urazę, niezrozumienie i coś, co czasem widać było w kącikach oczu, coś szybko przemijającego. Ukłucie żałoby po dawnych wersjach siebie, jeszcze z Hogwartu, kiedy ich relacje wyglądały zupełnie inaczej.
Rozumiała więc, dlaczego Willow nie od razu otworzyła się co do Fintana. Każda z nich niosła inny krzyż, na każdą nałożono inne ograniczenia; po popędzeniu nie wymuszała już na Weasley przyspieszenia opowieści albo natrętnego dodania szczegółów, tylko słuchała cierpliwie, pamiętając swoją szkolną pewność o tym, że między nimi było coś, do czego oboje nie chcieli się przyznać. Teraz tamto młodzieńcze uczucie wykiełkowało.
- Mam wrażenie, że inaczej rozumiemy te ramiona nostalgii - stwierdziła zaczepnie, patrząc na dawną przyjaciółkę z uśmiechem, łagodnym, miękkim, chyba po prostu zadowolonym. Od dawna życzyła jej kogoś, kto dotrzyma jej kroku, kto zdoła odpowiedzieć na jej temperament własnym, kto doceni ją tak, jak Willow powinna być doceniona. Czy Fin stanął na wysokości zadania? Wyglądała na szczęśliwą. - Przynajmniej pierwszy człon "ramion nostalgii" mamy wspólny - dodała i tym razem w uśmiechu błysnęły zęby. Żadna nostalgia, tylko Farley. - I jak ci z tym? To... coś, czego chcesz? - zapytała po chwili, ograniczając swoją rozpędzającą się radość. Od tego właściwie wszystko zależało, od samopoczucia zarówno jednej, jak i drugiej strony tamtych połączonych dłoni. - Niech będzie herbata - odpowiedziała na propozycję i sięgnęła do sakiewki, żeby podczas nieobecności Weasley przy stole położyć po jej stronie blatu odliczone na zamówienie monety. Swoją drogą dobrze wiedzieć, że Fin przez cały ten czas był w Londynie. Tak blisko i ani jednego listu. Tak blisko i pewnie ani jednej myśli. Co się z nim działo?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Willow Weasley
Zwolennicy Dumbledore’a
Nothing you can take from me was ever worth keeping.
Wiek
25
Zawód
Służba w Policji Magicznej
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
22
0
OPCM
Transmutacja
21
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
22-02-2026, 17:42
Pokiwała przytakująco głową, bo powstrzymywanie przed durnotami też się u niej zdarzało. Chyba głównie z dumy różdżki, która nie chciała wychodzić na niekompetentną nieudacznicę, skoro tylko jakieś wypierdki magiczne miałaby rzucać, zmieniające głowy przeciwników w dynie. Jednak już te zmieniające przestępców w kaczki, były akceptowalne. I jak tu znaleźć nić porozumienia? Złoty środek? Metodą prób i błędów najwyraźniej. Było to w końcu, jak poznawanie innej osoby, choć bliżej, znacznie bliżej.
– Każdy rodzic chyba tak ma, nie? Zakłada, że wie najlepiej – zaśmiała się w odpowiedzi, bijąc do uogólnienia tematu, żeby nie wchodzić w szczegóły. Matula była może i panią domu, ale charakter miała jak najprawdziwsza lwica. Ile razy próbowała wybić swojej córce magipolicję z głowy? Jak długo boczyła się na własne dziecko, gdy to podjęło się kursu? Szczęściem było, że ten rozdział kobiety miały za sobą, skoro i tak punktem zainteresowania najbardziej stał się drugi syn Weasleyów – a konkretnie jego ożenek. W zasadzie odwlekanie brata było Willow na rękę, bo póki on nie będzie zaobrączkowany, to mamusia najpewniej da sobie jeszcze z nią spokój i nie będzie jej za każdym razem pytała o zamążpójście. Chociaż temat potrafił się przewijać, to zawsze udawało jej się z niego sprytnie wybrnąć, zepchnąć uwagę na brata, czy słusznie zauważyć, że między pracą, rodziną i działaniami charytatywnymi musi mieć jeszcze czas na spanie.
– Drzwi też? I kominek też? – zacmokała z dezaprobatą. – Nie uciekniesz przede mną, Darcy Lovegood. Moje wyjce przecisną się wszędzie – stwierdziła z uznaniem. Głównie przez to, że Wróbel był naprawdę małą i sprytną sową. Czasem nawet płatał figle co bardziej opornym adresatom listów, tak żeby mieć pewność, że rzeczona poczta trafi w ich ręce.
I podobnie ona teraz nie mogła się ukryć przed wykładem o anatomii czaszki, a także o podstawach architektury. Pokiwała głową, zdając sobie sprawę, że Darcy miała wiele racji, a szczególnie na samym końcu wypowiedzi, bo ewaluacja stanu zdrowia psychicznego przydałaby się takiej Burke. Na oko Willow przydałaby się każdemu czarodziejowi, który wspierał supremację czystej krwi, przestępstwa, klasizm i gnębienie słabszych. Wyniki takowej doprowadziłby do przepełnienia oddziałów magispychiatrycznych, ale jakoś trzeba byłoby zresocjalizować te nieszczęsne przypadki. – Taka ewaluacja to powinna objąć połowę naszego społeczeństwa – stwierdziła, również nieco ściszając ton i pochylając się przez stolik. – Szczególnie, biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia – zwróciła uwagę, pijąc głównie do tego, co stało się podczas zaprzysiężenia Ministra. Kusiło ją zapytać, jakie nastroje panowały w Hogsmeade, ale to jednak był na tyle delikatny temat, że lepiej byłoby to omawiać w bardziej prywatnym miejscu, gdzie ściany nie miałyby uszu. Na szczęście były luźniejsze tematy, a ten konkretny obejmował ropuchy. Nigdy nie zastanawiała się nad tym, jaki chciałaby własny dom – to chyba wykraczało poza jej możliwości, przyjmowała to, co akurat dawał los, nie rozwodząc się nad tym, czy chciałaby malutki ogródek, czy wielką połać lasu. Tak było łatwiej zaakceptować stan rzeczy – bycie biedniejszym.
– Brzmi wspaniale – przyznała czarownicy, wijąc w głowie pokaźną posiadłość, dorównując tym, które należały do co bardziej zadzierających nosa bufonów. Jej rzeczywistość była smutniejsza, miała nieszczelny próg, skrzypiące drzwi, stare meble i eklektyczny wygląd. – Nie mam, jest tylko piec w piwnicy, który niesie ciepło po całej kamienicy. Ewentualnie palenisko pod kociołek w kuchni, wiesz, takie domowe, że częściej używane pod garnki do gotowania – wyjaśniła, bo o ile mugole mieli swoje wynalazki, to czarodzieje korzystali z dobrze znanych im palenisk magicznych, które płonęły dzięki magii. – Zakładam, że to trochę mało – zaśmiała się nerwowo, bo na chłopski rozum było to za mało dla takiego zwierzęcia. Chyba?
Przygryzła lekko dolną wargę od wewnątrz, skubiąc lekko cienki naskórek zębami, bo trudnym było patrzeć na Darcy, gdy ta w mgnieniu oka została pozbawiona radości. Willow widziała już nie raz i nie dwa, gdy mechanizm obronny siadał za sterami, uczynnie, dbając o to, aby nikt nie zranił kruchej istoty wewnątrz. Dawała więc przestrzeń i swobodę, pytając, ale nie starając się wymuszać czegokolwiek, żeby zaspokajać tym własną ciekawość i potrzebę zadośćuczynienia. To nie o nią w tej chwili chodziło, a o Darcy. Gdy jednak usłyszała o tym całym Calebie, brwi powędrowały w dół. Ach, tak, mężczyźni.
– Czemu to zawsze musi być facet ze swoim wielkim ego – mruknęła widocznie poirytowana, jakby jakimś szóstym zmysłem wchłonęła część goryczy Lovegoodówny. Może był to też przelany kielich własnej złości, który napełniał się kroplami, gdy seksistowskie i szowinistyczne komentarze słyszała w pracy, gdy umniejszano jej umiejętnościom, bo była kobietą, gdy zakładano, że czegoś nie jest w stanie zrobić – BO BYŁA KOBIETĄ. – Gówno wiedzą, co my kobiety, potrafimy, a czego nie. Pamiętaj, że jeśli potrzebowałabyś z czymś pomocy to pisz, chętnie porobię trochę drewna, choćby cholerną magią – stwierdziła, brzmiąc już nieco bardziej, jak typowy wozak, który szastał brzydkim słownictwem na prawo i lewo, a była zdolna do stworzenia podobnych, gdyby ją umotywować odpowiednio. Żargon przestępczy był jej trochę już znany, a on naprawdę owocował w kwieciste przekleństwa. – Rozumiem, że wrócił na stałe, nie jest to chwilowy powrót? – dopytała, chcąc wiedzieć trochę więcej o tej sytuacji z tym typem. W ogóle próbowała sobie przypomnieć, czy z rozmowy wyniknęło, jak na nazwisko miał mąż Darcy, ale nie przypominała sobie tego, z drugiej strony byłoby głupio zapytać wprost, jeśli to padło, więc uznała, że nie będzie póki co podnosić tego tematu.
Zaczepność wzroku Darcy uświadomiła kobiecie, że ta wyobrażała sobie chyba nieco za dużo z tymi ramionami nostalgii. Najpierw więc jej oczy zrobiły się dziwnie duże, potem wykwitł na policzkach chwilowy rumieniec, aż wreszcie usta opuścił nerwowy śmiech.
– Nie takie ramiona! To absolutnie nie tak! Merlinie… Darcy, ja bym nigdy – pokręciła głową i ukryła twarz na chwilę w dłoniach. Czego byś nigdy nie zrobiła Willow? W jaki sposób nigdy byś nie spojrzała na, Fintana? Jesteś tego absolutnie pewna? – To były te świąteczne ciastka skrzatów, wiesz które – dodała, przeczesując włosy do tyłu, gdy nieco uspokoiła się w tym swoim zawstydzeniu, ale kolejne pytania wcale nie były łatwiejsze. – Nie wiem, czy mu ufam tak, jak kiedyś, ale… to wciąż przyjaciel. Dobrze, że wyjaśniliśmy sobie przeszłość… tylko, gdzieś w głębi, wciąż prześladuje mnie to, że przestanie się odzywać i zniknie – postukała paznokciami o kubek. Czego mogła od niego oczekiwać? Może wcale nie powinna się dziwić, że gdy Fintan stanie na nogi, przestanie sypiać na kanapie w jej mieszkaniu i naprawiać nieszczelne okna, to zniknie? – Więc w zasadzie nie wiem, jak mi z tym, staram się o tym nie myśleć i mu po prostu pomóc, bo od tego są przyjaciele – dodała, a potem powędrowała po dwie herbaty. Żadnych maślanych oczu ani wróżby kolejnego rumieńca – na twarzy Willow zatańczył smutek, bez łez, jednak melancholia oczu była na tyle widoczna, że sama właścicielka tych emocji poczuła się z nimi zbyt niekomfortowo. Powiedziała, co myślała, streszczając to w możliwe minimum, aby nie rozwodzić się nad tym. Jeszcze niepotrzebnie upchana szuflada z tymi myślami wysunęłaby się całkowicie, robiąc bałagan w głowie. Nie potrzebowała tego, a jeśli coś się trzymało nawet na ślinę i zapałki, to wolała w ten sposób to utrzymać, póki nie znajdzie lepszych fundamentów. Czy było to niebezpieczne? Odrobinę, ale próba budowy czegoś bez absolutnie żadnych funduszy, była zwyczajnie głupia. Wykorzystała więc ten moment przerwy w rozmowie, aby przewietrzyć myśli, skupić się na tym, co tu i teraz, okazyjnie myślami, wracając do śledztw, które czekały na rozwikłanie, przyczepione do tablicy na komisariacie. To skutecznie sprawiło, że zwoje mózgowe skupiły się na tym i wracając do stolika, wydawała się już odklejona od poruszanego przed paroma minutami tematu.
– To kiedy mogę wpaść pooglądać ropuszki? – zapytała, stawiając dwa kubki z herbatą na stoliku. Oba oczywiście solidnie posłodzone miodem i z dodatkiem plasterka cytryny wewnątrz.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 02-03-2026, 19:24 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.