• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Północny Londyn > Restauracja “Sub porticibus”
Restauracja “Sub porticibus”
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
15-12-2025, 23:51

Restauracja “Sub porticibus”
Nazwa miejsca nie jest przypadkowa — wejście do restauracji skrywa się pod rzeczonymi arkadami. Bliskie sąsiedztwo Szpitala św. Munga sprawia, że lokal ten stał się naturalnym wyborem tych uzdrowicieli, którzy mogą pozwolić sobie na regularne bądź okazjonalne stołowanie się poza domem — restauracja nie należy bowiem do szczególnie tanich.
Wypełniona meblami w stylu secesyjnym, kolorowym szkłem oraz motywami kwiatowymi i orientalnymi - wychowanym w latach dwudziestych i trzydziestych przywodzi na myśl tandetę, młodszym zaś — świeżość i finezję.
Również serwowane tu potrawy i trunki igrają z tradycją. To miejsce, w którym klasyka spotyka się z nowoczesnością.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (3): « Wstecz 1 2 3
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#21
Moira Sanderson
Akolici
It's gotta happen, happen sometime
Maybe this time I'll win
Wiek
40
Zawód
Naukowczyni, magichirurg
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
24
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
5
Brak karty postaci
17-03-2026, 22:04
Kierownik był niezręczny, ale cała sytuacja, w której postawili się wzajemnie również do zręcznych nie należała. Przypomina sobie moment po wejściu do restauracji. Przypomina sobie kontakt z kelnerem, do którego śmiała się jedynie (śmiała się, tak, ale znali się dobrze – bywała tu często), mówiąc, że nie wie na czyje nazwisko złożona była rezerwacja – bo to niespodzianka, bo ktoś kto ją zaprosił nie był jeszcze do końca znajomy. Randka w ciemno? Zapytał wtedy kelner, zanim jeszcze zauważył, że złożona rezerwacja mówiła o trzech osobach, a ona powinna chyba nie pozwolić beztrosce i frywolności na zwycięstwo nad ciekawością i zwyczajnie zapytać – na jakie nazwisko zarezerwowano czteroosobowy stolik w najładniejszym miejscu restauracji? Nie powinna była mówić, że po prostu poczeka przy stoliku zarezerwowanym na konkretną godzinę.
Gdyby zachowała się typowo dla siebie – nie musiałaby teraz ośmieszać się ani przed zastępcą kierownika sali, ani przed Jasperem Princem, ani przed…
Nie zdąży odpowiedzieć na jakie nazwisko złożono jej rezerwację, a powód ich obecności już pojawia się na horyzoncie. Gdy widzi zbliżającą się do stolika Leonie, momentalnie wstaje z krzesła i patrzy na nią, wychylając się zza sylwetki Prince’a. Leonie uśmiechała się – więc czuła się dobrze pomimo wypadku Arlo, co za ulga. Uśmiechała się, pomimo iż szła tu sama. Pomimo, iż jej mężczyzna najwyraźniej spóźnił się jeszcze bardziej niż ona.
Nie minie chwila, a Sanderson już czuje krew odpływającą z jej twarzy.
Bo może i młoda Figg czuje się świetnie… Zaś Moirze zrobiło się słabo. Tylko odrobinkę – to nic czego nie powstrzyma położenie dłoni na oparciu krzesła, z którego poderwała się moment temu. Moment, w trakcie którego nie zerknęła ku Jasperowi nawet ukradkiem. Teraz… Kiedy Leonie zaczęła mówić, miała ochotę zarazem zaśmiać się histerycznie, utrzymać śmiertelną powagę i przeprosić Prince’a za to, że właściwie… Właściwie za co? Też się nie przyznał, prawda?
Więc patrzy ku niemu krótko, szukając jego spojrzenia, byle zderzyć się nim wyłącznie na krótką sekundę. Badając to, jak bardzo zaskakującym było dla niego… To wszystko.
– Leonie, dobrze widzieć cię w dobrym stanie, nie wiedziałam czego spodziewać się po… – nie musiała kończyć, wydawało się to oczywiste. Nim Arlo wróci do pełni sprawności, nim będzie rehabilitowany, nim wybiorą się razem do konstruktora protez – minie jeszcze trochę czasu, a od momentu poznania się na jego stanie, uzdrowicielka nie miała okazji spotkać się z siostrzenicą. Dwie prace, mieszkanie w różnych częściach Wielkiej Brytanii, Harry i jego ropuchy, zawirowania uczuciowe – nic dziwnego, że minęły się, nawet jeżeli Figg przebywała w Londynie częściej.
A teraz będziemy rodziną. Sanderson drży policzek.
Widocznie jednak ich rodziny powinny się poznać. Widocznie podjął decyzję o tym, czego chciał uniknąć… Na własną rękę.
– Właśnie z Jasperem… Leonie, powinnaś była powiedzieć o tym wcześniej, wiesz? – mówi z naganą, ale bardzo rozbawioną, kładąc dłoń na jej ramieniu i zapraszając do zajęcia miejsca obok niej, nie naprzeciwko niej. Była kobietą, była najstarsza, chyba miała prawo wybrać sobie towarzystwo do siedzenia ramię w ramię. – Właśnie kłóciliśmy się które z nas ma dziś zaplanowane ważniejsze spotkanie i które z nas ma prawo pozostać przy tym stoliku. Nie byłam świadoma, że może być równie ważne… – bo jednakowe. Przemowa wydaje się nieco grzecznościowa, ale doskonale kryje zmieszanie Sanderson, pojawiające się obecnie chyba wyłącznie w jej oczach – nieco spłoszonych i skaczących pomiędzy ich twarzami… Bardzo nerwowo. Jasper widział ją w dużo gorszym stanie, to oczywiste, że odczyta z jej zachowania stres, ale Leonie? Leonie też na pewno zauważyć może lekkie spięcie. W końcu zna Moirę raczej pod postacią nieruchomego posągu.
Narzeczony. Tego słowa jednak się nie spodziewała i teraz nie jest już w stanie opanować ust wykrzywiających się w uśmiech. Bezradny uśmiech. Zmieszany uśmiech. Mruganie intensyfikuje się, jakby rzęsy swoim ruchem nadać miały myślom odpowiedni pęd. Ale to wszystko dzieje się tak szybko, by nawet dość światły umysł czarownicy nie mógł za tym nadążyć.
Szybko. Chociaż, czy szybko? Nie wie ile to trwało.
– Narzeczony – powtarza. – Jasperze, gratuluję pięknej, bystrej i dobrej narzeczonej – uśmiecha się, jakże szczerze. Potem obraca się ku krewniaczce, spuszczając wzrok na… Pierścionek. – Leonie, gdybyś potrzebowała porady w tym jak okiełznać geriatrycznego męża, – słowo mąż przechodzi jej przez gardło z przedziwną łatwością, ale w głowie czuje rozpierające ciśnienie. - służę pomocą, mam w tym nieco doświadczenia – żartuje(!), bo chyba to jedyny sposób na ukrycie zaskoczenia, niezręczności i zdenerwowania jaki przychodzi jej do głowy. – Żartuję, Jasperze, jesteś jeszcze młody… Nie spodziewałam się tego. Długo to już… Trwa? – mówi, zachęcając ich do zajęcia miejsca.
I chociaż myśli porządkuje szybko – nie wierzy w to, co znajduje we własnej głowie. A znajduje tam chyba… Cień ulgi, jak i cień strachu. Strach przed wspólną przeszłością, która nie może ich dopaść – szczególnie nie teraz. A ulgę…
– Może mi w to nie uwierzycie, ale cieszę się, że przedstawiasz mi kogoś, kogo już znam – też nie może w to uwierzyć. Chciała zobaczyć minę Teda Figga. Nie znosił jej męża nieboszczyka, a teraz… A teraz mężem Leonie Figg będzie Jasper Prince – wykształcony medyk z kwiecistym językiem i ambicjami. Może jednak Sanderson odnowi relacje z siostrą, byle widzieć ich rodzinne obiady… – Kiedy widzieliśmy się u Oriany… Wy już?
Siedzieli obok siebie. Myślała, że to przypadek.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#22
Jasper Prince
Akolici
But in my dream a wall of wire, stone and iron forged in fire
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
23-03-2026, 23:42
I w momencie, gdy pytał Moirę o nazwisko—obok pojawiła się Leonie. Spóźniona, ale ledwo to do niego dotarło, bo to on nie zdążył rozwiązać kwestii stolika przed pojawieniem się narzeczonej. Spojrzał na nią lekko rozkojarzony, wyrwany z układania w myślach argumentacji, która na pewno przekonałaby Moirę do oddalenia się. Odruchowo wyciągnął dłoń, by zgodnie z etykietą pomóc Leonie zdjąć płaszcz, ale ona najwyraźniej zdążyła już go zdjąć. Kątem oka zobaczył, że i Moira podnosi się z miejsca. Przesunął się lekko w bok, jakby chciał własnym ciałem albo odgrodzić narzeczoną od chłodnej pani doktor albo zapewnić, że... właściwie co? Że to jego znajoma z pracy, która wobec pomyłki zajęła ich stolik?
Zaraz, gdzie w ogóle była jej ciocia? Miały przyjść tu osobno? Może przynajmniej przed nią zdoła zrobić dobre wrażenie? W końcu o to tu chodziło, Lee i tak miała o nim dobre mniemanie i Moira tego nie zepsuje. Chyba. Otworzył usta, by wyjaśnić, ale Leonie zaczęła trajkotać i...
Wiecie o sobie?
Wiedzieli? Co wiedzieli? Krew odpłynęła z jego twarzy, tym bardziej, że widział, że Sanderson też jakoś pobladła. CO WIEDZIELI? Wiedzieli o sobie coś, co przyrzekli ukrywać przed całym światem i szczodrze opłacili (Sanderson szczodrzej, co do dziś kłuło jego dumę), o tym Lee nie mogła przecież wiedzieć... prawda? Skąd wiedziała, kim jest Moira? Jaką rodziną?
Zorientował się chyba o sekundę później od blondynki. A pół sekundy później Leonie nazwała wszystko wprost, na szczęście. Nie nadążyłby dzisiaj za metaforami. Ciocia. Jej ekscentryczna ciocia–Moira Sanderson. Czyli... nie było konkurencji do tego stolika. Moira pojawiła się dużo wcześniej, jak to ona. A mężczyzną, którego Prince próbował obrazić w sporze o stolik był... on sam.
A wujkiem Leonie był Adam Sanderson.
Chyba go zatkało—gdzieś pomiędzy zastanawianiem się, czy Sanderson rozbierał młodziutką Lee wzrokiem (dlaczego by nie miał, skoro była śliczniejsza od Ingrid? A dwa lata temu była nawet dorosła) i co pomyśli o nim Moira (że zrobił to celowo, że uwiódł jej siostrzenicę po tym, jak jej mąż uwiódł jego żonę?) i jakim cudem Moira Sanderson jest spokrewniona z Isadorą Figg.
- Nie kłóciliśmy się. - wszedł Moirze w słowo (! coś, czego od śmierci Adama bał się robić i co przed śmiercią Adama było i tak niekulturalne), chcąc zamaskować ewidentne zakłopotanie rozbawionym uśmiechem, ale wydawał się zestresowany. Ku jego zaskoczeniu, Sanderson też wydawała się zestresowana. Zerknął na nią, próbując podchwycić jej spojrzenie. Nie wiedziałem, że to twoja siostrzenica; nic nie mówiłem jej o twoim mężu - Merlinie, w sumie DUŻO mówił Leonie o zdradzie Ingrid (ale bez nazwiska!), oby nie połączyła kropek nie chciałem, by połączyła kropki. Czy Sanderson odczyta te wyznania z jego nieco spanikowanego spojrzenia? Pewnie nie. Może gdyby obydwoje byli legilimentami, komunikacja w tej niezręcznej sytuacji byłaby łatwiejsza—ale zamiast na tą umiejętność, obydwoje poświęcili lata swojego życia na studiowanie tajników magimedycyny i na zakładanie dobrych intencji Adama Sandersona.
Może gdyby czarodzieje nie tłamsili od wieków własnego potencjału i nie ograniczali swojej wyobraźni w celu podporządkowania się mugolom, ktoś wynalazłby już telepatyczną komunikację umożliwiającą wyjście z twarzą z TAKICH sytuacji i Prince nie stałby teraz nad stolikiem oniemiały oraz zirytowany poddaństwem wobec niemagicznych.
- Tylko wymienialiśmy argumenty. - wymamrotał. - Moira nie znała nazwiska, na które była rezerwacja i... - jego głos zdawał się niknąć w szczebiocie Leonie i nieco cieplejszym tonie Moiry. Nigdy nie pomyślałby, że są spokrewnione; nie były nawet do siebie podobne—a jednak teraz zdawały się pogrążone w rozmowie typowej dla dwóch bliskich sobie kobiet, rozmowie, za którą jakoś nie nadążał. W ten sam sposób nie nadążał za rozmowami matki i Eileen, w których kryła się podobna, ukryta między słowami poufałość—ale nie chciał o tym teraz myśleć.
Odchrząknął nerwowo, gdy padł żart o geriatrii. Z lekkim opóźnieniem zrozumiał, że to żart i że chyba jest sympatyczny, bo Moira przecież rzadko żartowała. Albo nigdy nie poznał jej poczucia humoru, najpierw słysząc tylko żarty jej męża, a potem będąc zbyt onieśmielonym przez wspólną tragedię by móc rozmawiać z unikającą go magichirurg jakoś normalnie. Merlinie, nawet o stoliku nie byli w stanie pogadać normalnie. Co za wstyd.
- Ach, okiełznać... - powtórzył nieobecnie, by dać znać, że jednak zrozumiał, ale zabrzmiało to jakoś nie tak, bo czy Moira naprawdę okiełznała człowieka, który zostawił ją w domu z dzieckiem gdy poszedł umierać?
Leonie mogła zauważyć, że jest zestresowany i zaskoczony, ale... może nie zauważy? Może rozkojarzy ją własna wesołość?
Odsunął krzesło narzeczonej, krzesło Moiry już było odsunięte. - Już wszystko wyjaśnione, prosimy o menu. - mruknął do kierownika, siadając jako ostatni. Dobrze, że zdążył usiąść, bo Moira zaczęła zadawać kłopotliwe pytania. Siedząc obok narzeczonej, mógł obserwować minę Moiry Sanderson.* Nie wydawała się jawnie niezadowolona, ale nie mógł wyczytać, czy jej uśmiech i słowa są szczere. Obawiał się, że nie. Wiedział przecież z ich wspólnego, bolesnego doświadczenia w kostnicy... jak dobrą aktorką była.
- Leonie... - pośpiech, z jakim umknął wzrokiem i zwrócił się w stronę narzeczonej gdy Moira spytała czy u Oriany już wskazywał na to, że tak, że już. -... pewnie najlepiej opowiesz tą historię, prawda? - pewnie chciała się pochwalić, wybawić go od kłopotliwych wymówek. Ze stresu nawet nie pomyślał, że rozradowana Leonie może palnąć coś jeszcze bardziej kłopotliwego—jak to, że oświadczył się raptem po kilku tygodniach.


*rzut na odczytywanie emocji, idzie mi przeciętnie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#23
Leonie Figg
Akolici
i dug my heels into the gravel as evidence for you to unravel. can you find me?
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
24-03-2026, 15:13
Sub Porticibus stało się nagle krzywym zwierciadłem. Podczas gdy Moira zareagowała z niespodziewanym entuzjazmem, odpowiadając na ekscytację Leonie śmiechem, który jej siostrzenica słyszała zbyt rzadko, by być do niego przyzwyczajoną, i dotykiem, który znała z ciocinej strony jeszcze mniej, Jasper zdawał się zamrożony, wycofany, będący gdzieś poza bańką niespodzianki, o której jego narzeczona myślała od kilku ostatnich dni. Musiała wreszcie ich sobie przedstawić, pokazać, jak mały w istocie był świat, w którym żyli, a niepewna losu Figg już dostatecznie długo odkładała to w czasie, bojąc się wyniku konfrontacji. Dopiero widok uśmiechu na twarzy Sanderson uświadomił jej, jak bardzo ich spotkanie ciążyło jej na ramionach i zaciskało żołądek w supeł. Wraz z reakcją cioci, którą chyba trudniej byłoby przekonać do ich związku niż odwrotnie, poczuła, jak cały stres odchodzi w niepamięć, opuszczając ciało razem z oddechem.
- Wiem, przepraszam... Po prostu nie byłam pewna, czy się ucieszycie - przyznała szczerze, rumieniąc się na czułe upomnienie magichirurg. W tym czasie spojrzała też na Jaspera i uśmiechnęła się do niego pokrzepiająco, z lekkim wahaniem, bo w porównaniu do koleżanki po fachu, był dziwnie wycofany, poszarzały na twarzy. Czyżby w jej obawie tkwiło ziarno prawdy? Wolałby mieć za nową krewną kogoś z czystą kartą, z inną pracą? Może nie podobało mu się, że oboje byli związani z Mungiem, wobec czego sfera zawodowa już nigdy nie będzie pozbawiona rodzinnego pierwiastka? Teraz leczył jej brata, nie będzie to jednak trwać wiecznie i pewnego dnia stan rzeczy miał wrócić dla Jaspera do normy. A teraz już tego nie zrobi. Chciała coś do niego powiedzieć, kiedy zaprzeczył kłótni, jakby nie chciał wywrzeć na Leonie złego wrażenia, ale nie znalazła odpowiednich słów. Nie, jeżeli wyglądał, jakby potrzebował jeszcze dłuższej chwili na przetrawienie nowiny.
Na szczęście nie zdekoncentrowało jej to tak bardzo, by nie usłyszała określeń, jakimi obdarowała ją Sanderson. Leonie uśmiechnęła się promiennie i wdzięcznie, choć jej wargi zdawały się bardziej napięte niż wcześniej, a dreszcz niepokoju pomknął w dół pleców. Zakrztusiła się jednak, kiedy ciocia podsumowała Jaspera jako geriatrycznego męża; rozkaszlała się, a potem spojrzała na nią z czerwonymi policzkami i wzrokiem emanującym rozbawionym niedowierzaniem.
- Och, przestań! Nasza różnica wieku jest podobna do rodziców, a tata na pewno nie jest stary - zachichotała, próbując trwać w swojej bańce szczęścia, w naiwnej niewiedzy, że w kuluarach spotkania dzieje się coś niedobrego, mimo że z każdą chwilą było to coraz trudniejsze. Jasper odsunął dla niej krzesło, na którym zajęła miejsce, chowając dłonie pod stołem. W obliczu jego innej reakcji mogłaby trzymać je na blacie, ale czuła potrzebę wygiąć palce w jedną i w drugą stronę, żeby dać upust trawiącym ją emocjom. Nieprzyjemnym, lękliwym. Nieplanowanym. - Cóż, od marca. U Oriany świeżo zaczęliśmy się spotykać - zaczęła zgodnie z wolą Jaspera, odwracając się w kierunku cioci, żeby poświęcić jej uwagę. Ale tak naprawdę obawiała się na niego patrzeć. Obawiała się zobaczyć w nim coś, co byłoby jego prawdziwą reakcją. Był zestresowany, nieobecny, czy może zły... na nią? A co, jeżeli właśnie uznał na przykład, że z kimś pokroju Moiry byłby szczęśliwszy, mający więcej wspólnych tematów? Na jego tle reakcja Sanderson była wręcz ekstatyczna. - Jasper starał się mnie poznać już od dwóch lat. Był bardzo wytrwały. Ja... Wiesz, nie sądziłam, że mogłabym wzbudzić zainteresowanie kogoś takiego - stwierdziła czule i w końcu zerknęła ku niemu, a wtedy kostki w dłoni przeskoczyły głośno, bo zbyt mocno wygięła palce, tracąc coraz więcej pewności siebie. Po dynamicznej młodej kobiecie sprzed chwili pozostał już bardzo niewielki ślad. Udała jednak, że nie usłyszała żadnego niepasującego dźwięku. - Na początku marca spotkaliśmy się przypadkiem poza sklepem, bo wracał dla mnie do Sennego Fruwokwiatu, i zrozumieliśmy, że to, co się między nami dzieje... jest czymś pięknym. Sympatią sekretnie odwzajemnianą od dwóch lat. Musiałam dojrzeć do tego, żeby nie bać się odrzucenia, które sobie wymyśliłam, choć Jase nigdy nie dał mi odczuć, że mógłby mnie odrzucić - zaśmiała się cicho i założyła kosmyk włosów za ucho, nadal zwrócona mocniej w kierunku Moiry, niż narzeczonego. Żałował? Żałował ostatnich dwóch lat i dwóch miesięcy? Może pierwsze zderzenie z jej rodziną okazało się kubłem zimnej wody. Chyba miała ochotę się rozpłakać. - Nie spodziewałam się, że jeszcze... że kiedykolwiek wyjdę za mąż - powiedziała poruszona, kierując wzrok sarnich oczu najpierw ku narzeczonemu, a potem ogniskując je na Sanderson, która wydawała się bezpieczniejszą przystanią. - I to za kogoś tak dobrego, troskliwego i mądrego, kogoś o złotym sercu - uśmiechnęła się lekko, bo zżerana przez nerwy nie mogła wykrzesać szerszego łuku warg. Bała się, co dzieje się w głowie Jaspera. Bała się, że za moment wszystko to straci.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#24
Moira Sanderson
Akolici
It's gotta happen, happen sometime
Maybe this time I'll win
Wiek
40
Zawód
Naukowczyni, magichirurg
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
24
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
5
Brak karty postaci
31-03-2026, 12:35
Wbrew pozorom – Sanderson naprawdę wierzyła w szczerość ich przyrzeczenia. Naprawdę wierzyła, że żadne z nich – jak jeden mąż – nigdy nie zająknie się nawet o okolicznościach, które ostatecznie zmusiły ich dwójkę do rozluźnienia relacji – ani przyjaciołom, ani rodzinie, ani nowym małżonkom, o ile ci kiedykolwiek pojawią się w ich życiach. Relacje te nigdy nie były przesadnie bliskie – zawsze przechodzić musiały przez bufor jej zdolnego męża – jednak po jego odejściu… Pewnie wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby tego chcieli. Pewnie mogliby wspierać się bardziej, gdyby Sanderson nie chciała odciąć się od jego propozycji pomocy, hojnie oferowanych z początku – głównie ze względu na Harry’ego, osieroconego połowicznie nim jeszcze zrozumiał znaczenie tego słowa. Ona w tamtym czasie potrzebowała zaś poczucia sprawczości; poczucia, że życie nie wymyka się jej z rąk, że wciąż panuje nad nim i że ze wszystkim co zesłał jej los poradzi sobie sama. Nie potrzebowała miejsca i okoliczności, w których mogłaby poczuć się bezbronna i słaba – potrzebowała samej sobie udowodnić swoją siłę i tak długo, jak milczeć miała o niektórych szczegółach swojego wdowieństwa i tak długo jak omijać mogła męża Ingrid – wszystko było dobrze. Nie nienawidziła siebie za swoje emocje, bo panowała nad nimi, a w najgorszych wypadkach – skręcała im karki.
Naprawdę wierzyła, że Jasper Prince w ich rodzinie to nic, co powinno budzić obawy – ta myśl pojawi się w jej głowie dopiero kiedy porządkować będzie papiery, dopiero kiedy dojdzie do niej, że niektóre obietnice warto sobie przypomnieć. Dla samej zasady.
Obecnie cieszyła się, że będzie mogła odbudować z nim relację. Nawet jeżeli ten obdarzał ją jedynie spanikowanym spojrzeniem – mogła wyłącznie unieść brew. Czy bał się, że sama puściła farbę? Uspokoiłaby go zirytowanym tonem – za kogo on ją miał? – gdyby tylko miała na to przestrzeń. A nie miała, bo Leonie wydawała się… Trochę bardziej entuzjastyczna. Trochę wdzięczniejszym rozmówcą, zarazem.
Nawet emocjonalnie skąpa Sanderson wiedziała, że w momencie takim jak ten – należało cieszyć się ich szczęściem, szczerze czy nie. A w obliczu poznania personaliów jej partnera… Było to nawet szczere. Tak. Zupełnie szczere. Na tyle szczere, by zdolna była żartować.
– A zatem znacie się dłużej – odnotowuje na kartach pamięci. Starał się o nią od dwóch lat. Szybciej pozbierał się po śmierci żony, ale naukowo udowodniono, że mężczyźni mieli ku temu naturalne skłonności. Dodatkowo jako osoba bezdzietna, mógł szukać szansy na rozwinięcie relacji z kimś, kto przez młody wiek zdoła zapewnić mu więcej pociech niż osoba z podobnego rocznika. – Kogoś takiego? Czyli jakiego? – rozbawiła się sama swoim dociekaniem. Jak właściwie jawił się w jej oczach Jasper Prince? – Wiesz, lepiej znamy się od studiów, pamiętam go jeszcze we fryzurach, które obecnie nazwanoby przeraźliwie niemodnymi – on pewnie pamięta jak przez cztery lata studiów nosiłam po prostu trzy te same komplety, bo uznawałam, że szkoda mi czasu i pieniędzy… – próbuje rozluźnić tą napiętą jak guma od gatek atmosferę. Ona – Moira Sanderson. Pośród wygadanego Jaspera Prince’a i młodziutkiej, świergoczącej Leonie Figg. Czy naprawdę robiła na nich takie ogromne wrażenie? Wzbudzała taki stres? To z nią był problem czy z nimi?
Bierze w rękę dłoń siostrzenicy, chcąc przyjrzeć się jej pierścionkowi, może nie wiedząc nawet, że właśnie ratuje jej palce od pełnego stresu wyłamania z zawiasów.
– A czego się spodziewałaś, Leonie? Że zostaniesz starą panną? – szczerze w to nie wierzyła. Znalezienie męża – byle jakiego męża – było przecież proste. Nigdy problemem nie było znalezienie kawalera – a odpowiedniego kawalera. – Zasługujesz na kogoś takiego. I mam wrażenie – graniczące z pewnością – że on zasługuje na ciebie – to tylko głupie gadanie, może nie do końca szczere, ale od wątpienia w szczerość intencji małżonków była Isadora. Albo Thaddeus. Albo jej bracia. Ona mogła tylko powiedzieć, że Jasper Prince był dobrą partią. I – raczej – osobą, za którą ona go brała. – Kiedy planujecie ceremonię? Zaprosicie mnie i nie posadzicie obok siostry?
Pyta z nieprzystającą żartowi powagą, coraz chętniej zwracając się ku Jasprowi. Przeraźliwie milczącemu i napiętemu.
– Jasper, nie mam ci za złe tej wymiany zdań nad stołem, dobrze? Przepraszam, jeżeli powiedziałam coś nie tak, nie chciałam wybić cię z nastroju – nie może uciec wrażeniu, że gdzieś zgubił impet. I oby szybko go odnalazł, bo wcale nie miała ochoty na siedzenie tu z jego kukłą.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (3): « Wstecz 1 2 3


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 16:34 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.