• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Szkocja > Hogsmeade i okolice > Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie > Izba Pamięci
Izba Pamięci
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
16-10-2025, 01:16

Izba Pamięci
Jest to miejsce ciche pełne powagi, ukryte w jednym z wyższych skrzydeł zamku. Wysokie, łukowate okna wpuszczają do środka miękkie światło, które odbija się od wypolerowanej posadzki i starych, kamiennych ścian. Wzdłuż nich stoją rzeźbione kolumny i marmurowe tablice, na których wyryto nazwiska uczniów, nauczycieli i bohaterów, którzy zapisali się w historii szkoły. W kryształowych szkatułkach przechowywano nagrody, trofea, puchary, tarcze, talerze i statuetki. W tym pomieszczeniu znajduje się również lista Prefektów Naczelnych oraz Specjalna Nagroda za Zasługi dla Szkoły, którą przyznano jedynie nielicznym. Miejsce to zachęca do wspominek oraz rozmytej nostalgii.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (3): « Wstecz 1 2 3
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#21
Gethen H. Scamander
Czarodzieje
Wiek
34
Zawód
Pracownik MM
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
13
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
10
5
Brak karty postaci
06-02-2026, 21:07
Osiągając z Moirą pewien kompromis na temat odwiedzin w szpitalu, by umilić jej czas w czasie dyżurów a nie by znów musiała go opatrywać, Scamander uśmiecha się łagodnie. Od tego momentu będzie oczekiwał listu od Moiry z jej planem dyżurów, bo rzeczywiście mial zamiar ją odwiedzić. Skoro dostał na to przyzwolenie, a raczej otrzymał jawne zaproszenie, nie mial powodu, by z tego nie skorzystać. Moira znów go zapraszała i może nie mieściło się to ponownie w ramach tego co wypada, a co nie, to Scamnader nie wyglądał na wybitnie tym speszonego, może trochę zakłopotanego, co nie było wcale wielką nowością. Jednak teraz widać było po nim, że ucieszyło go to.
Uniósł lekko brwi na jej słowa i widać było w jego spojrzeniu niezrozumienie, jakby skryte pod wątpliwościami słowa Moiry nie do końca były dla niego jasne.
- Nie rozumiem. Myślisz, że nie przyjdę? - Przekrzywia głowę spoglądając na twarz Moiry z zastanowieniem. - Mam nadzieję, że niedługo przyleci do mnie sowa z twoim grafikiem. - Dodaje po chwili, chcąc dać pewność Moirze, że nie rzuca słów na wiatr, a jego szczerość nie jest dobrem wybiórczym. Jeszcze mieli przed soba wiele spotkań, by moc powiedziec, że cos o sobie wiedza i w jakiś sposób się rozumieją. Kiwnął głową na jej słowa odnośnie jego dojrzałości i zakazów. Fakt, dziś Moira nie pełniła roli strażnika zdrowia i dobrych nawyków.
Perspektywa spędzenia czasu w tak nieoczywistym miejscu jak dyżurka izby przyjęć była na tyle ciekawa i niecodzienna, że Gethen nawet przez chwilę nie rozważał innej opcji, niż faktycznie tam przyjść. Martwił się jedynie o to, czy Moira z jego powodu nie będzie miała problemu z przełożonymi i współpracownikami. Ale skoro pani doktor takie propozycje składała, no to faktycznie musiała mieć taka możliwość.
Jednak myśli Moiry skierowały się w innym kierunku, znała adres jego zamieszkania z karty i doskonale mogla wywnioskować, że nie było to miejsce w obrębie Londynu. Gethen mieszkał tam od zawsze i za nic w świecie nie zmieniłby tego miejsca na inne.
- Hm? - Zmiana tematu i pytanie o jego miejsce zamieszkania przez chwilę sprawiło, że Gethen uniósł na Moirę pytające spojrzenie. Po chwili ciszy nie można było odnaleźć na jego twarzy żadnych oznak negatywnych myśli. A łagodny uśmiech tylko się pogłębił i nabrał sentymentalnego wyrazu.
- Bo to moje miejsce na ziemi. - Odparł z żartobliwą nutą. A potem rozwinął myśl. - Mieszkam tam od zawsze i trudno mi wyobrazić sobie, żeby porzucić to miejsce. Odziedziczyłem ten dom po rodzicach i czuje się tam najlepiej. Poza tym nie ma tam tak dużo magii, wiec kiedy migrena atakuje, nie staje się ona aż tak bardzo dokuczliwa jak w Londynie. - Wyjaśnił cierpliwie a kwestia niewygody widocznie nie musiała być aż tak dla niego męcząca. - Przyzwyczaiłem się już do tego. Zawsze mam ze sobą książkę, więc czas spędzony w pociągu spędzam na czytaniu. A jeśli przegapię ostatnie połączenie, to wtedy po prostu nocuje w tym samym hotelu nieopodal ministerstwa. Trochę do tej systematyki dochodziłem, ale finalnie wciąż wolę tak, niż przeprowadzać się do centrum.
Gethen posiadał zdolność teleportacji, lecz używał tego tak rzadko, że praktycznie nigdy. Nie był nawet pewny, czy jego licencja wciąż jest aktualna.
- Może chciałabyś mnie kiedyś tam odwiedzić? - Odezwał się po chwili ciszy z niepewnością w glosie. - To bardzo spokojne miejsce, otoczone ogrodami i nieopodal jest jezioro. - Skoro Moira zapraszała go juz po raz kolejny, w końcu mógł w jakiś sposób się zrewanżować.
Tiara przydziału nie miała żadnych watpliwości na temat tego, gdzie przydzielić Gethena. Był on Krukonem z krwi i kości, a jego akty niesubordynacji w stosunku do regulaminu wskazywały jedynie na jego silną potrzebę poszerzania wiedzy i odkrywania tego, co niewiadome i w pewien sposób zakazane.
Uśmiechnął się z rozbawieniem na słowa Moiry na temat tego, jakim prefektem była. Postanowił jednak tego nie komentować, widząc że kobieta spogląda z nostalgią na okładkę albumu. Uznał, ze lepiej będzie pozostawić temat przeszłości w spokoju, skoro nie kojarzy się to ani jej ani jemu zbyt pozytywnie.
Scamander wyprostował się, czując jak Moira obejmuje jego ramię. Na pewno przyjecie przez nią jego pomocy podziałało na jego męskie ego, zwłaszcza że ostatnio na takie gesty z jego strony reagowała raczej podejrzliwie.
- Spokojnie, nie mam zamiaru nas teleportować. - Delikatnie nakrył dłoń Moiry własną w geście uspokojenia. Po czym wyciągnął z kieszeni szaty różdżkę i wycelował ja w kierunku ogromnego lustra. - Alohomora. - Wyszeptał z odpowiednia intonacją i wykonał odpowiedni gest. Różdżka historyka zabłysła i drobinki magii rozproszyły się wokół niej na podobieństwo pióra, by potem powędrować w kierunku lustra. Wielka rama wielkości drzwi skrzypiela i odsunęła się ukazując korytarz w którym jarzyły się magiczne światełka. - Tędy bez problemu przejdziemy na czwarte piętro, a potem pod schody naszej wieży. - W pewien sposób był zadowolony z siebie, że mógł się czymś popisać przed Moirą. A skróty i tajne przejścia w Hogwarcie był jego mocną stroną.

Rzut na zaklęcie: Alohomora 20
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#22
Moira Sanderson
Akolici
It's gotta happen, happen sometime
Maybe this time I'll win
Wiek
40
Zawód
Naukowczyni, magichirurg
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
24
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
5
Brak karty postaci
09-02-2026, 16:51
Chyba zatem nie rzucał słów na wiatr – chyba byli umówieni.
Nie widziała przeszkody w tym, by wiecznie chorujący Gethen pojawił się w szpitalu i nie widziała większej trudności w wyjaśnieniu ludziom jego obecności – nie po tak wielu latach pracy w tym miejscu i po zbudowaniu sobie odpowiedniej renomy.
– I mieszkasz tam zupełnie sam? Nie przykrzy ci się? – dopytuje, bo chociaż zawsze docenia czas sam na sam ze sobą, chociaż bardzo lubi ciszę i spokój, chociaż zatapia się w lekturze i pracy najchętniej za zamkniętymi drzwiami gabinetu czy czytelni… Lubiła Londyn. Nawet ten śmierdzący mugolską spaliną czy nisko zawieszonym smogiem. Lubiła pędzący świat – to jak maleńki wydawał się człowiek w miejskiej machinie. Lubiła mieć wybór – kilkanaście barów i restauracji przy jednej ulicy w Soho czy kilkanaście butików w Royal Arcade. Ona mogła mieszkać właściwie gdzie chciała – z możliwością teleportowania się przy pomocy sieci Fiuu. Wydawało jej się, że Gethen wybrał mniej wygodne życie na własne życzenie. Może miejsce było tego warte? – Kto zajmuje się tobą gdy masz atak? – to chyba ważne medycznie pytanie. Wcześniej nigdy tego nie dociekała – wcześniej nie trafiał do niej z tą dolegliwością, a chociaż pewnie nie powinni rozmawiać o tym teraz – kiedy oboje wracali wspomnieniami do murów dawnej szkoły. Albo właśnie powinni? W końcu temat przeszłości wcale jakoś jej nie leżał.
Tak samo jak pytanie o odwiedziny… Leżało równie dziwnie. Było pytaniem zupełnie normalnym, zupełnie na miejscu, skoro poznali się prywatnie, a i pewnie zwyczajnie… Miłym.
– Może znajdę trochę wolnego czasu – obiecuje, nic nie obiecując. Może mogłaby poświęcić koniec któregoś tygodnia byle odciążyć niańkę i zabrać syna na wycieczkę? Chłopiec robił się coraz to bardziej otwarty i głodny jej uwagi, a Sanderson nie chciała okłamywać go co do tego gdzie się wybiera. Tłumaczenie, że mamusia ma naprawdę dużo pracy było wytłumaczeniem dobrym – bo zwykle bardzo trafnym. W tym wypadku byłoby jednak zwykłym oszustwem; nie chciała oszukiwać trzylatka. – Mam trochę… Zobowiązań. Znajdziemy jakiś termin. Postaramy się.
Zaciska palce na łokciu mocniej, w ramach przypieczętowania pewnej obietnicy, ale potem prędko spogląda ku ustawionemu nieopodal zwierciadłu, mimowolnie przyglądając się swojemu odbiciu przez krótki moment, nim to odsunie się pod wpływem zaklęcia Scamandera.
– No proszę – mówi zaskoczona, unosząc spojrzenie na twarz mężczyzny. Nie umyka jej to, że towarzysz późnego wieczoru wydaje się w pewien sposób dumny ze swojego popisu. – Idź przodem, nie chcę zostać pożarta w ciasnym korytarzu… – droczy się, bo chyba wcale nie chce puścić do przodem. Skoro szli pod rękę – dalej iść będą pod rękę. – Albo chociaż zbierzesz na siebie zagubione pajęczyny… – uśmiecha się nieco szerzej, kiedy podążają wyznaczoną przez historyka drogą.
I tak chętnie niebawem zakończy ten wieczór, a przypieczętowanie go wizytą na wieży było miłą wizją, gdy od jutrzejszego poranka… Trafi na niemal całodzienny dyżur. I to nim jeszcze zdąży poinformować o tym listownie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#23
Gethen H. Scamander
Czarodzieje
Wiek
34
Zawód
Pracownik MM
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
13
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
10
5
Brak karty postaci
10-02-2026, 09:18
Wszystko wskazywało na to, że byli umówieni. Od kiedy ich relacja weszła na inny poziom, nabrała bardziej osobistego charakteru, Scamander wydawał się o wiele swobodniejszy w towarzystwie Moiry, niż w czasie wizyt na izbie przyjęć, czy chociażby ich pierwszej kolacji razem. Zakłopotanie wciąż było widoczne i obecne, jednak można było zauważyć, że powoli się wycofywało. Moira przemawiała w języku praktyka, człowieka dążącego do prawdy i nie bojącego się zadawać drażliwych pytań. Gethen widocznie dostrzegał w niej pewne podobieństwa i nie doszukiwał się podwójnego dna w jej zaproszeniach i chęci ponownego spotkania.
- Tak, od jakiś piętnastu lat mieszkam tam sam. - Skinął głową, nie jest zakłopotany tymi pytaniami. Przywykł już do nich, ponieważ wiele osób reagowało podobnie, jak Moira. Czy mu się przykrzyło? Trudno powiedzieć, bywały takie dni, kiedy nie miał potrzeby by wydobywać z gardła glos, a czasami wystarczyło mu po prostu spędzenie czasu w tłocznym pociągu, aby przełamać passę samotności. - Raczej nie, Londyn jest bardzo głośny i po powrocie do domu mogę faktycznie odpocząć. - Z racji silnej wady wzroku ciało Gethena nadrabiało tą ułomność innymi zmysłami, przede wszystkim bardzo dobrze słyszał i rozpoznawał dźwięki. Sprzyjało to jednak szybszemu przeciążeniu nadmiarem dźwięków, a Londyn z roku na rok stawał się coraz głośniejszy, głównie za sprawą mogolskiej myśli technicznej.
Scamander wychował się blisko natury, tak więc wszechobecny smog w większych miastach również mu nie sprzyjał, powodując głównie częstsze pojawianie się migreny. Dlatego tym bardziej nie zastanawiał się nad przeniesieniem bliżej miejsca pracy, jeśli miałby się męczyć i częściej doświadczać ataków, wolał spędzić codziennie kilkanaście minut w podróży.
- Zwykle radzę sobie z tym sam, mam odpowiednie eliksiry przeciwbólowe w domu. Ale kiedy jest jednak gorzej, moja sowa wie do kogo lecieć, żeby wezwać pomoc. Nauczyłem ją, żeby odpowiednio reagowała. - Wyjaśnił cierpliwie bez cienia zniecierpliwienia i znudzenia tematem. Moira znała jego przypadek jedynie z karty, która jakiś czas temu widywała zdecydowanie za często. Z tej samej karty wiedziała, że problemem migreny u Gethena zajmowała się głównie doktor Medici i widocznie Gethen był na tyle świadomym i samodzielnym pacjentem, że faktycznie radził sobie całkiem dobrze w pojedynkę.
Nie planował tego zaproszenia, które pojawiło się w jego umyśle całkowicie spontanicznie i nawet się nie wahał zbyt długo, by po prostu zaprosić Moirę do siebie. Mieli za soba o wiele bardziej kontrowersyjne zaproszenia, więc Scamander nie widział w tym niczego nietaktownego. Tak jakby przejmowali się tym, co wypada a co nie.
- W porządku. - Scamander nie wydawał się ani urażony, ani zniecierpliwiony. Rozumiał, że praca Moiry była wymagająca i nie mogla od tak powiedzieć mu, że może cos spontanicznie zaplanować. - Nie musisz się spieszyć, a ja się nigdzie nie wybieram. Jak znajdziesz czas, po prostu daj znać. - Wahanie w glosie Moiry wybrzmiało między nimi, ale nie poskutkowało pojawieniem się nagle odgradzającego muru. Gethen był człowiekiem cierpliwym i wyrozumiałym. Pozostawił otwarte zaproszenie, a jeśli Moira z niego skorzysta, na pewno się ucieszy. Zaproszenia Scamandera do Reading nie były częste, ale to głownie przez to, że Gethen nie miewał zbyt wiele osób w swoim otoczeniu, które były mu na tyle bliskie, by chciał dzielić z nimi swoją samotnię. W tej chwili zapragnął zaprosić Moirę, poznawali się coraz lepiej, Scamander czul się przy niej coraz swobodniej i z chęcią dzielił się wiadomościami na swój temat. Jej pytania o Reading sprawiały, że chciał jej pokazać dom i okolice, by mogla zrozumieć jego spojrzenie.
Po chwili jednak uwagę obojga czarodziei skupiło lustro, które pod wpływem zaklęcia Scamandera drgnęło i odsłoniło korytarz w zamkowych murach. Reakcja Moiry sprawiła, że Scamander rzeczywiście poczuł się nad wyraz dumny z siebie, czego wcale nie kryl.
- Oczywiście, pozwól że będę twoim przewodnikiem, Moiro. Nie musisz się niczego bać, nie pozwolę żadnej bestii się do ciebie zbliżyć. - Odparł z rozbawieniem w glosie, samo zamczysko już wpływało na wyobraźnię, a tym bardziej w obliczu tajnego przejścia, gdzie rzeczywiście, mogli spotkać cos tajemniczego i niebezpiecznego. Gethen naczytał się w swoim życiu o nawiedzonych zamkach, albo takich, które zamieszkiwały przeróżne istoty i śledził wtedy losy beznadziejnie naiwnych bohaterów, którym z jakiegoś powodu szczęście postanowiło sprzyjać.
Wzmianka o pajęczynach sprawia, że Scamander spogląda na Moirę i widząc jej uśmiech, nie kryje zadowolenia. Prowadzi Moirę ostrożnie, pamiętając o wystających płytkach i przewężeniach, tak by bezpiecznie ja przeprowadzić do wyjścia na korytarz czwartego piętra.
Wieczor powoli się kończy, a odwiedziny w Hogwarcie dobiegają końca. Scamander powraca do siebie nocnym pociągiem, który po drodze zatrzymuje się w jego okolicach. Następny dzień na szczęście jest dla niego wolny, więc spokojnie odeśpi podróż i wrażenia po odwiedzeniu na nowo Hogwartu.

Gethen i Moira zt
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#24
Margaret Davies
Czarodzieje
Blackbird, fly
Into the light of the dark black night
Wiek
21
Zawód
ścigająca Os z Wimbourne
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
4
9
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
14
24
Brak karty postaci
16-03-2026, 22:20
Wiadomość o kwietniowym Zjeździe Absolwentów wywołał u Margaret atak dzikiego szału. W piskach i podskokach pobiegła do swojej sowy, naprędce kreśląc kilka słów do swoich najbliższych znajomych, przelewając na papier całą ekscytację. Powrót do Hogwartu w takich okolicznościach brzmiał jak marzenie. Zastanawiała się kogo spotka na starych szkolnych korytarzach: przyjaciół, z którymi nie udało się utrzymać kontaktu, dawne miłostki, o których pewnie częściowo zdążyła zapomnieć, kolegów i koleżanki ze szkolnej drużyny, których drogi się rozeszły – niekórych spotykała na sparingach, o innych czytała w gazetach, a jeszcze inni całkiem zapadli się pod ziemię, jakby zamknęli swoją miotłę gdzieś głęboko w zakurzonej skrzyni i pożegnali się z quidditchem. Nie mogła się doczekać przygód, które z pewnością tam na nią czekały. W oczekiwaniu na to wielkie wydarzenie odwiedziła każdy sklep odzieżowy na ul. Pokątnej, szukając idealnej kreacji. Chciała pokazać się z jak najlepszej strony, szczególnie, że miała ku temu powody. Miała wrócić do szkoły jako kobieta sukcesu, która dopięła swego i od niedawna grała w jednej z największych angielskich drużyn. Czuła się dobrze i wyglądała dobrze – chciała odpowiednią kreacją podkreślić wysportowaną sylwetkę, żeby mniej lubiane koleżanki zzieleniały z zazdrości. Idealną kreację znalazła dopiero w Hogsmeade, w najmniej odpowiednim momencie, kiedy wcale nie miała czasu na zakupy. Jedno spojrzenie na manekina wystarczyło, żeby się zakochała – na szczęście z wzajemnością. Burgundowa sukienka z przyjemnie lejącego się materiału elegancko opinała jej ciało. Z odpowiednio dobranymi dodatkami miała w planach zawojować szkolny parkiet.
Radość nieoczekiwanie skończyła się tydzień przed zjazdem. Przyczepił się do niej boleśnie realny sen i za nic nie chciał jej opuścić. Ogarnął ją przejmujący smutek – bez przyczyny i chyba bez końca. Dni nagle stały się dużo dłuższe, cięższe i bardziej szare. Nie mogła zasnąć, a potem budziła się nad ranem i wpatrywała się w sufit zamiast wstać i zająć się życiem. A gdyby tak… nie iść? Zostać w domu? Schować się przed światem pod ciepłym plecionym kocykiem? Pewnie tak by się skończyło, gdyby nie interwencyjny list od przyjaciółki. No dobrze – pomyślała. – Pójdę tylko na chwilę, niech przynajmniej sukienka się nie zmarnuje.
Hogwart okazał się dużo większy i głośniejszy niż pamiętała. Korytarze były pełne od dawnych uczniów i gości zza granicy. Uśmiechała się, żartowała, tuliła starych znajomych i przedstawiała się nowym. Aż w końcu stwierdziła, że ma tego dość. Nogi najpierw zaczęły ją nieść w stronę boiska od quidditcha – miejsca, które niegdyś dawało jej wytchnienie. Potem stwierdziła, że w szpilkach szybko tam nie dotrze, więc ostatecznie schowała się w izbie pamięci.
W środku powitał ją zapach kurzu i upragniony spokój. Powoli przechadzała się wzdłuż ściany, oglądając stare tablice i puchary. Wzrok przesuwał się po wyrytych literkach, ale myślami była już gdzie indziej. Nawet nie usłyszła, że ktoś wszedł do środka. Z zamyślenia wyrwał ją dopiero znajomy głos, zbyt znajomy.
– O, Violet – westchnęła, nawet nie próbując wykrzesać z siebie choć odrobiny radości, bo naprawdę chciała tutaj znaleźć samotność. – Do Os z Wimbourne – poprawiła ją, nie odwzajemniając uśmiechu. O, Merlinie, dlaczego ze wszystkich osób postanowiłeś wpuścić tuaj właśnie ją? – Ale byłaś blisko. To miłe, że śledzisz moją karierę – dodała, po czym zerknęła na duży złoty puchar stojący nieopodal – sprzed wielu lat, bez jej nazwiska, ale kiedyś udało jej się wygrać podobny z drużyną Gryfonów. – To prawda… – odpowiedziała po chwili, nie wyłapując złośliwości. Faktycznie tu na szkolnym boisku wszystko się zaczęło: pierwszy lot na miotle i pierwsze doświadczenie niesamowitej wolności jaką taki lot daje. Potem już nic nie było takie samo. – Pamiętam mój pierwszy mecz. Padało. Przegraliśmy z Kukonami dwudziestoma punktami – padało tak jak w jej śnie, miarowo ale nieprzerwanie. Aż dziwne, że dzisiaj była taka ładna pogoda… – Twoich zdjęć nie widziałam w gazetach – powiedziała nagle, wyrywając się z zamyślenia. – Czym się zajmujesz? – Zapytała, odruchowo zerkając na jej dłoń w poszukiwaniu obrączki. Obawiała się, że złoty pierścionek będzie ją raził w oczy przez resztę spotkania, że Violet zaraz opowie o swoim mężu i ślicznej córeczce albo synu, a może od razu o bliźniakach, ale… nie. Rzadkie światło nadziei w ciągu ostatnich dni.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#25
Violet Macnair
Czarodzieje

her lips were soft like winter

Wiek
21
Zawód
wróżbitka
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
5
OPCM
Transmutacja
0
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
19
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
18-03-2026, 17:29
Jeśli los postawił na jej drodze Margaret Davies, oznaczało to, że najwyraźniej istniał ku temu jakiś powód. Violet Trelawney zaś nie zwykła dyskutować z przeznaczeniem. Stawiała mu czoła nawet wówczas, gdy sytuacja nieszczególnie przypadała jej do gustu. Na Międzynarodowy Zjazd Absolwentów w Hogwarcie przygnało ją przeczucie, że powinna była się tu pojawić, ale nie zdążyła jeszcze odkryć powodu dlaczego jej obecność była tu wskazana. Czy miało to związek z osobą Margaret? Nie miała pojęcia, musiała się o tym przekonać; właśnie dlatego nie wycofała się, ujrzawszy znajomą sylwetkę dawnej Gryfonki, nie zostawiła jej w spokoju i nie odeszła, udając, że nie widzi szkolnej koleżanki. O ile mogła tak ją nazywać. Nigdy nie łączyła ich przyjaźń, ani nawet sympatia, do czasu, kiedy to Violet nawiedziła okrutna wizja dotycząca blondynki, była to raczej chłodna obojętność. Ze strony Krukonki podszyta uprzedzeniami względem pochodzenia Gryfonki i niechęcią ze względu na jej mugolską krew. A ona sama zawsze wydawała się wyniosła i sztywna, nie pasowała do - zazwyczaj - rozwrzeszczanego i rozhulanego towarzystwa wychowanków Domu Lwa. A od chwili, kiedy Violet wyjawiła Peggy prawdę, miała wrażenie, że przerodziło się to w prawdziwą antypatię z jej strony. Panna Trelawney zaś obraziła się okrutnie za to, że blondynka nie dała wiary w jej słowa, zarzucając, że kłamie, a jej rzekome wizje to stek kłamstw i bzdur. Ta zadra nie zniknęła przez tych kilka lat odkąd widziały się po raz ostatni.
Chłód Margaret nie dziwił Violet więc wcale, ale nie zmusił do odejścia. Nie czuła się przez nią mile widziana, nie miała jednak zamiaru odejść, dopóki nie przekona się o powodzie tego spotkania, które nie mogło być przecież przypadkowe. Bądź co bądź coś je łączyło - okrutna przepowiednia dotycząca życia sercowego ścigającej - jak się okazało - Os z Wimbourne.
- Ach, tak, nie kojarzę tych mało popularnych drużyn - odparła wróżbitka tonem, który wydawał się pogodny, choć tylko z pozoru; słaby uśmiech nie sięgał chłodnych, ciemnych oczu Violet. - To zbyt wiele powiedziane, ale to już nie pierwszy raz, kiedy los z jakiegoś powodu zsyła mi twój obraz - stwierdziła z ciężkim westchnieniem, sugerując jednako, że to nie było wcale zależne od niej samej, a już na pewno nie działo się z powodu jej ciekawości. Życie Peggy nie obchodziło Violet wcale i w ogóle, poza...
Poza jednym szczegółem.
Tym, który dotyczył tego, czy jej przepowiednia zdążyła się już spełnić.
- I to nie był chyba pierwszy raz, kiedy przegraliście - odrzekła, zbliżając się do Peggy; odjęła jednak wzrok od jej ładnej twarzy i zawiesiła go na kilka chwil na pucharze quidditcha lśniącym za szkłem gabloty. Quidditch nigdy nie obchodził Violet szczególnie. Chadzała na mecze tylko i wyłącznie wtedy, kiedy ktoś ją do tego zmusił lub wszyscy Krukoni opuszczali swoją wieżę, jakby kibicowanie domowej drużynie było ich społecznym obowiązkiem. Na wypomnienie braku jej zdjęć w gazetach zareagowała kwaśnym uśmiechem, przez kilka chwil szukając odpowiedniego wyjaśnienia; w życiu nie powiedziałaby przecież Peggy prawdy. Prawdy o tym, że w głębi ducha pragnęła sławy jako nieomylna jasnowidzka i skuteczna spirytystka, ale na to musiała jeszcze poczekać. Była cierpliwa, ale świadomość tego, że gazety o Peggy pisały już teraz były jak ostry kamień w bucie. Nieprzyjemne i drażniące. - Och, to nic. Moja profesja wymaga dyskrecji - stwierdziła, znów przywołując na usta ten sam, nieszczery i lodowaty uśmiech, wzruszając przy tym ramionami. - Tak jak doskonale już wiesz, po moich czarodziejskich przodkiniach otrzymałam dar trzeciego oka. Służę więc pomocą i radą wszystkim tym, którzy potrzebują spojrzeć w przyszłość i chcą rozwiązać zagadki teraźniejszości. Mam wielu klientów, nie narzekam - wyjaśniła. Taktownie pominęła fakt, że aby żyć wygodnie musiała także podjąć pracę w sklepie zielarskim. Sprytnie określała to jako swoje dodatkowe zajęcie, a za główną profesję uznawała sprzedawanie wróżb i przepowiedni.
Zauważyła jak Peggy zerka na jej dłonie, trzymała je splecione przed sobą i nie ukrywała, że brakuje na nich zarówno obrączki, jak i pierścionka zaręczynowego. Nie przejęła się tym. Małżeństwo nie było jej pisane i nie żałowała tego. Wcale tego nie pragnęła. Czuła się stworzona do większych rzeczy, aniżeli roli kury domowej i matki.
- Niektórym pisane jest panieństwo - tak jak nam - wyrzekła, spoglądając bez odrobiny wahania spoglądając teraz prosto w oczy Peggy, nawiązując bezpośrednio do przepowiedni, którą wyjawiła jej przed laty.
I have three eyes. Two to look, one to see.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (3): « Wstecz 1 2 3


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 15:09 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.