• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Derbyshire, Burke Manor > Gabinet Vivienne
Gabinet Vivienne
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
06-08-2025, 11:52

Gabinet Vivienne
Gabinet ten był wyjątkowym prezentem ślubnym od męża – wyrazem jego troski, zrozumienia i szacunku dla jej pasji i potrzeby posiadania własnej przestrzeni. Ściany pomieszczenia w całości pokrywają wysokie regały z ciemnego drewna, wypełnione starannie dobranym księgozbiorem. Przy dużym oknie, przez które wpada miękkie światło dzienne, ustawiono klasyczne biurko, na którym zawsze leży stos książek. Na podłodze leży perski dywan o bogatym wzorze, dodający ciepła i tekstury. Subtelne światło, drewniane powierzchnie i zieleń widoczna za oknem tworzą razem przestrzeń niezwykle przytulną i sprzyjającą skupieniu. To miejsce nie przytłacza, lecz otula – pozwala oderwać się od zgiełku świata i zatopić w świecie myśli, słów i wspomnień.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Vivienne Burke
Czarodzieje
Wiek
23
Zawód
Badaczka historii run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
7
12
15
Brak karty postaci
27-03-2026, 18:51
Jej słowa lekko mnie uderzyły. Faktycznie, gabinet był mój. Stał się dla mnie taką codziennością, czymś tak naturalnym, że przestałam pamiętać o tym jak wielkim zaskoczeniem była dla mnie złożona przez Xaviera obietnica. Obietnica posiadania w nowym domu tylko swojego miejsca, gdzie będę mogła się rozwijać, gdzie będę spędzać swój czas i robić to, na co będę miała ochotę. Nie każda kobieta miała takie szczęście, dobrze o tym wiedziałam. Sama się już przyzwyczaiłam, żyłam tym życiem i, zamknięta w pewnego rodzaju bańce, nie myślałam o tym, że inne kobiety mają gorzej ode mnie. Uśmiechnęłam się więc do Iris ciepło, to był jeden z lepszych komplementów, jakie mogłam otrzymać na temat tego miejsca.
Gdy spojrzenie gościa przeniosło się na kocurka i ja na niego spojrzałam. Faktycznie czuł się tu niezwykle pewnie, miał swoje ulubione miejsca. Często wygrzewał się na parapecie wystawiając brzuszek do słońca, grzał ogon obok palącego się kominka lub wskakiwał mi na kolana chwilę po tym, jak usiadłam w fotelu. W ciągu ostatnich tygodni zdecydowanie częściej niż kiedyś.
- Długo nie mógł zaakceptować Xaviera - odparłam na jej słowa.
Gładziłam go po sierści czekając na odpowiedź koleżanki na moje pytanie. A gdy usłyszałam jej pierwsze słowa zacisnęłam mocno usta. Wróciły moje własne wspomnienia. Rozmowa z ojcem, postawienie przed faktem dokonanym. Niemożność jakiegokolwiek sprzeciwu, chociaż dobrze z matką zdawali sobie sprawę, że nie małżeństwo było mi w głowie. Nie wyszłam na tym źle, z biegiem czasu dopiero dostrzegłam, że mężczyzna który został dla mnie wybrany (czy też ja dla niego) był, świadomie czy też nie, jednym z lepszych ich wyborów. Okazał się człowiekiem, bez którego teraz nie wyobrażam sobie życia. Gdybym mogła się wtedy sprzeciwić i bym to zrobiła kto wie jak to wszystko by się potoczyło. Może kolejna szansa byłaby zdecydowanie gorszą opcją? Jednak nie było o czym gdybać. Bo i po co? Moje życie ułożyło się dobrze.
Pozwoliłam jej mówić. Potrzebowała tego. Tak jak ja miałam wtedy Primrose, której mogłam się wyżalić. I mimo że stawiałam ją w niekomfortowej sytuacji, w końcu to dotyczyło jego brata, to pozwoliła mi mówić i wyrażać swoje uczucia przyjmując je na klatę. Tym samym ja mogłam poczuć się lepiej. Pozwolenie sobie na ujście emocji, wyrażenie ich słowami potrafiło pomóc. Sama już się o tym bardzo dobrze przekonałam nie raz. Gdy powiedziałam na głos to co się we mnie kłębiło, nagle to wszystko przestawało być aż tak trudne. Aż tak straszne. Gdy padło pytanie, zamyśliłam się na chwilę. Nie zdawałam sobie sprawy, że tak szybko zdążę zapomnieć o tych wszystkich negatywnych emocjach, które wtedy odczuwałam. Lekko opuściłam wzrok na kota, prezent przedślubny, gdy Xavier dowiedział się jak bardzo lubię te zwierzęta. Spojrzałam na Iris.
- W zeszłym roku wyjechałam na chwilę do Norwegii, mój pierwszy wyjazd, współpraca z archeologami przy tamtejszych wykopaliskach. Dobrze wiesz, że nie w głowie miałam małżeństwo. Gdy tylko wróciłam ojciec poprosił mnie do siebie i poinformował mnie, że on wraz z głową naszej rodziny, Alarickiem, oraz Silvanus Burke ustalili moje i Xaviera narzeczeństwo. Byłam przerażona, wściekła, wręcz zrozpaczona… Bo gdy w końcu pozwolono mi na zajęcie się czymś co naprawdę mnie interesowano poczułam, że ktoś zaraz mi to odbierze - zatrzymałam się na chwilę, jedną ręką sięgając po filiżankę, a drugą gładząc kota po grzbiecie. Upiłam łyk i cichutko westchnęłam. - A potem zaczęłam poznawać swojego narzeczonego. Na początku było sztywno, dziwnie, przede wszystkim dlatego, że Xavier miał już żonę, którą utracił, a bycie tą drugą… Sama rozumiesz. Ale zaczęliśmy się poznawać, coraz lepiej i lepiej. I wydaje mi się, że to był ten moment kiedy poczułam, że to przestaje się dziać obok, a ja faktycznie jestem w środku. W centrum. I mam coś do powiedzenia. Mój narzeczony mnie słuchał, chciał znać moje zdanie i, po prostu, polubił mnie, a ja jego. Czy ty i pan Flint - spojrzałam na nią z zaciekawieniem lekko przechylając głowę - mieliście już okazję spędzić razem trochę czasu? Poznać się lepiej?
Kot zamruczał na moich kolanach łapkami opierając się o mój brzuch. Spojrzałam na niego lekko unosząc kąciki ust ku górze. Xavier mówił, że Zefir nie odstępował mnie na krok, ponieważ czuł moją ciąże. Jeszcze nic nie było widać, wiedziała tylko najbliższa rodzina. A ja z dnia na dzień coraz bardziej oswajałam się z tą myślą, że noszę pod sercem syna lub córkę mojego męża.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Iris Nott
Czarodzieje
jesienne róże, róże smutne herbaciane; jesienne róże są jak usta twe kochane
Wiek
25
Zawód
historyk; badacz starożytnych run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
3
Siła
Wyt.
Szybkość
5
12
6
Brak karty postaci
28-03-2026, 08:53
Nie przerywała, nie wchodziła w słowo, nie próbowała dopasować historii Vivienne do własnej zbyt szybko, jakby obawiała się, że zbyt pochopne odniesienie się do jej słów mogłoby być nietrafionym. Pozwoliła jej mówić do końca, słuchając ją z tą szczególną uważnością, która z zewnątrz wyglądała jak nienaganna uprzejmość, lecz w rzeczywistości była czymś znacznie bardziej wymagającym - próbą uchwycenia sensu, który nie zawsze był wypowiedziany wprost, a między wierszami. A Iris zdawała się być mistrzynią w tej kwestii, chociażby ze względu na swoją pracę. Szukała w tej opowieści momentu przełomu, punktu, w którym coś się zmienia. Momentu, który mogłaby rozpoznać, gdy nadejdzie dla niej samej.
Jej spojrzenie na moment zatrzymało się na dłoniach Vivienne, przesuwających się spokojnie po miękkim futrze kota. Ten gest - powtarzalny, cichy, niemal automatyczny - miał w sobie coś, co trudno było zignorować. Coś, co mówiło więcej niż słowa. Była w nim stabilność. Oswojenie. Poczucie, że rzeczy, które kiedyś wydawały się obce, z czasem mogą stać się własne. Iris przyglądała się temu uważnie, jakby próbowała zrozumieć, czy taki stan rzeczywiście istnieje… czy jest jedynie efektem przyzwyczajenia. I wtedy poczuła, jak coś w niej reaguje na tę wizję. Nie była pewna, czy to ulga, która przychodzi na myśl o możliwym spokoju… czy raczej sprzeciw wobec myśli, że spokój ten może oznaczać rezygnację z czegoś, czego jeszcze nie zdążyła nawet zaznać.
— To brzmi… dobrze — Powiedziała w końcu, powoli, z wyraźną ostrożnością w głosie, jakby każde słowo musiało zostać przepuszczone przez wewnętrzny filtr, zanim opuści jej usta. — Lepiej, niż mogłabym się spodziewać.
Na moment odwróciła wzrok, jakby sama myśl była zbyt bliska, zbyt osobista, by utrzymać ją bez dystansu. — I może właśnie to jest najbardziej niepokojące — Dodała ciszej, bardziej do siebie niż do Vivienne. Jej palce poruszyły się lekko na kolanach, jakby próbowała rozproszyć napięcie, które od kilku dni nie chciało jej opuścić. Od rodzinnej kolacji minie zaraz pięć dni - pięć dni odkąd jej ojciec ponownie przekonał się, jak wiele błędów wychowawczych popełnił. Pięć dni odkąd zarówno Augustus, jak i Euphemia Nott, spoglądali na swoją jedyną córkę z nie lada rozczarowaniem. Od zawsze dostrzegali w niej pierwiastek buntu, którego nie zaznali we własnej młodości - ale Iris wie i wiedziała to od zawsze, że nie uświadczy nigdy czułości w ich spojrzeniu, a jedynie zawód. Zimne oczy ojca nawiedzały ją w snach i robiły to też teraz - aż poczuła dreszcz przebiegający ją wzdłuż kręgosłupa. Och, ileż by oddała za matczyny, czuły uścisk... za pokrzepiające słowa dodające jej wiatru w skrzydła. Być może wizja wzięcia za męża mężczyzny, którego nie znała, nie byłaby tak przerażająca.
Odsunęła od swoich myśli rodziców. Vivienne mogła dostrzec w twarzy swojej koleżanki, że coś ją wyraźnie rozproszyło - Iris zdradzały oczy. Te, zdające się emanować nieugiętością stali i zimnem burzy, wyrażały zawsze najwięcej emocji. Teraz był to smutek. Żywy, nieznośny. Tęsknota za ciepłem rodzicielstwa, którego nigdy nie doznała.
Odchrząknęła, poprawiając się na krześle i przenosząc wzrok na wznoszące się rzędy ksiąg. Imponujący widok. Oczywiście zbiór nie dorównywał temu w archiwach jej rodowego zamku, ale sam fakt ich licznej obecności sprawiał, że młoda Nott czuła się... swobodniej. Jak w swoim naturalnym środowisku. — To oznacza, że wszystko może potoczyć się… właściwie — Wymamrotała, pokładając wiarę w te słowa. — Że mogę się przyzwyczaić. Że mogę nauczyć się tego życia. Może nawet… je polubić.
Na pytanie Vivienne nie odpowiedziała od razu. Zamiast tego jej spojrzenie przesunęło się na Zefira, który poruszył się leniwie, zupełnie nieświadomy ciężaru tej rozmowy. Przez krótką chwilę pozwoliła sobie skupić się na tym widoku - czymś zwyczajnym, niewinnym, niezależnym od decyzji podejmowanych przy zamkniętych drzwiach i podpisywanych cudzymi nazwiskami. Ten drobny moment zawieszenia był jak oddech, którego potrzebowała bardziej, niż była gotowa przyznać. Dopiero potem wróciła spojrzeniem do Vivienne. — Jeszcze się nie spotkaliśmy — Odpowiedziała spokojnie, ale w tym spokoju była wyraźna linia oddzielająca fakt od wszystkiego, co wokół niego narosło. Krótka pauza. — Wszystko, co o nim wiem… pochodzi od innych.
Jej głos nie był ostry, nie był też oskarżający - ale miał w sobie coś, co wyraźnie zaznaczało granicę. Jakby chciała podkreślić, że ta wiedza, choć uporządkowana i logiczna, nie należy do niej w pełni. — Jest odpowiedni. Rozsądny. Dobrze wychowany — Wymieniła niemal mechanicznie, jakby powtarzała słowa zasłyszane wielokrotnie, aż straciły swój pierwotny ciężar. — Dokładnie taki, jakim powinien być — Na moment zamilkła, a cisza, która zapadła, nie była pusta. — I to sprawia, że nie mam się czego uchwycić — Dodała ciszej, a jej spojrzenie na chwilę zgasło, jakby właśnie to było sedno problemu, którego nie potrafiła wcześniej nazwać. — Gdyby był nie do przyjęcia, gdyby było w nim coś, czemu mogłabym się sprzeciwić… — Urwała lekko, jakby ta myśl była zbyt prosta, by mogła być prawdziwa. — Wszystko byłoby prostsze.
Oparła się nieznacznie o oparcie fotela, ale w jej postawie nie było rozluźnienia. Raczej próba utrzymania kontroli nad czymś, co narastało od kilku dni i nie znajdowało ujścia. Jej palce znów splotły się na kolanach, tym razem mocniej, jakby ten gest miał ją zakotwiczyć w teraźniejszości. Uniósłszy wzrok, spojrzała na Vivienne z tlącym się żarem w oczach. Przez chwilę analizowała słowa jasnowłosej, a wewnątrz niej narastał podziw wobec niej - na jej barki zrzucono nie lada ciężar. Druga. Przed jak ogromnym wyzwaniem stanęła Avery - i podołała mu, najlepiej jak potrafiła. Sytuacja Iris była niczym w porównaniu z jej. Aż zrobiło jej się głupio, przez co lekko skuliła głowę, wbijając wzrok w podłogę. Rumieniec wstydu wpełzł na jej policzek, a zęby mimowolnie zacisnęły się.
— Moje rozterki brzmią tak trywialnie w porównaniu z tym, z czym musiałaś zmierzyć się Ty — Skrucha przebijała się przez jej ton. Miała nadzieję, że koleżanka nie będzie odtąd spoglądać na nią z dezaprobatą. Że nie potępi jej, nie uzna za słabą. Ceniła sobie towarzystwo Vivienne na każdych uroczystościach, w których uczestniczyły wspólnie; na każdym spotkaniu, gdzie za młodu podpierały ściany i próbowały dopasować się do życia dorosłych. Nigdy nie miały okazji bardziej zacieśnić relacji, choć Iris żywiła nadzieję, że kiedyś się to zmieni. Nie chciała teraz zaprzepaścić swojej przyszłej szansy. — Ja po prostu... — Wzbierające się łzy pod powiekami zdawały się być upustem wszystkich myśli, które od czwartego maja zaprzątały jej umysł. Popatrzyła na kobietę i wtedy kilka samotnych kropel pociekło po jej policzkach. Dolna warga lekko zadrżała, gdy Iris wezbrała więcej powietrza w płuca. — Boję się. Moja matka nigdy nie... nie poświęciła... — Urwała, przełykając ciężko wzbierającą się gulę w gardle. Ten temat okazywał się jeszcze cięższy niż przypuszczała. — Nigdy nie powiedziała jak być dobrą żoną. Dobra żona daje potomka. A ja... — Pokręciła głową, przerywając. Jej wargi zacisnęły się mocno w cienką linię, a łzy ginęły w kołnierzu jej ubrania. Och, jak bardzo potrzebowała tego spotkania z Vivienne...
Pamięć jest jedyną formą władzy, której naprawdę się boję.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 18:46 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.