• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Inne miejsca > Jezioro Wastwater (Cumberland)
Jezioro Wastwater (Cumberland)
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
10-07-2025, 23:58

Jezioro Wastwater (Cumberland)
Położone głęboko w surowej dolinie Wasdale, Wastwater to najgłębsze jezioro Anglii, otoczone stromymi zboczami i milczącymi szczytami. Woda jest ciemna, niemal czarna, lustrzana - odbija niebo niczym najlepsze zwierciadło. Często spowita mgłą, z pozoru spokojna, lecz pod taflą kryje się dziwna energia. Magiczne legendy mówią o istotach, które żyją na dnie - niegdyś czczonych, dziś zapomnianych. Kamienie przy brzegu są chłodne i idealnie gładkie, jakby wypolerowane przez upływający czas. Wiatr niesie tu tylko echo, a fale uderzają o brzeg z rytmiczną, niemal hipnotyczną regularnością. Porośnięte wrzosem zbocza przygasają w świetle poranka, a o zmierzchu całe jezioro staje się ciemną plamą w sercu doliny. Nocą nie widać tu żadnych świateł. Tylko gwiazdy. I bezkresna, głęboka cisza.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Bradford Bulstrode
Czarodzieje
Wiek
35
Zawód
magizoolog, behawiorysta
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
19
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
14
16
12
Brak karty postaci
20-02-2026, 11:19
Nie zakładał, że Xavier może wyrządzić żonie jakąkolwiek krzywdę. Znał go od lat i wiedział, że pomimo parania się biznesami z szarej strefy moralności, to był on człowiekiem odpowiedzialnym i honorowym. Vivienne może i była zachłyśnięta romantycznym uczuciem, świeżością relacji i wrażeniem, ze wszystko zawsze będzie wyglądać tak, jak w bajce, lecz proza życia i prawdziwa, szara rzeczywistość wkrótce zapuka do ich drzwi. Wtedy powinni być już na tyle ze sobą związani, żeby żadne przeciwności losu nie zatrzęsły fundamentami.
Chęć tak dramatycznego pozbycia się książek sprawiła, że Bradford przechylił głowę w zaciekawieniu. Mogła zbagatelizować sprawę, machnąć lekceważąco ręką, uznając, że to nic konkretnego, czy godnego bliższej uwagi. Zamiast tego zaintrygowała go tym bardziej, zwłaszcza z tym wykwitłym na policzkach rumieńcem.
— Przecież do niczego cię nie zmuszam! — Wzniósł ręce w geście obronnym, z miną niewiniątka zastrzegając, że mogą w tym miejscu zamknąć temat. — Może sama mi o nich kiedyś opowie — gdybał jeszcze lekkim tonem, posyłając Vivienne z ukosa porozumiewawcze spojrzenie. Nie, oczywiście, że nie zada jej tego pytania, wprost sugerując, od kogo dostał wskazówki. Liczył jednak na to, że po ślubie między nim a Primrose nie będzie podobnych sekretów i żona opowie mu o tym, co najbardziej porusza jej serce. I wszystko wskazywało na to, że nie tylko serce, bo skoro jasnowłosa czarownica tak bardzo wzbraniała się przed szczegółami, to lektura nie mogła traktować wyłącznie o romantycznych, czy nostalgicznych uczuciach, tęsknie posyłanych spojrzeniach i drobnych pocałunkach.
Zaśmiał się i poklepał dłoń, którą chwyciła go pod ramię.
— Daję ci słowo, Vivienne, że nie przestanę jej adorować — obiecał zgodnie ze swoim sumieniem. Decydując się na ślub, brał pod uwagę fakt romantycznych uczuć, bez których nie wyobrażał sobie małżeństwa. Bywał bardzo pragmatyczny, twardo stąpający po ziemi, lecz uniesienie serca, to jeden z istotnych dlań aspektów. To dlatego przez długi czas nie chciał się angażować, dobrze wiedząc, że w sercu było miejsce tylko dla jednej kobiety. Nie potrafił usunąć Dorothy z życia i nie zamierzał tego robić zarówno z sentymentu i szacunku dla jej pamięci, jak i przez wzgląd na córki. Teraz wiedział także, że Primrose tego od niego nie wymagała. Bywały momenty, kiedy miał w sobie poczucie winy, ciężar, sprawiający, że obawiał się, że nie będzie wystarczającym mężem dla nowej ukochanej, która zasługiwała na wszystko, co najlepsze. Panna Burke okazała się być spełnieniem marzeń, kobietą wyrozumiałą, której chciał wszystko wynagrodzić, przychylić nieba i dać to, na co zasługuje.
— To zwykłe przyzwyczajenie. — Potrząsnął głową, bagatelizując gest. — Choć wiem, że aparatura działa, to i tak lubię wyczuć ciepło pod palcami. Proszę, spróbuj — zachęcił ją, odsuwając się o krok i robiąc kuzynce miejsce przy rozgrzanym kamieniu. — Będę tu wracać przez kolejne dni, sprawdzając różnicę w stanach. Tylko w ten sposób będzie możliwe określenie zmian i upewnienie się, czy w istocie wymagane są naprawy i wzmocnienia zabezpieczeń. — W notatniku znalazło się jeszcze kilka zapisków, suchych faktów i drobnych komentarzy dla ułatwienia dalszych pomiarów. — Chodźmy, odprowadzę cię kawałek, skąd będziesz mieć łatwiej z powrotem do domu. — Złożył aparaturę mierniczą i odłożył ją z powrotem do chaty badaczy. Wyciągnął ramię, otwartym gestem zapraszając panią Burke do dalszej drogi.

| zt x2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Violet Macnair
Czarodzieje

her lips were soft like winter

Wiek
21
Zawód
wróżbitka
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
5
OPCM
Transmutacja
0
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
19
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
19-03-2026, 14:44
30 maj

Tamtej nocy nawiedził ją sen rozkoszny i kojący, pełen spokoju; świt, który ją z niego wybudził był niczym zbrodnia, wcale tego nie chciała. Pragnęła powrócić do sennej rzeczywistości, gdzie wędrowała leśnymi ścieżkami, pośród zielonej gęstwiny i kwitnącego życia. Krocząc nimi czuła się bezpiecznie, czuła spokój i radość, jakby stała się częścią systemu. Stóp nie krępowały buty, a mimo że śniła, wszystko czuła tak wyraźnie, jakby działo się to naprawdę. Wilgoć rozrastającego się mchu pod stopami nie przeszkadzała ani trochę, ich dotyk wzmacniał jedynie poczucie więzi z lasem, którego dźwięki układały się w spójną melodię. Szum drzew, śpiew ptaków, płynąca woda w rwącym potoku nieopodal, wszystko to współgrało ze sobą, stanowiąc balsam dla wrażliwego słuchu. A zwierzęta, dla których ten las był domem, nie lękały się jej ani trochę. Nie uciekały płochliwie, gdy tylko dotarł doń jej zapach, nic sobie nie robiły z jej obecności; nie mogła oprzeć się wręcz wrażeniu, że mijane łanie, zające i ptaki spoglądają ku niej z zadowoleniem i radością, nie mniejszą od tej, którą czuła sama na ich widok. W pewnym momencie wyciągnęła rękę ku młodej sarnie, pragnąc czule pogładzić ją po szyi, ale...
Otworzyła wówczas oczy i Violet zorientowała się, że nie otacza jej wcale leśna gęstwina, a miękka, ciepła pościel. Przebudziła się w najmniej odpowiednim momencie, nie czuła jednak złości, a jedynie ukłucie żalu, że piękny sen dobiegł końca; a stawiając stopy na deskach podłogi swojej sypialni w Czarcim Uroczysku miała już pewność, że powinna była odłożyć podroż do Londynu na inny dzień. Przeczucie mówiło jej, że największe na Wyspach Brytyjskich miasto, zatłoczone, brudne i głośne, nie jest dziś dla niej odpowiednim miejscem.
Violet nie wierzyła w przypadki. Nic nie działo się bez przyczyny. Nic nie działo się bez wyraźnego powodu. Czułe, że jest dziś potrzebna gdzieś indziej. Nie w sklepie zielarskim, ale i nie w salonie wróżbiarskim.
Nogi same powiodły ją ku leśnym ścieżkom niedługo po śniadaniu. Do skórzanej torby, którą przewiesiła przez ramię, spakowała trochę jedzenia i butelkę wody, niepewna o której wróci - i czy w ogóle dzisiaj powróci do Czarciego Uroczyska. Pogoda nad Kumbrią sprzyjała wędrówką, dzień zdawał się być wręcz do tego idealny; niebo od samego poranka pozostawało bezchmurne, a słońce przypominało, że lato czekało już za progiem, nadejdzie lata chwila. Wyruszyła więc w tę wędrówkę bez właściwego celu, a raczej z przekonaniem, że jeszcze go nie zna - szła przed siebie, dopóki starczyło jej sił, ciesząc się pięknem rodzimej ziemi. Las nie przypominał tego z jej snu. Ptaki i zwierzęta czmychały w popłochu, zdjęcie butów nie wchodziło w rachubę bez ryzyka skaleczenia skóry, a materiał lekkiej, jasnej koszuli wciągniętej w długą spódnicę niedługo później zaczął lepić się do pleców, ale nie zawróciła; w pewnym momencie teleportowała się jeszcze dalej, nieopodal jeziora Wastwater, lądując na doskonale znanej sobie ścieżce. Wiodła ona ku jednemu ze znajomych dojść do jeziora, jednej z nielicznych jego plaż, która i tak zazwyczaj bywała opuszczona. Mugole mieli trudności, aby się tu dostać i lękali się czarnej, mrocznej głębiny, a wśród czarodziejów krążyły plotki o niebezpiecznych kelpiach i druzgotkach, z którymi mogliby sobie nie poradzić.
Dotarłszy do brzegu jeziora, którego zaledwie skrawek był piaszczysty, dostrzegła u jej skraju nieznajomą, kobiecą postać i w pierwszej chwili zamierzała zawrócić. Nie zwykła komuś przeszkadzać, nie w chwili, gdy być może poszukiwał spokoju i samotności, ale... dostrzegła wyraźnie ku czemu sięgają kobiece ręce.
Skrzeloziele.
Grube i soczyste liście magicznej rośliny kusiły wręcz, aby je zerwać i skosztować, a następnie wykorzystać, by poznać sekrety głębokiego jeziora; jeśli naturalnie, ktoś miał świadomość jego właściwości. A dno Wastwater... Niewielu dowiedziało się, co kryło naprawdę.
- Niebezpiecznie byłoby eksplorować tę głębinę w pojedynkę - zauważyła Violet, wyłaniając się spomiędzy zarośli; mówiła głośno, zwracając na siebie uwagę jasnowłosej kobiety. Uczyniła to bez zwłoki, nie chcąc, aby nieznajoma wzięła ją za natrętnego podglądacza. Nie miała złych intencji.
Wprost przeciwnie.
Mieszkała w tych okolicach. Kumbria, kraina jezior, były jej domem, a ona nie raz i nie dwa pływała w tym jeziorze. Poczuła się nagle zobowiązana do tego, aby nieznajomej doradzić, choć oczywiście mogło okazać się, że i ona dobrze je zna. Violet znów nawiedziło przeczucie, że jest we właściwym miejscu; a ona, jak mało kto, ufała swojej intuicji.
- Wiesz jaki efekt wywołuje zjedzenie skrzeloziela? - zagaiła tonem pogodnym, choć nieprzesadnie radosnym i entuzjastycznym; Violet niewiele miała wspólnego z ekstrawertycznym skowronkiem, który zarażał śmiechem. Uśmiechała się łagodnie, sprawiając wrażenie spokojnej i przyjaznej, było w niej jednak coś chłodnego - i smutnego na swój sposób.
I have three eyes. Two to look, one to see.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Nataša Doherty
Zwolennicy Dumbledore’a
with defiance, with abandon, with hysteria; like an axe dreaming its way through their throats
Wiek
27
Zawód
zielarz w Św. Mungu, alchemiczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
20
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
07-04-2026, 15:33
Maj rozkwitał szczodrze – wiosną z każdym dniem śmielszą, słodkim zapachem brzemiennych kwiatów w cieplarniach, w dłoniach obiecującą obfitością nieprzebranego piękna i równie bezmiernej pracy; wzbierał jednak opieszale – była nim zmęczona. Tym, jak pęczniał pod sercem duszącym niepokojem, jak broczył sny coraz głębszą czerwienią, gęstniał w strumykach bladych pod skórą żył; zaciskał się na jej nadgarstkach i łydkach, i huczał w skroni popłochem, by biegła. Budziła się za wcześnie, zmęczona; i w zmęczeniu nie potrafiła znów zasnąć. W niedziele Ludva przyjmował swoich najlepszych uczniów w domu jej ojca – w jej domu, wciąż nie umiała tak o nim myśleć – bo było w nim więcej miejsca, w przestronnym salonie, z którego przenieśli część mebli, by stworzyć przestrzeń, dźwięk roznosił się według niego głębiej (nie słyszała różnicy, o której mówił), a przede wszystkim nie było za ścianą sąsiadów, którym mogliby zakłócić wolny poranek. Zazwyczaj wychodziła w te dni z domu wcześnie, by nie zakłócać lekcji, czasami wracała przed ich końcem i siadała przed domem, słuchając nut zbiegłych przez uchylone okno. Ostatniej niedzieli przebudziła się także za wcześnie, nie wstała jednak z łóżka; nie skosztowała też przyniesionej przez wuja kawy, stygnącej na etażerce obok cząstek obranej pomarańczy. Kiedy wychodził z jej sypialni, poprosiła, by nie domykał drzwi; i – zmęczona, cicha i uległa – słuchała Debussyego, niepodobnego do siebie pod dłońmi młodego studenta; dłońmi, które znała dobrze i które dobrze znały ją.
Jest trochę pospieszny, stwierdziła, kiedy Ludva przyszedł później sprawdzić, czy czuje się już lepiej. Kawa była już zimna, pomarańcza przyschnięta, nieruszona. Usiadłszy obok, ułożył wypastowane buty na białym prześcieradle, sprawdzając być może, czy to także będzie jej obojętne – było; spod opuszczonych rzęs patrzyła na suche granie jego kościstych kolan pod eleganckimi spodniami, próbując wyobrazić go sobie młodego. I niedelikatny, ma surową rękę. Dlaczego nie każesz mu grać muzyki niemieckiej?
Powiedział, że dokładnie dlatego, że byłby w niej dobry. A potem powiedział też to, o czym myślała cały poranek – najpiękniej grała go twoja matka. Wyobrażała sobie jej dłonie, zwinne i wdzięczne na klawiszach jak białe łasiczki, pochyloną lekko skroń, rozmarzony uśmiech, który znała jedynie ze zdjęć, bo w jej wspomnieniach matka uśmiechała się blado lub nigdy. Nie pamiętała, by kiedykolwiek słyszała, jak matka gra. Ilekroć wyobrażała ją sobie jednak przy fortepianie, grała Debussyego; przed jej narodzinami, przed wojną, przed tym, jak magia zabrała jej córkę; przed Bogiem zawsze noszonym na szyi, chowanym w trwożliwej dłoni, nawet wtedy, gdy w kraju skazywano księży i łamano krzyże o kościelne ściany. Może kiedyś w podobny sposób kochała muzykę; może przez chwilę także ją.
Miałem nadzieję, że poprosisz mnie kiedyś, żebym nauczył cię grać. Była pewna, że dłoń miałaby zbyt surową; niedelikatną i pospieszną. I że gniewało by ją to, że znów nie potrafiłaby jej dosięgnąć, nawet w muzyce. Zgodziła się więc – pod warunkiem, że nie będą grać Debussyego.
Wciąż jednak budziła się za wcześnie i czuła się majem zmęczona. Wczoraj (po kłótni z panem Hughes w szpitalnej kawiarni o prawo mugolskich rodziców do widywania się z leżącym w szpitalu synem) poprosiła o wolny dzień, ale w środy Ludva pracował w konwersatorium i nikt w domu nie grał – i spokój, którego pragnęła, zaczął ją dusić, znów, paranoicznym niepokojem. Wyszła z domu, choć nie miała żadnego celu; zabrała skórzaną torbę na zioła, choć miała ich już dość, więcej niż potrzebowała do pracy, suszyły się w pracowni pod stropem, czekały na rozczłonkowanie, zmielenie lub dekapitację, lub spuszczenie z nich krwi do fiolek. I kiedy nad brzegiem jeziora czarnego jak źrenica wpatrzona w niebo dostrzegła w płytkiej wodzie liście skrzeloziela, grube jak mysie ogony, zzuła ze stóp buty, rzuciła torbę na trawę i podwinęła nogawki spodni, choć nie potrzebowała go wcale. Skrzeloziele stanowiło jednak rzadką zdobycz – a zdobycz własną prawie nigdy. Woda była chłodna; choć może głównie przez słyszane nie raz legendy na temat czarnej toni i tego, co w niej żyło. Mimo że spędziła wśród czarodziejów połowę życia, wciąż nie umiała z pewnością odróżniać ich bajek od prawdy, były sobie zbyt często bliskie. Miała ochotę wyjść swoim obawom naprzeciw, na przekór, na złość – wejść głębiej, narazić się, oglądać odmienność słońca nad zanurzoną głową.
Kobiecy głos, przyłapujący ją na tej myśli, sprawił, że serce przez moment prawie stanęło jej w gardle. Odwróciła się, by spojrzeć na nią przez ramię, znaleźć jej oczy równie czarne i nieodgadnione, co woda, której gotowa była się poddać, wbrew rozsądkowi.
– Dobrze więc, że nie jestem tu sama – stwierdziła, odzyskawszy prędko rezon, jakby żartobliwie, choć bez uśmiechu. Sięgnęła palcami do guzika mankietu, by podwinąć rękaw luźnej koszuli do wysokości łokcia, nie spuszczając z niej jednak spojrzenia. Z jej młodej twarzy, nienapiętej pochyłości ramion, spoważniałych oczu, zbierających z wody refleksy światła jak czarny onyks. – Nie jesteś ciekawa? Czy to, co mówią, to prawda? – wydawało się, właściwie, że już tę prawdę zna. Uśmiechnęła się lekko, bardziej z uprzejmości wobec jej pogodności niż potrzeby, kącikami ust. Podwinęła niespiesznie drugi rękaw i z tylnej kieszeni spodni wysunęła wygięte w łagodny sierp ostrze zielarskiego noża.
– Tak, choć tylko z teorii – przyznała prosto, jakby chciała zaraz po tym dodać: zdecydowanie wolę stabilny grunt pod nogami. – Nataša – nie ominęła twardszego akcentu, uśmiechając się krótko jakby wyraźniej. Wyciągnęłaby dłoń, nie chciała jednak zmuszać jej do brodzenia w mokrym piachu i wodzie. – Czy ta przemiana boli?
chodź do mnie, gryź i kop aż opadniesz z sił, aż Ci minie złość; na co czekasz? choć się boję, to przecież nie uciekam
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 16-04-2026, 21:16 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.