• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Inne miejsca > Darmoor (Devon)
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
10-07-2025, 23:14

Darmoor (Devon)
Dartmoor to rozległy obszar wrzosowisk, torfowisk i skalistych wzgórz w hrabstwie Devon. Wiatr tu nigdy nie cichnie – hula po otwartych przestrzeniach, szumi wśród traw, gwiżdże między granitowymi wychodniami. Pogoda zmienia się gwałtownie: poranna mgła potrafi w kilka minut przerodzić się w słońce lub deszcz. Krajobraz jest surowy, dziki, piękny w swojej prostocie. Stare kamienne murki, zarośnięte ścieżki i samotne drzewa tworzą poczucie, że czas płynie tu inaczej. Na wzgórzach pasą się dzikie kucyki, a w dolinach kryją się ciche strumienie. Mgły suną nisko, chowając ścieżki. Wśród wzgórz kryją się samotne drzewa, porośnięte mchem murki, stare mostki z epoki kamienia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
24-02-2026, 15:59
11 maja 1962


W roku 1958 nic nie zwiastowało zniknięcia Leonie Figg. Jakby to było wczoraj, pamiętał kiedy ojciec patrzył na nią dobrotliwie, pamiętał drgnięcie rozbawienia, kiedy pokazywała mu język i własną akceptację, kiedy poszukiwali razem zastępstwa na haku. Ślimaki uciekły tamtego dnia od swojego przykrego losu, ale niedługo później… Córka Thaddeusa rozpłynęła się w powietrzu.
Mężczyźni wciąż chodzili razem na ryby, robią to do dziś dzień. Ale nawet gdyby robili to dosłownie dzień w dzień, nawet gdyby mieszkali pod jednym dachem, nawet gdyby stykali się czołami i przesyłali informacje mikrofalami – dojście do tego co ich gryzło… Było niekiedy zajęciem czasochłonnym. Wymagało spojrzenia w oczy nie tylko sobie wzajemnie, bo jeszcze w oczy własnych uczuć. Byli produktami innych pokoleń i chociaż Harrison odnalazł z wiekiem pewne umiejętności – opanował swoją wrażliwość i ograniczył własną porywczość – wciąż niechętnie mówił Thaddeusowi o własnych rozterkach, jakiekolwiek by one nie były. Może dlatego dowiedział się o zniknięciu jego córki późno? Może to ta okropna strona wzajemnośći?
Ale teraz dowiedział się szybciej, w Londynie, spotykając się z pół-przypadku – Harrison spodziewał się spotkania, jakoś po prostu. Może zdążyli się do siebie zbliżyć? A może o dobrych nowinach łatwiej jest mówić?
To nieważne, bo Harrison nie potrzebował więcej zachęt. Kiedy ostatnio jej szukał – nie odnalazł jej, a trzecie oko pozostawało zamknięte (chyba) na wszystko, czego nie domyśli się sam. Kiedy szukał jej kilka dni temu – znalazł ją. W Londynie, kiedy wracała ze szpitala.
Cały czas była w Cardiff, co za historia. Nie zdążył zapytać czemu. Ani czemu nie powiedziała nic rodzicom. Nieco zmieszany przypomniał impulsywnie, że stojąc przed płotem w Dolinie Godryka w roku 58 obiecał jej, że kiedy kolejny raz odwiedzi ich w domu, mogą się trochę popojedynkować – tylko dla frajdy, jak w klubie pojedynków, jak w szkole. Ale kiedy odwiedził ich, widocznie wyjechała.
To może popojedynkują się teraz? Nie powie Thaddeusowi.
Nie byli zbyt zżyci, ale chyba cieszy się, że ją widzi. W Devon, w odpowiedniej odległości od Doliny, ale równie odpowiednio blisko, by mógł zaproponować jej odwiedzenie rodzinnych stron. Trochę z własnej tęsknoty za Mandatem – starą szkapą, to musi przyznać, a trochę z chęci pogadania z Tedem o nowych modelach wędek. A może trochę dlatego, że wciąż w głowie wspomina ton głosu jej ojca, wspominającego o tym, że wróciła.
– Kamień, papier, nożyce – do dwóch. Kto wygra – rzuca pierwszy. Dziesięć kroków w przeciwne strony i zaraz zaczynamy – mówi, ale nie patrzy na nią, a raczej między falistości terenu. Kiedyś spotkał tu zdziczałe kucyki – od tego czasu naciskał na odwiedzanie tego miejsca częściej niż to mile widziane. Mógłby przyjechać tu na wakacje. Albo zamieszkać tu na całe życie, gdyby rzucił magipolicję. Na przykład.
– Ojciec mówił, że się hajtasz. Chyba służy ci ta Walia, co? – taktyka rozproszenia przed pojedynkiem w kamień-papier-nożyce? Grudna zagrywka, ale czysto zacznie grać dopiero kiedy sięgną po różdżki… – To jakiś stamtąd? – dopytuje, jakby faktycznie żałował, że zmarnował szansę. Albo jakby pracował w podwójnej agenturze dla Figga seniora… To bardzo wstępne pytanie, a i ciężko ocenić, kiedy uśmiecha się jedynie delikatnie i – jak zawsze – nie do końca złapać umie kontakt wzrokowy. Robił to zarówno kłamiąc, jak i mówiąc prawdę.
Wiosna 1x: Kołkogonek*
Waszą drogę blokuje stado zwierząt gospodarskich. Krowy i owce stoją ciasno, zajmując całą szerokość ścieżki. Poruszają się powoli i niechętnie. Każdy gest wywołuje zamieszanie. Zwierzęta beczą i potrącają się nawzajem. Przejście wymaga cierpliwości. Szybko się nie uda. Wśród zwierząt pojawił się jednak kołkogonek i nietrudno zgadnąć, że wcale nie ma wobec nich dobrych zamiarów.
Możesz spróbować powstrzymać kołkogonka przed zaatakowaniem zwierząt, ale uważaj: zbyt długie przebywanie w jego towarzystwie wywołuje pecha. Spełnione PS 60 oznacza skuteczne przepłoszenie. Do rzutu dolicza się bonus za ścieżkę mistrzostwa ONMS. W przypadku sukcesu zyskujesz możliwość bezpłatnego nabycia w sklepiku Mistrza Gry jednego zwierzęcia gospodarskiego. Niepowodzenie oznacza atak pechowej aury kołkogonka. Przez 3 dni od daty tego wątku otrzymujesz karę -5 do wszystkich rzutów.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Leonie Figg
Akolici
i dug my heels into the gravel, as evidence for you to unravel. can you find me?
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
Wczoraj, 13:16
W głębi serca nosiła żal do Titusa o to, że jej nie odnalazł. Magipolicjant, przyjaciel jej ojca, może odrobinę też jej samej, nawykły do prowadzenia nieoczywistych śledztw; jeśli mogła na kogoś liczyć, to właśnie na niego (ewentualnie na Ambrose'a, złotowłosego sąsiada z Doliny), a jednak przez pół roku katorgi ani razu nie usłyszała jego głosu. Nie słyszała pięści dobijającej się do grubych piwnicznych drzwi i wyważającego ich zaklęcia, nie widziała jego postaci w przejściu, szepczącej, że już jest bezpieczna. Nic. Zawiódł ją nawet funkcjonariusz magicznych służb. Nawet Titus Harrison.
Okłamała go, kiedy trafili na siebie w Londynie. Wmówiła, że przez cały czas, kiedy rodzice gorączkowo jej szukali, była w Cardiff, bo wolała stracić w jego oczach jako wyrodna córka i aferzystka, zamiast przyznać się do niewoli, o której opowiadała tylko nielicznym. Tak było łatwiej. Tak było bezpieczniej. Uwierzył jej? Nie zastanawiała się nad tym, nie rozkładała jego ekspresji na czynniki pierwsze, nie analizowała drobnych szczegółów, zdradzających wiarę lub jej brak, bo koniec końców to bez znaczenia. Nakarmiła go kłamstwem, a on przełknął je jak kawałek ciastka, dzięki czemu zalegająca między nimi cisza była lżejsza, niż gdyby próbowali rozwikłać kołtun prawdziwej przeszłości.
Zaproszenie na spacer na neutralnym gruncie przyjęła z uśmiechem. Mimo swojej goryczy nadal ciekawiło ją, jak miewa się Titus i co porabiał przez cały ten czas, kiedy ona... mieszkała w Cardiff. Nie rozmawiała z tatą tak długo i wylewnie, by ten zahaczył o temat swojego wędkarskiego towarzysza, dlatego pojawiła się w wietrznym Dartmoor, napawając się rześkim majowym powietrzem. Czuła się tu prawie jak u siebie. Do Doliny nie było zbyt daleko, a zarazem na tyle daleko, żeby nie ryzykowała przypadkowym spotkaniem z rodzicami. Pewnie i tak odwiedzali właśnie Arlo, który na szczęście czuł się dużo lepiej, niż na samym początku miesiąca.
Mobilizacja do sparingu napełniała jej ciało przyjemnym mrowieniem adrenaliny. Oczy połyskiwały podekscytowaną gotowością, a topolowe drewienko spoczywało w dłoni, naszykowane do tańca zaklęć. - Ale z ciebie dżentelmen - parsknęła cicho, zaczepnie, na podyktowaną przez niego instrukcję. Teoretycznie sprawiedliwą, ale nie byłaby sobą, gdyby nie wplotła w preludium sparingu odrobiny lisowatości. - Nie dasz damie rzucić pierwszego zaklęcia? - uśmiechnęła się szeroko. Dama, w kontekście zbrukanego ciała i połamanego umysłu brzmiało to niemal prześmiewczo, ale próbowała o tym teraz nie myśleć, zbyt zogniskowana na treningu, który zamierzała wykorzystać w akolickiej przyszłości. Jej brawura szybko jednak obumarła. Oczy otworzyły się szeroko, a policzki pokryły rumieńcem, kiedy wymieniła animusz na delikatne zawstydzenie; Ted Figg naprawdę miał długi język. Z drugiej strony nie było to żadną tajemnicą. - Tak... Gdyby nie Walia, pewnie bym go nie poznała - zgodziła się i odchrząknęła, próbując przywołać się do pewnego siebie porządku, mimo że trud zdawał się daremny. - A ty? Złapałeś kogoś na swoją zanętę, Tite? - zapytała i zerknęła na jego dłoń, sondując serdeczny palec w poszukiwaniu obrączki, której nie znalazła. - To magimedyk z Londynu - w kącikach ust narodził się zalążek nieśmiałego, czułego uśmiechu, a kiedy znów otworzyła usta, żeby go przedstawić, do ich uszu dotarło beczenie połączone z odgłosem kopyt plądrujących trawę. Leonie zamrugała i obróciła się, w oniemieniu odnajdując gromadę, która wysypała się na ścieżkę, jaką dotarli do otoczonego skałkami punktu wrzosowisk. Krowy, machając głowami, wzbudzały melodię dzwonków zawieszonych na ich szyjach, owce kotłowały się wokół nich, przestępując z kopyta na kopyto, coś chyba też gdaknęło. - Co to za kompania? - rzuciła w eter, po czym zmrużyła oczy i przyjrzała się części stada, która stała nie za jej plecami, a za plecami Titusa. Wskazała potem na kształt, który nie pasował do reszty. - Patrz. To nie kołkogonek? - zapytała podejrzliwie. Ostatnim, czego potrzebowali, czego ona potrzebowała, to pech, jakby nie miała go już w nadmiarze.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
8 godzin(y) temu
Ale uwierzyć jej nie mógł, bo kiedy nie było jej – miewał przeczucia. Były one jednak na tyle niewyraźne i ciężkie w interpretacji, by w ogóle odebrał je jako jasno powiązane z Leonie Figg, a już z pewnością by zdolnym był do określenia jej położenia. Czuł jednak, że nie była bezpieczna i czuł to jeszcze nim właściwie zniknęła z domu rodziców – jak założył wtedy – po prostu na gigancie.
To było dziwne, bo rodzice (Thaddeus, ale według wiedy Titusa, byli z Isadorą chyba małżeństwem udanym i kochającym) naprawdę ją kochali, ale nie znał jej na tyle dobrze i nie spędzał dużo czasu w ich towarzystwie, by skutecznie wyłapać relacje między wszystkimi domownikami. Dlatego jej szukał, ale jej nie znalazł. Czuł, że powinien znaleźć, ale kiedy poczuł, że właściwie był już bardzo blisko – wizja rozmyła się. To było jeszcze kilka lat temu. Z każdym rokiem czuł się ze swoim darem (chorobą psychiczną?) coraz pewniej – sugestie z dna umysłu i wizje senne interpretował z większą skutecznością. Czy teraz przewidziałby, gdzie się znajdowała?
Tego nie wie. Ale nie drąży, bo to pewnie nie jego sprawa.
– Już zaczynasz ze mną walczyć? – dopytuje, kiedy zarzuca mu brak dżentelmeństwa. Pewnie słusznie, bo nie był nigdy przesadnie szarmancki. Raczej dość prosty – można byłoby powiedzieć. Czasami miły, ale nie dystyngowany. – Nie zaprosiłem tu damy, tylko koleżankę, nie próbuj na mnie kobiecych sztuczek – kręci nosem, uśmiechając się szeroko, może zbyt szeroko, ale chyba oboje droczą się ze sobą i chyba sprawia mu to pewną frajdę. Nawet wprawianie jej w drobne zakłopotanie kwestią zamążpójścia nie jest w stanie go speszyć, bo chyba nawet… Cieszy się, że Thaddeus odzyskał ostatnio swoją córkę, a wraz z wydarzeniem tym – zyskał równie miłą szansę na powiększenie rodziny o jej męża. Może o dzieci. To chyba naturalna kolej rzeczy. W swoim czasie.
Zapytany o swoje losy, prostuje się nieco, ale nie panikuje. Poniekąd, w kwestii ożenku, pozostaje od lat w wiecznym zawieszeniu. W wiecznym chcę, ale nie chcę – chcę, ale chyba bym nie mógł, a dodatkowo, od pewnego czasu, chyba porzuca nawet myśl chcę, na rzecz nie chcę, przyznając się z ulgą (nie z bólem), że życie z drugim mężczyzną jest chyba życiem szczęśliwym – nie tylko do zniesienia.
– Chyba nie jestem chodliwym towarem. Ale idę jutro na randkę… – przyznaje, bo to wygodne wyjście. To nawet nie kłamstwo, co w tej konkretnej kwestii może budzić nawet pełne radości zdziwienie. Jej, pójdzie na randkę i znów nic z tego nie będzie, hura… – Magimedyk z Londynu, no proszę… – wyraża aprobatę, bo przecież lepiej by porozmawiali o nim. Oplotkowali go. Może w przyszłości przenieśli informacje zdobyte tutaj do jej ojca? Nic nie wiadomo…
Ale dźwięki zbliżających się do nich zwierząt gospodarskich momentalnie zmuszają jego głowę do obrotu. Unosi dłoń, bo nie chce by ta wykorzystała jego nieuwagę i rozpoczęła pojedynek – to byłoby złośliwe, ale jako mundurowy powinien być chyba gotowy bronić się zawsze i wszędzie… A potem widzi kołkogonka. Nieszczęście gospodarskie. Od lat nie przeganiał go z obejścia.
Krowy muczą, owce beczą, a Harrison przestępuje z nogi na nogę. Ogląda się na Leonie.
– Jeśli zaplącze się pomiędzy nimi i trafi do chlewu… – mówi, jakby to miało wyjaśnić wszystko. – Daj mi chwilę. Spróbuję… – wykonuje pewien ruch dłonią, jakby chcąc pokazać, że przegoni go.
Ale czy przegoni? Na pewno spróbuje. Na pewno zbliży się tam za nią, spróbuje odpędzić go dynamicznie, biorąc do ręki jeden z rzuconych tu konarów – cieńszych, trochę kosturowatych, wilgotnych od wiosennej rosy. Wie co wypłoszyłoby go najskuteczniej, ale nie odnajduje w okolicy psa pasterskiego. Czy coś mu się stało?
Krzyczy, tupie, wzbudza zamieszanie pośród zwierząt, licząc, że te odbiegną nieco dalej - zostawiając szkodnika za sobą. I liczy, że ten nie ściągnie na niego zbyt wiele nieszczęść.

|| ONMS Próg: 60-10=50
1x k100 (ONMS):
66
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 02-03-2026, 19:17 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.