• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Wiltshire, Salisbury, La tenuta Medicea > Opuszczony pokój Giuseppe
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
12-09-2025, 20:16

Opuszczony pokój Giuseppe
Pomieszczenie na pograniczu części odbudowanej domu i ruin, o które można byłoby zawalczyć, gdyby nie bolesne wspomnienia. Giuseppe był jednym z najmłodszych Medicich, który podczas wojny stracił życie, mając ledwie 19 lat, Do dziś członkowie rodu wolą unikać tego pomieszczenia, które dodatkowo stanowi swoistą granicę odbudowywania domu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Keith Croft
Akolici
Wiek
23
Zawód
Pracownik restauracji
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
9
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
6
Siła
Wyt.
Szybkość
10
8
8
Brak karty postaci
02-02-2026, 12:19
01.05 okolice południa


Powinien był wrócić do siebie. Po tym koszmarnym wieczorze, który wcale nie miał tak wyglądać, powinien wrócić do swojego małego pokoju na poddaszu i po postu pójść spać. To jednak nie wchodziło w grę. Nie mógłby teraz siedzieć sam, nie zniósłby tej samotności, tej ciszy, a przede wszystkim musiałby się zmierzyć z tymi wszystkimi myślami, które mu się teraz w głowie kotłowały. Nie miał na to siły ani ochoty. Dlatego kiedy tylko opuścił tereny Hogwartu udał się do Cardiff, a tam nogi poprowadziły go do najbliższego baru. Myślał, że uda mu się dzięki temu odciąć chociaż na chwilę od tego wszystkiego, bo jednk nie był głupi i doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że to wszystko go dopadnie następnego dnia. Przekreślił w końcu lata przyjaźni, wspaniałe lata zabawy, rozmów i śmiechów, które z nią dzielił. Jeszcze kilka dni temu, mimo tego wszystkiego co czuł, miał gdzieś cichą nadzieję, że da się z ym żyć, że wszystko może wrócić do normalności. Jednak rozmowa, która miała miejsce na parkiecie utwierdziła go w tym, że nie jest to możliwe. Nie w tym momencie w każdym razie. Pierwszy raz w życiu zachował się egoistycznie, zadbał o swój dobrobyt, nie jej. Wiedział, że to będzie ciężkie, ale nie chciał aby było nie do zniesienia, a takie z całą pewnością by było gdyby dalej się spotykali, gdyby na nią patrzył, jednocześnie w głowie wyobrażając sobie z objęciach innego. Musiał po prostu zadbać o siebie.
W barze, do którego trafił nie było zbyt dużo ludzi. Widać było, że większość czarodziejów udała się na zlot absolwentów i nadal tak przebywała, albo po prostu udała się już do domu. Nie spotkał żadnych znajomych twarzy, ale nauczył się rozpoznawać już ludzi związanych z morzem, więc widział, że kilku marynarzy z pobliskich statków przesiadywało jeszcze w lokalu. W zasadzie nie wiedział nawet która jest godzina, nie przejmował się tym też za bardzo. Wypił kilka kolejek przy barze, starając się pogadać ze znajomym barmanem, ale kiedy ten oznajmił, że już zamykają, nie miał innego wyjścia jak tylko wyjść. Na zewnątrz nadal panowała ciemność, ale gdzieś na horyzoncie słońce powoli przygotowywało się do wstania. Z rękami wciśniętymi w kieszenie kurtki ruszył więc wolnym, lekko chwiejnym krokiem przed siebie. Minął Złotą Krewtkę kilkukrotnie, ale nie zatrzymał się, nie chciał wracać, więc po prostu szedł przed siebie. Mijał budynki, stragany, place, ludzi, którzy powoli zaczynali się przygotowywać do nowego dnia, widzieli przed sobą perfepktywy, których on nie potrafił dojrzeć. Nie udało mu się, mimo bycia w stanie lekkiej niewaszkości, jego myśli powędrowały do niej, do tego, że z całą pewnością ją zranił, że płakała przez niego, a on nie mógł nic zrobić, bo podobnie jak ona, cierpiał. Bolało, bardzo bolało i nie miał pojęcia jak sobie z tym wszystkim poradzi. Ktoś mu kiedyś powiedział, że czas leczy rany, w tym momencie nie był co do tego przekonany. Co prawda minęło raptem kilka godzin, cholera wie ile tak naprawdę czasu będzie potrzebował.
W końcu, kiedy słońce już wyszło i Cardiff rozpoczęło normalnie dzień wrócił do siebie. Nie chciało mu się spać, emocje nadal buzowały w jego ciele i umyśle. Nie wiedział za bardzo co ze sobą zrobić, bo miał dzień wolny od pracy, więc na początek po prostu wziął prysznic. Stojąc pod strumieniem ciepłej wody przypomniały mu się pewne słowa, słowa, które, teraz mogłoby się wydawać, padły wieki temu. Teraz jednak jakby zdobyły dla niego kompletnie nowy sens, a może zawsze go miały, ale dopiero teraz je dostrzegł? Po prysznicu ubrał na siebie ciemne, szerokie spodnie i czarny golf, po czym przejechał dłonią po włosach, zmieniając ich kolor na ciemny blond, jednocześnie zaczesując je, trochę niedbale do tyłu i ponownie opuścił mieszkanko. Z tylnego podwórka restauracj teleportował si w odpowiednie miejsce.
Dom prezentował się dokładnie tak jak go pamiętał. Nie była to jego pierwsza wizyta od spotkania Akolitów, ale dopiero teraz jakoś dotarło do niego co miała na myśli Oriana mówiąc, że ten dom jest otwarty dla wszystkich. Przekroczył furtkę i przeszedł ścieżką do głównych drzwi. Powinien zapukać czy po prostu wejść? Finalnie zapukał kilka razy kołatką, ale nikt nie odpowiedział. Nie słyszał żadnych ruchów za drzwiami, więc wychodziło na to, że Oriany nie ma w domu.
Westchnął ciężko. Nie za bardzo wiedział co ze sobą zrobić i w tej beznadziei, po prostu usiadł na schodkach prowadzących na ganek i ukrył twarz w dłoniach.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Oriana Medici
Akolici
niepokorne myśli, niepokoje
Wiek
25
Zawód
magimedyczka, genetyczka, badaczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
4
0
OPCM
Transmutacja
4
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
9
Siła
Wyt.
Szybkość
5
6
8
Brak karty postaci
02-02-2026, 13:34
Bal uświadomił ją, że nigdy nie będzie ich częścią.
Mimo uczuć, mimo fasady perfekcyjnie zgrywanej damy, wokół której tworzył się wianuszek uwielbienia innych, zaciekawionych nią młodych kobiet. Mimo akceptacji, którą widziała w oczach wysoko urodzonych kobiet, kiedy poczuły zapach jej perfum i ujrzały biżuterię; mimo nawet mdłych rozmów, w których wspominała wpojone w nią wartości rodzinne — nie pasowała. Nie było to niedopasowanie kształtem puzzla, nie był to wyszczerbiony fragment rozbitej filiżanki, raczej była ledwie fragmentem obrazka, który zdarty z rogu kartki, czynił cały malunek mniej atrakcyjnym. Zapytana o miłość — bez wahania odpowiadała Atticus. Zapytana o przyszłość, nie mówiła nic innego niż rodzina i choć była w tym krzta prawdy, owiana jej wychowaniem, to jej własne, wewnętrzne przekonania biły na alarm.
Wstała późno, wtulona w ciepłe ciało dające jej ochronę. Kawa pachniała tak jak zawsze, szum morza koił umysł przesiąknięty starym alkoholem wędrującym w krwioobiegu, ale coś w niej było inne; spokojniejsze i mniej ulotne niż wówczas. Może fakt, że wcale nie nienawidzili jej tak, jak ona chciała nienawidzić ich. Może to, że choć dusiły ją rozmowy, to nie mogła powiedzieć, że pani Malfoy czy Flint były głupiutkimi i niezdatnymi do koegzystencji marionetkami. Może po prostu to, że widziała dumę w spojrzeniu narzeczonego i pragnienie, by pokazać ją całemu światu, jak gdyby jej odmienność była tym, co pragnął uwydatnić. Idealnie stawiany akcent w jej nazwisku, wypowiadane na głos osiągnięcia, które czyniły ją jego wizytówką, wreszcie szczere zainteresowanie innych, gdzie wcale nie mówili o niej per własność Atticusa, co o niej, jako o oddzielnym bycie.
Łatwiej by było, gdyby jej nienawidzili.
Wracała do domu, ale na bolącą głowę chciała poczynić dłuższy spacer. Sukienka powiewała na powoli cieplejszym wietrze, choć ramiona krył narzucony niedbale płaszcz. Kocur został u Atticusa, obiecał go nakarmić, więc cały dom miała dla siebie. Medicea z daleka wyglądała pięknie, choć ukłucie bólu powracało na widok fragmentów ruin. Wreszcie jednak za skrzypnięciem furtki ujrzała posturę, której zmarnowanie musiało współgrać z jej własnym. Jej szara skóra pozbawiona była blasku, włosy zmierzwione spięła niedbale na czubku głowy a sińce pod oczami nie ukazywały piękna, a zmęczenie i dalej krążący w niej alkohol. Nawet naczynka wokół oczu czyniły z niej obraz nędzy.
— Cześć? — rozpoczęła, gdy chłopak dalej nie podniósł głowy znad kolan. Torba dalej była w jej dłoni, w drugiej trzymała klucze do domu i nie odezwała się ani na chwilę, mijając go w rozpiętych lekko trzewikach. Sięgnąła do zamka, otwierając drzwi na oścież z głośnym szarpnięciem klamki, aby wpuścić Kei, Kai... młodego do domu.
— Chodź, napijemy się kawy.
Tak witał ich ojciec. Nie dopytywał, nie wnikał — wiedział, że bracia i siostry przychodzą wtedy, gdy jest taka potrzeba, a Tenuta była zawsze dla nich. Wpuściła więc skowronka do środka, rzucając niedbale torbę na ziemię, a płaszcz na oparcie krzesła w kuchni. Nie dopytywała, nie miała w zwyczaju wścibstwa a milczenie było tym, co sobie ceniła. Tylko niekiedy pozwalała sobie na wyrzuty emocji, głównie przy Manon i France, ale one nie były tymi, który zachowałyby opinie dla siebie. On był.
Machnięciem różdżki i krótkim, gardłowym zaklęciem ogień pod zaparzaczem zaczął się tlić, a ona sięgnęła po stojącą na stojaku do wina butelkę. Trochę alkohol ją brzydził, a trochę miała ochotę zapomnieć i zasnąć na kolejne dwadzieścia godzin. W kuchni nie było prawie nic, stąd na stół trafiły suchary, ewidentnie naznaczone znakiem czasu. Cały dom wydawał się smutnie zaniedbany; duch czasu tchnął w niego oddech starości a oczy Oriany na dłużej zatrzymały się na twarzy Keitha. Było w nim coś, co znała; coś, co bolało ją o tyle, że niegdyś poznane iskierki w oczach wybrzmiewały teraz smutkiem, który poznała tuż przed katastrofą. Na ruchomym zdjęciu w gabinecie jej ojca tak właśnie spoglądał na świat Giuseppe i chyba właśnie to ukłuło ją tak mocno, że oparła się dłonią o blat stołu.
— Słucham.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Keith Croft
Akolici
Wiek
23
Zawód
Pracownik restauracji
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
9
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
6
Siła
Wyt.
Szybkość
10
8
8
Brak karty postaci
04-02-2026, 20:51
Nie miał pojęcia jak długo tak siedział, ale czy to miało w ogóle znaczenie? Nie dla niego, nie teraz. W zasadzie nie miał się gdzie podziać, chociaż mógł wrócić do swojego małego pokoju na poddaszu. Zamknięty jednak w czterech ścianach na pewni zbyt długo by nie wytrzymał. Teraz przynajmniej był na zewnątrz, a świeże powietrze pozwalało chociaż minimalnie uspokoić chaos w jego głowie. Wspomnienia poprzedniego wieczoru jednak nadal wracały, zatruwały jego umysł. Nie płakał, bo tak został nauczony, chować w sobie negatywne emocje, tłumić płacz, ale ta jedna łza spłynęła mu wtedy po policzku gdy opuszczał mury Hogwartu. Od tamtej pory jednak nic, obiecał sobie, że to się więcej nie powtórzy. To będzie długa i ciężka droga, ale przejdzie nią i w końcu będzie lepiej, zawsze było, potrzebował jednak czasu.
Znajomy głos wyrwał go z zamyślania. Powoli uniósł głowę i spojrzał na zbliżającą się kobietę. Pamiętał doskonale jak duże wrażenie na nim zrobiła kiedy pierwszy raz ją zobaczył. Pochodziła z rodziny z tradycjami, z rodziny, która w zasadzie od samego początku podążała za Grindelwaldem, biła od niej mądrość pokoleń, nawet jeśli sam tego nie zauważała lub nie chciała się do tego przyznać. On też w teorii wywodził się z zamożnej rodziny, odebrał odpowiednie wychowanie, ale wiedział, że nigdy nie był postrzegany w ten sposób. Wiedział doskonale, że miał na to wpływ jego wygląd, że przez to, że tak bardzo różnił się od innych członków swojej rodziny, że w ich oczach był nikim więcej niż bękartem, nigdy nie był i nie będzie traktowany na równi z nimi. Przyzwyczaił się do tej myśli i już o to nie walczył, nie zależało mu.
- Cześć… - odezwał się w końcu zachrypniętym głosem i dopiero teraz dał sobie sprawę, że tak naprawdę od wczoraj nie wypowiedział ani jednego słowa.
Podniósł się ze schodów i otrzepał spodnie, po czym wszedł za nią do domu. Rozejrzał się po wnętrzu. Znał je, po spotkaniu był tutaj jeszcze kilka razy, Oriana pożyczyła mu kilka swoich starych podręczników z zakresu magii uzdrawiania, których używała na studiach. Ona już to wszystko wiedziała, on się dopiero uczył i kiedy zaproponowała mu, że może wziąć kilka z nich był wniebowzięty. Nie było go stać na te wszystkie książki, a bez nich było małe prawdopodobieństwo, że uda mu się poszerzyć swoją wiedzę. Lekcję z Jasperem dużo dawały, jego wiedza była już większa niż zanim rozpoczął pobieranie nauk u Prince’a, ale jednak chciał więcej. Chciał posiąść wiedzę, dzięki której w przyszłości będzie mógł jeszcze lepiej pomagać innym. Przyszłość była nieznana, nigdy nie wiadomo jakie umiejętności będą potrzebne.
Wszedł za panną Medici do kuchni, po czym usiadł przy stole. O dziwo nie był głodny, więc jak na razie nie sięgnął po suchary, które położyła stole. Zdjął z siebie kurtkę i zawiesił ją na oparciu krzesła, po czym w milczeniu obserwował jak czarownica porusza się po kuchni. Mieli napić się kawy, jednak sięgnęła po butelkę wina. Nie przeszkadzało mu to, tak naprawdę nawet bardziej odpowiadało na jego aktualny stan. Może w zasadzie tak będzie lepiej, upije się i zapomni chociaż na chwilę. Może nie było to najlepsze rozwiązanie, ale jedyne jakie w tym momencie znalazł.
Słysząc to jedno słowo, nie pytanie, nie naglenie, a jedynie wyraz bycia obok i gotowości wysłuchania, uniósł znów na nią spojrzenie czekoladowych tęczówek. Patrzył tak przez chwilę w milczeniu, po czym westchnął ciężko.
- Zniszczyłem wieloletnią przyjaźń, bo pozwoliłem sobie na uczucia, które nigdy nie powinny się pojawić. - powiedział cicho - Miałem nic nie mówić, zostawić to dla siebie, a potem zobaczyłem ją z innym i po prostu… - zacisnął dłonie w pięści, ale szybko je rozluźnił - Nie wiem co mam z tym wszystkim zrobić. - spojrzał na nią kompletnie bezradny.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Oriana Medici
Akolici
niepokorne myśli, niepokoje
Wiek
25
Zawód
magimedyczka, genetyczka, badaczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
4
0
OPCM
Transmutacja
4
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
9
Siła
Wyt.
Szybkość
5
6
8
Brak karty postaci
07-02-2026, 19:11
Kim była, aby doradzać w emocjach, w których sama się nie odnajdywała. Przez wiele lat sądziła, że nie potrzebuje bliskości emocjonalnej, a cały jej świat będzie toczył się wokół porządku obowiązującego świata, nauki i aspiracji. Teraz jednak zetknęła się z chłodem własnej obojętności; nie rozumiała co czuć, jak i co to de facto dla niej znaczyło, gdy stanęła przed rozdrożem własnych decyzji. I mogłaby po prostu płakać, jak w ostatnich miesiącach zdarzało się coraz częściej, ale teraz obok niej był on, a Keith wydawał się prostszym materiałem do przepracowania niż ona sama.
Pomagała mu od jakiegoś czasu, wszakże potrzebne dla niej książki były zaawansowane i dostępne w Mungu, a te, których potrzebował Młody, wykorzystywała na pierwszym roku studiów. Uzdrowicielstwo było cenną sztuką, szczególnie w momencie, w którym nie wiadomo co mógł nieść kolejny dzień. W Mungu aż wrzało od obaw, uzdrowiciele byli jednym z podstawowych ogniw wszelkich turbulencji społeczeństwa, a kiedy podział w społeczeństwie był tak duży, każda ze stron potrzebowała swoich.
Nawet ci, przeciwko którym była, bo gdzieś w gardle nadal pozostawała gula z imieniem Fran. Starała się jednak o tym nie myśleć.
— Jakbyś to trzymał w sobie, nie byłbyś wobec niej szczery... a czy to wtedy jest przyjaźń?
Wydawałoby się, że go nie słucha. Nalewała leniwie kawę, zdjęła ciążącą biżuterię i odłożyła na stół, potem otworzyła wino i rozlała do pełna w kieliszkach, niespecjalnie martwiąc się kindersztubą. W jej żyłach dalej był szampan z dnia poprzedniego, alkohol nie był dobrą decyzją, ale niespecjalnie przejmowała się tym. Chwilę jedynie zastanowiła się nad powrotem jej matki do mieszkania, więc nim by się zastanowiła, wzięła dwie dodatkowe butelki wina pod pachy, machnięciem głowy wskazała Keithowi filiżanki z kawą, a sama powzięła w dłonie kieliszki.
— Chodź, pobędziemy sami
Powiedziała, kierując się długim korytarzem do miejsca, którego nie mógł wcześniej widzieć. Pokój Giuseppe uderzył bliskością natury przebijającej się przez zniszczone ściany budynku. Kurz mieszał się z kłączami, stare łóżko porosło mchem. Bezceremonialnie usiadła na na ziemi, opierając się plecami o łóżko. Ukazanie tego miejsca było wskazaniem na niewypowiedzianą historię niesioną w jej nazwisku; w bogactwie, którego nigdy nie uda się odbudować. Westchnęła krótko, pozwalając by rany rozsypywały się po zniszczonej, zabrudzonej podłodze; obawiała się bólu, który wspomnienia mogły za sobą przynieść, stąd upiła duży haust wina, westchnęła i dopytała o coś, co odwróciło jej własną uwagę od siebie samej.
— Poczekaj, to przede wszystkim — zaczęła, bo nawet ona mogła przyznać, że postępowanie teraz byłoby błędem. Nie była najlepsza poradach, ale nawet ona tutaj była pewna swojego słowa.
— Musisz pobyć sam i zastanowić się co tak naprawdę czujesz... albo po prostu od tego uciec.
Zbiła usta w cienką linię, bo co więcej miała mu powiedzieć? Sama nie wiedziała, co robić w swoim życiu, teraz analizowała piękne schody w sypialni Giuseppe, które teraz porosły roślinnością. To się działo z opuszczonym i obolałym sercem i ciałem — kiedyś budziło się w nim nowe życie, inne, prawdziwe, bliże naturze a nie narzuconym normom. Wypiła więc haustem resztę wina z kieliszka, potrzebując więcej odwagi do powiedzenia kolejnych słów.
— Ja się boję ślubu... — bo co mogła powiedzieć więcej? Nie wiedziała, czy Keith zrozumie jej sytuację, ale wiedział, że pochodzą z różnych światów. I była to wiadomość i dobra, i zła, i łatwa, i trudna. Tak naprawdę, to cały problem tkwił w niej samej i absolutnym nieradzeniu sobie z emocjonalnością, którą wyciszała pracoholizmem. Nie sądziła też, że takie słowa opadną kiedyś z jej ust, że kiedyś przyzna się szczerze co do obaw o graniu roli żony, której nigdy nie była w pełni nauczona. To Manon potrafiła gotować i opiekować się domem, Oriana — jak i jej matka — zwykle pełniły role jedynie wizualnych ozdób, bo nawet nie matek. Przynajmniej Claire nie potrafiła być matką, była raczej umiejętnym zarządcą ciała i życia córki, która zaplanowała jej życie lepiej niż sobie samej. Prywatny projekt-córka, który ma nieść przyszłość nie życzliwości matki, co jej zrozumieniu funkcjonującego świata.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Keith Croft
Akolici
Wiek
23
Zawód
Pracownik restauracji
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
9
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
6
Siła
Wyt.
Szybkość
10
8
8
Brak karty postaci
08-02-2026, 16:20
Do tej pory wychodził z założenia, że związki nie są dla niego. Leonie powtarzała mu, że najwyższa pora sie ustatkować, znaleźć kobietę, u której boku będzie szczęśliwy i będzie mu po prostu dobrze. Zawsze zbywał jej gadanie machnięciem ręki albo mówił, że przecież ma jeszcze czas. W jego oczach dwadzieścia trzy lata to jeszcze młodość, moment na zabawę, poznawanie nowych rzeczy, a nie wiązanie się z kimś na całe życie. Nie był jeszcze gotów brać na siebie odpowiedzialność za drugą osobę, bo ledwie niedawno zaczął ją brać za samego siebie. Czy zazdrościł innym ich mniej lub bardziej szczęśliwych związków? Jeszcze miesiąc temu powiedziałby, że nie, teraz jednak nie był tego taki pewny. Gdzieś tam w środku pojawiła się dziwna, nigdy wcześniej nieobecna, tęsknota za bliskością, której do tej pory nie potrzebował. Pojawiła się nagle, w momencie kiedy zdał sobie sprawę z tego co czuje. Chciał ją mieć przy sobie, trzymać za dłoń, przytulić, pocałować, a nawet otrzeć łzy jeśli przyjdzie taka potrzeba. Ale on jedynie te łzy wywołał i teraz musiał żyć z tym, że to czego pragnie jest kompletnie nieosiągalne, że ona jest z innym i nic nie może na to poradzić, bo się spóźnił.
Wodził wzrokiem za Orianą kiedy ta krzątała się po kuchni. Miał wrażenie, że jej również coś leżało na sercu, jej spojrzenie, jakby nieobecne, starało się skupić na czymkolwiek. Zaczął się zastanawiać co takiego mogło spowodować, że i ona była w tak ponurym humorze. Jednak nawet mimo nastroju zaprosiła go do środka, będąc gotowa ugościć go, nawet jeśli było to podyktowane jedynie faktem, że wcześniej powiedziała, że ten dom jest otwarty dla wszystkich Akolitów. Był jej wdzięczny.
- Niby tak…ale jednocześnie sprawiło to, że wszystko się skończyło. - westchnął ciężko zatrzymując spojrzenie na butelce wina w jej dłoni.
Czuł w sobie jeszcze alkohol wypity poprzedniego wieczora, ale jakoś nie specjalnie zawracał sobie tym głowę. Może to był w zasadzie dobry pomysł, urżnąć się do nieprzytomności i chociaż na moment zapomnieć. Nie było to co prawda rozwiązanie na dłuższą metę, ale na chwilę, na tą konkretną chwilę kiedy najbardziej tego potrzebował.
Skinął lekko głową, na jej kolejne słowa, po czym podniósł się z miejsca, chwycił dwie filiżanki z kawą i ruszył za nią. Nie znał tego domu dobrze, oprócz jadalni i salonu w zasadzie nigdy nie zawędrował do innych pomieszczeń. A teraz skierowali się do części, mogłoby się wydawać niedostępnej, nieodbudowanej, gdzie nawet domownicy nie zapuszczali się zbyt często, jeśli w ogóle. Pomieszczenie, do którego weszli, było zdecydowanie kiedyś sypialnią. Teraz trawione przez roślinność, przywłaszczone przez naturę, nadal miało pewien urok, ale domyślał się, że jednocześnie niesie ze sobą wiele wspomnień i to niekoniecznie tych dobrych. Postawił filiżanki na podłodze, po czym usiadł obok niej, opierając się o stare łóżko i sięgnął po kieliszek z winem, z którego pociągnął porządnego łyka. Nie był fanem wina, ale w tym momencie alkohol to alkohol, nie ważne jaki.
- Tak jej powiedziałem…że nie powinniśmy się spotykać. Ona ma innego, a jej obecność z tym momencie w moim życiu jedynie by wszystko utrudniła. - powiedział cicho patrząc przed siebie, akurat tak jak ona, na schody obrośnięte bluszczem, które w około barierki tworzyły piękną dekoracje - Cały czas myślę tylko o innych, teraz chciałbym zadbać o siebie, nawet jeśli to strasznie egoistyczne. - dodał idąc za jej przykładem i opróżniając kieliszek do końca.
Odepchnął się lekko od łóżka i sięgnął po butelkę chcąc nalać znów wina do kieliszków, ale zrezygnował. Chwycił drugą butelkę i odkorkował ją jednym zaklęciem, po czym podał jej, samemu pociągając łyka z tej pierwszej. Po chwili jednak utkwił w niej spojrzenie. No tak, doszły go słuchy o tym, że miała wyjść za Atticus’a Lestrange’a. Na spotkaniu odniósł wrażenie, że są sobie bliscy i chociaż nie znał Atticusa w zasadzie w ogóle, bo to z jego młodszym, już nie żyjącym bratem, miał do czynienia w przeszłości, to wydawało mu się, że dobrze do siebie pasują. Ale co on tam wiedział.
- Czemu? - spytał spokojnie, na nowo opierając się o łóżko i lekko odchylając głowę do tyłu.
Jako ktoś wychowany w zamożnym domu, mógł sie jedynie domyślać o co chodziło. Czym mogły być podszyte jej obawy. Czy bała się, że nie zostanie zaakceptowana przez rodzinę wybranka? W końcu Lestragne’owie byli rodem błękitnokrwistym, ale przecież Medici szczycili się długą linią czystokriwstych czarodziejów, w czym więc tkwił problem? Może chodziło o coś kompletnie innego?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Oriana Medici
Akolici
niepokorne myśli, niepokoje
Wiek
25
Zawód
magimedyczka, genetyczka, badaczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
4
0
OPCM
Transmutacja
4
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
9
Siła
Wyt.
Szybkość
5
6
8
Brak karty postaci
24-02-2026, 13:06
Byli nieświadomi tego, jak wiele ich pod tym względem łączyło. Oriana odrzucała od siebie wizję związku z miłości — gotowa była wybrać męża godnego jej nazwiska, obojętnego wobec jej emocji i gotowego na to, by żyć oddzielnie. Potrzebowała wolności, zawsze to powtarzała, gdy nad ranem uciekała od śpiącego jeszcze Atticusa i nie wracała przez pół roku, w pełni świadoma, że oboje korzystają z takiego usytuowania ich światów. Ale nagle, teraz, on chciał wyłączności i coś kłuło boleśnie na myśl, że tak miałoby być całe życie. Całe życie skazana na czyjąś łaskę, czyjąś opinię.
Keith wyglądał tragicznie, miała chwilę myśli, by może sprawdzić. czy napewno nie jest podtruty wypitym wcześniej alkoholem, ale kiedy jej własny organizm kłębił się procentową trucizną, zatracała logiczne myślenie i uzdrowicielskie hamulce.
— Wszyscy jesteśmy egoistami, altruizm nie istnieje, nawet jak jesteśmy dobrymi ludźmi dla innych, to robimy to, aby hamować własne wyrzuty sumienia — odpowiedziała tak cholernie szczerze, że aż sama musiała popić te słowa. Mało kto spodziewał się takich słów po uzdrowicielce, ale w tym tkwiła cała prawda — to nie tak, że ona pragnęła szczęścia innych na każdym kroku swojej własnej pracy. Ona po prostu nie potrafiłaby przetrwać kolejnego dnia ze świadomością, że mając zasoby i wiedzę, zawiodła i nie udzieliła odpowiedniej pomocy.
— Pij, pracuj i pierdol te wszystkie kłębiące się teraz uczucia. Miłość na całe życie nie jest na całe życie, jeśli skończy się na jego początku — był przecież ta młody, podobnie w sumie jak ona, ale ciężko było jej tu powiedzieć, że go rozumie. Chyba nie, chyba nigdy nie czuła tak silnych uczuć a nawet jeśli, to zamiast chcieć w nie brnąć, uciekała od nich.
Kolejny łyk, ogromny, połowa butelki poszła momentalnie i już czuła, jak w opuszkach palców towarzyszy jej silne mrowienie.
— Wiesz co... bo to znaczy, że ja już nie będę sobą, a czyjąś żoną. Nie będę Orianą Medici a żoną Atticusa Lestrange'a i kurwa... no świetnie, bardzo ładnie, ale ja całe życie chciałam być rozpoznawalna przez moje własne osiągnięcia. Teraz każdy będzie myślał, że chcę zostać jego żoną dla statusu i pieniędzy, podczas gdy ja tego nigdy nie potrzebowałam — westchnęła na wpół powoli przypominało to wręcz pijacki bełkot — w takich chwilach uczucia też są problemem... zgodziłam się na ślub, bo tyle lat... nie wiem, chyba go kocham. Po prostu. Ale gdybym mogła wybrać, to wolałabym być żoną kogoś, kogo bez skrupułów mogłabym krzywdzić, chcąc realizować siebie.
Kolejna butelka, raz po raz, powieki stawały się cięższe. Siedzieli w pokoju Giuseppe; on zapewne chciałby mieć takie problemy, zamiast ostatnich chwil lęku przed śmiercią. Kto wie, może to ich też czeka? Przed nimi walczenie u boku tego, którego tylko wybrani byli w stanie zrozumieć, gdy silniejsza, bardziej drapieżna siła kształtowała się w podziemiach. Czy wtedy miłość będzie potęgą czy słabością? Czy dalej będą kochać, gdy będą walczyli o własne życie; czy będą o nie walczyć, czy o drugą osobę? Czas analiz i prób był przed nimi, dłoń lekko chybocząc uniosła kieliszek z winem do ust, nalewając je już lekko rozlała ciecz.
— Wiesz co... ja na twoim miejscu poszłabym do baru, przespała się z kimś i rano zastanawiała czy zapytałam się o imię...
Mówiła szczerze, robiła tak wielokrotnie. Czasami o te imię pytała, kiedy indziej było ono zbędne, liczył się tylko jęk idący wzdłuż szarości jej dawnego mieszkania, gdzie teraz pomieszkiwała jej matka. Może była to i słaba rada, ale za to idąca prosto z serca i doświadczenia, które Medici miała do zaoferowania.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Keith Croft
Akolici
Wiek
23
Zawód
Pracownik restauracji
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
9
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
6
Siła
Wyt.
Szybkość
10
8
8
Brak karty postaci
25-02-2026, 19:10
Wszyscy jesteśmy egoistami. Te słowa dobiły się w jego głowie echem, jakby odblokowując świadomość, wcześniej szczelnie zamkniętą w zakamarkach jego umysłu. Uniósł głowę, na nowo utkwiwszy spojrzenie w finezyjnych schodach. Czy naprawdę tak było? Cały czas żył przekonany, że naprawdę chcę dla innych jak najlepiej, że im wszystkim życzy jak najlepiej, chce aby im się powodziło, aby nie spotykały ich żadne przykrości. Był gotów się poświęcić dla ich dobra, oddać cząstkę siebie. Teraz jednak, kiedy usłyszał te, tak prawdziwe, słowa, dotarło do niego coś jeszcze. Nie był altruistą, chciał samemu sobie zrobić tym dobrze. Zdusić w sobie wyrzuty sumienia, które towarzyszyły mu od śmierci ojca. Wyrzuty sumienia, że nie zrobił więcej aby zapobiec jego śmierci, że nie dostrzegł zła czającego się w chłodnym spojrzeniu macochy, tego, że nie domyślił się, że jest tak łasa na pieniądze, że jest w stanie posunąć się do zaniechania leczenia małżonka. Ale teraz zdał sobie również sprawę, że to nie zaczęło się wtedy. Początki to wszystko miało już w szkole. Kiedy został odrzucony przez swój wygląd, kiedy nawet to, że należał do szanowanej rodziny czystokriwtych czarodziejów nic nie znaczyło. Już w tamtym czasie starał się nawet przypodobać, robić wszystko dla innych tylko po to aby zostać zaakceptowanym. Uderzyło to w niego w tym momencie z taką siłą, że aż zakręciło mu się w głowie. Był egoistą w najczystszej postaci.
- Kurwa… - wyrwało mu się, po czym zapił to dużym łykiem wina pociągniętym prosto z butelki.
Już nie drapało w gardle, a rozlało się po przełyku przyjemnym ciepłem, lądując w żołądku. Dawało ukojenie, którego potrzebował. Ta rozmowa przybrała całkowicie inny obrót niż się spodziewał. W zasadzie w ogóle się jej nie spodziewał, ale teraz, kiedy siedzieli razem na tej starej i zimnej posadzce, powoli upijając się włoskim winem, wszystko jakby traciło i jednocześnie nabierało sens.
- Więc po co to w ogóle wszystko? - westchnął kręcąc głową.
To nie tak, że był pierwszą osobą na świecie, której serce zostało złamane. Takich jak on było na pęczki, nie dałoby się ich zliczyć. Pewnie też mieli takie momenty jak on teraz, niektórzy może nawet nie byli się w stanie po tym pozbierać, inni jednak zebrali się w sobie i po prostu żyli dalej. Może nawet udało im się skleić rozsypane serducho i oddali je komuś bardziej wartemu ich miłości, kogoś kto nie podeptał ich uczuć. Ta perfektywna zdecydowanie bardziej mu się podobała. Przecież nie mógł do końca życia użalać się nad sobą, to nie było w jego stylu to raz, a dwa po prostu nie chciał. Miał przed sobą całe życie, miał na nie plany, miał marzenia. Poużala się nad sobą tylko przez chwilę, a potem jakoś, jak na egoistę przystało, pójdzie dalej.
Czuł, że alkohol już działa. Opróżnił prawie całą butelkę, głowa powoli zaczynała być ciężka, a palce nie miały już takiej siły jak jeszcze kilkanaście minut temu. Pewnie gdyby coś zjadł przed przyjściem tutaj procenty zaatakowałyby go wolniej, no cóż. Obrócił głowę w jej kierunku, jego oczy już błyszczały charakterystycznie, teraz będąc w naturalnym ciemnym odcieniu brązu. Nie miał siły ani ochoty bawić się dzisiaj swoimi metamofromagicznymi umiejętnościami. Słuchał jej uważnie, chociaż coraz trudniej było mu sie skupić na słowach.
- Gówno prawda. - prychnął nie mogąc sobie wyobrazić, że ona, Oriana, mogłaby być jedynie postrzegana jako czyjaś żona.
Może nie znali sie jakoś wybitnie mocno i długo, ale wydawało mu się, że zdążył już poznać ją wystarczająco. Wiedział, że jest ambitna, wiedział, że nie da sobie wejść na głowę. Jednocześnie jednak poniekąd rozumiał jej obawy. Słyszał, że kiedy kobieta wychodzi za mąż zaczyna być postrzegana przez pryzmat męża i to wcale nie była ciekawa perspektywa.
- Ale wiesz…kurde no…no chyba widziały grały co brały, nie? Atticus nie jest durny, a w każdym razie sprawia takie wrażenie, więc z całą pewnością jest świadom tego jaką kobietę poprosił o rękę. - pokręcił głową skupiając na niej swoje spojrzenie - Dobra, będziesz panią Lestrange…ale to nie znaczy, że przestaniesz być sobą. - zawyrokował jakby to była najoczywistsza prawda na całym świecie.
Społeczeństwo było okrutne, wiedział to nie od dzisiaj. Dla wielu opinia ogółu była ważniejsza niż cokolwiek innego. Między innymi dlatego wybrał proste życie w porcie. W tym środowisku rzadko kiedy kogoś obchodziło to czy się upił i wylądował twarzą w kałuży, ba nawet mu pomogą wstać i doprowadzą do domu. Czasami wydawało mu się, że niższa klasa robocza miała w sobie więcej człowieczeństwa niż wszystkie elity tego świata.
Po chwili jednak, kompletnie się tego nie spodziewając, niekontrolowanie się roześmiał.
- A wiesz, że już tak robiłem? - uniósł brew ku górze z rozbawieniem wymalowanym na twarzy, po czym pociągnął kolejny łyk z butelki - Pewnie wcześniej pytałem je o imię, ale żeby rano je pamiętać…oj nieee, to się raczej rzadko zdarzało. - znów się zaśmiał.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 02-03-2026, 17:58 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.