• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Walia > St Davids (Pembrokeshire)
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
15-06-2025, 20:50

St Davids (Pembrokeshire)
Najmniejsze miasto w Zjednoczonym Królestwie wygląda raczej jak wioska i właśnie tak woli być nazywane – niskie domy, piaszczyste uliczki, poczta, kawiarnia i katedra, która wydaje się zbyt duża jak na tak skąpą ilość mieszkańców. Ale stoi od wieków – z szarego kamienia, ciężka od historii, zaopatrzona w długą wieżę. W St Davids ludzie zdają się funkcjonować poza czasem. Sklepy zamykają się o zmierzchu i czasem otwierają dopiero po południu, ludzie mówią powoli, z akcentem miękkim jak trawa po deszczu. Tutejszy kamieniarz zna każde nazwisko na lokalnym cmentarzu, a mleczarka przywozi butelki w ciszy. Tu wszyscy się znają, tu słowa bywają czasami zupełnie zbędne. Miasto nie ma murów, ale każdy, kto tu dotrze, zostaje na chwilę w zawieszeniu. Jakby coś go poprosiło, by pozostał na dłużej.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
14-02-2026, 00:01
18 maja '62

Teleportacja potrafi czasem zrobić psikusa. Leopoldine Flint i Keith Croft doświadczyli tego na własnej skórze. Krótki, znajomy skok i zamiast znajomego punktu docelowego znaleźli się pośrodku rozległego, zielonego podwórza, pełnego świateł, girland i ludzi ubranych odświętnie, jakby wyjętych z majowego snu.
Muzyka ucichła na moment. Kilka par oczu zwróciło się w ich stronę. A potem ktoś się uśmiechnął. - Och! Już są! - zawołała jakaś kobieta, chwytając jedno z nich za rękę, jakby znała je od lat. - Państwo młodzi już po ceremonii, chodźcie, nie stójcie tak!
Zanim zdążyli zaprotestować, w ich dłonie wciśnięto kieliszki z jasnym, owocowym winem. Pachniało słodko, ciepło, beztrosko. Gdzieś obok, przy starym płocie i drzewach owocowych, rosła Floraconiuncta - wpleciona w wianki i dekoracje, niemal niezauważalna, a jednak obecna. Jej zapach mieszał się z winem i majowym powietrzem, sprawiając, że myśl o natychmiastowym zniknięciu… traciła na pilności.
Szybka próba teleportacji nie przyniosła efektu. Magia ślizgała się, jakby coś w tym miejscu ją rozpraszało albo jakby samo miejsce nie chciało ich jeszcze puścić.
Goście zaczęli zagadywać. Pytania padały jedno po drugim: skąd przyjechali, czy są rodziną panny młodej, czy pana młodego, jakie łączą ich wspomnienia. Trzeba było improwizować. Uśmiechać się. Odpowiadać półsłówkami. Trzymać się blisko siebie, by nie pogubić się w kłamstwach.
Kiedy muzyka znów ruszyła, ktoś pociągnął ich na środek. Taniec był szybki, wirujący, pełen śmiechu i przypadkowych dotknięć. Zbyt łatwo było zapomnieć, że są tu nieproszonymi gośćmi. Zbyt łatwo dać się ponieść atmosferze. Floraconiuncta działała cicho. Sprawiała, że spojrzenia zatrzymywały się dłużej, a myśl o tym, jakby to było stać po drugiej stronie ołtarza, pojawiała się zaskakująco naturalnie - nie jako plan, lecz jako niewypowiedziane pytanie.
A jednak wiedzieli, że nie mogą zostać tu na zawsze. Pytanie brzmiało tylko: czy odejdą natychmiast, gdy w końcu znajdą sposób… czy pozwolą sobie jeszcze na jeden taniec?

Zadanie jest precyzyjne: musicie wtopić się w otoczenie, zanim ktoś zorientuje się, że jesteście nieproszonymi gośćmi. Goście traktują was jak dalekich krewnych, zadają pytania, oczekują toastów, wspomnień i udziału w zabawach. Musicie utrzymać spójną wersję swojej obecności: improwizować wspólne historie, odpowiadać za siebie nawzajem i reagować na zaczepki tak, by nie wzbudzić podejrzeń. Gdy rozpoczynają się tańce, stajecie przed kolejnym wyzwaniem: zająć swoje miejsce na parkiecie, nie wyróżniając się, a jednocześnie pozostać razem, bo tylko w duecie jesteście w stanie kontrolować narastający chaos i znaleźć moment na bezpieczne odejście.

WŚCIBSCY GOŚCIE
Poniżej znajdziecie krótkie wstawki dialogowe - niektóre mogą przyprawić was o zawrót głowy, a inne… sprawić, że poczujecie przyjemne ciepło. Możecie wybrać te, które najlepiej pasują do waszej rozgrywki, albo pozwolić losowi zdecydować, rzucając 1k6 i odkrywając, co się wydarzy.

1. Ciocia z rodziny panny młodej:
Ciotka podchodzi z kieliszkiem wina, patrzy na was uważnie, po czym uśmiecha się ciepło. - Och, tak się cieszę, że dotarliście. Zawsze mówiłam, że najlepiej przychodzić na takie uroczystości we dwoje, bo wtedy wszystko jest jakieś… prostsze. - upija łyk i spogląda to na jedno, to na drugie. - A wy? Od dawna już tak razem trzymacie się świata?

2. Świadkowa (lekko podpita, bardzo bezpośrednia):
Świadkowa pojawia się obok, poprawia wianek, mierzy was spojrzeniem. - Dobrze was widzieć. Naprawdę. Widziałam was wcześniej, jak rozmawialiście - macie ten sam uśmiech i błysk w oku! - pochyla się konspiracyjnie. - To się ponoć zdarza tylko wtedy, kiedy ludzie są ze sobą… blisko. Zawsze tak było, czy to przez dzisiejszy wieczór?

3. Starszy wujek, który „zna życie”:
Wujek opiera się o stół, wzdycha, patrząc na parę młodą. - Wiecie, miłość to nie są wielkie słowa. To takie drobiazgi, ktoś pamięta jaką pijesz herbatę, ktoś inny wie, kiedy lepiej w ogóle się nie odzywać. - uśmiecha się pod nosem. - A wy? Które z was jest od tych drobiazgów?

4. Kuzynka, która wszystko zauważa:
Kuzynka siada obok, podaje wam kieliszki. - Nie musicie się martwić, nie zapytam kiedy ślub. - uśmiecha się znacząco. - Ale ciekawi mnie jedno… czy wy zawsze tak potraficie za siebie nawzajem kończyć zdania?

5. Pijany wujek w trakcie wolnego tańca:
Wujek kiwa się lekko, wskazuje na parkiet. - Patrzcie, to jest ta piosenka. Zawsze przy niej ktoś się zakochuje, nawet jeśli nie planował. - mruga do was. - I jak, czujecie już, że to ta?

6. Ktoś, kto myśli, że was zna:
Starsza kobieta podchodzi, ściska dłonie. - Tak dobrze was widzieć razem. Zawsze mówiłam, że wy dwoje macie w sobie coś… spokojnego. - marszczy brwi - Tylko przypomnijcie mi - kto kogo wtedy uratował?

Mistrz Gry nie kontynuuje z Wami rozgrywki. Miłej zabawy! Lucinda Macnair
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Keith Croft
Akolici
Wiek
23
Zawód
Pracownik restauracji
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
9
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
6
Siła
Wyt.
Szybkość
10
8
8
Brak karty postaci
16-02-2026, 21:16
Zdecydowanie nie tak zaplanował sobie ten dzień. Skończył prace wczesnym popołudniem i miał zamiar się udać do Londynu na małe zakupy. Chciał skoczyć na Aleję Alchemików i kupić kilka ingrediencji, które potem miał zamiar przejść się po Pokątnej i zajrzeć do jednego sklepu w poszukiwaniu nowej koszuli. Mógł to zrobić w Cardiff, ale skoro i tak już miał być w Londynie, to równie dobrze mógł tam nabyć nową część garderoby. Po pracy wziął prysznic, po czym włożył na siebie czyste, nie pachnące jedzeniem ubrania, jasną koszulę i ciemne spodnie. Pogoda dopisywała dzisiaj więc odpuścił sobie kurtkę. Przed lustrem poprawił sobie włosy, przybierając tym razem ciemny blond i zaczesując je do tyłu. Widząc swoje odbicie pokiwał głową z zadowoloną miną. Wyszedł z restauracji głównym wyjściem i przeszedł kawałek aby znaleźć dogodne miejsce do teleportacji. Rozejrzał się czy w okolicy nie szwendają się żadni mugole, po czym skupił się na celu swojej podróży i wykonał skok teleportacyjny. Znajome szarpnięcie w okolicy pępka i już po chwili jego nogi ponownie wylądowały na twardym podłożu, a w każdym razie tak mu się początkowo wydawało. Szybko jednak dotarło do niego, że ziemia wcale nie jest tak twarda jak Londyńskie chodniki. Rozejrzał się i zrobił wielkie oczy. To nie był Londyn, oj zdecydowanie daleko było temu miejscu do Londynu. Zieleń w około, piękne oświetlenie i pełno ludzi ubranych w pół oficjalne pół luźne ubrania. Usłyszał ciche nuty muzyki, a po chwili głosy skierowane w jego stronę. Moment, czemu zwracali się do niego w liczbie mnogiej? I dopiero wtedy zorientował się, że nie stoi sam. Tuż obok niego stała kobieta, mniej więcej w jego wieku i wyglądała na równie zagubioną co on. Co tu się wydarzyło właśnie? Czemu teleportacja zawiodła? Okey, może nie miał licencji, ale przecież nigdy wcześniej mu się coś takiego nie zdarzyło.
Ktoś ruszył w ich stronę, zaczął coś mówić o parze młodej. Na Merlina, czy on właśnie wparował nieproszony na ślub? Chyba jednak nikt oprócz niego tak tego nie postrzegał, chyba wzięli zarówno jego jak i tą kobietę za gości weselnych. Nawet nie zdążył sie odezwać kiedy został kieliszek z winem został mu wciśnięty w dłoń, podobnie jak jego towarzyszce. Wymienił z nią szybkie spojrzenia, po czym uśmiechnął się uprzejmie do osoby, która obdarowała ich alkoholem.
- Nie mam bladego pojęcia co się tu dzieje… - nachylił się do dziewczyny obok niego - ale jeśli nie chcemy zostać uznani za intruzów trzeba będzie zagrać w grę. - powiedział przyciszonym głosem, po chwili nad jej głową wymieniając z kimś skinienie głowy w formie powitania, kto to był, nie miał pojęcia - Jestem Keith. - dodał jeszcze na nowo kierując spojrzenie na dziewczynę, po czym lekko stuknął kieliszkiem o jej kieliszek.
Na Merlina, jak dobrze, że postanowił się przebrać przed wyjściem z domu, przynajmniej się teraz prezentował należycie i nie pachniał jedzeniem. Upił łyk wina, było słodkie, ale smaczne. Rozejrzał się po otoczeniu w poszukiwaniu jakiejś drogi wyjścia, może uda im się jakoś wybrnąć z tej sytuacji, może wymknął się chyłkiem i nikt nie zwróci na nich uwagi. Po chwili jednak jego spojrzenie padło na bawiących się ludzi i poczuł się jakoś dziwnie lekko. Może była to niecodzienna sytuacja, ale może by tak…nie trzeba było się zwijać…ale w sumie?
Zauważył, że ktoś idzie w ich kierunku. Jeśli zaczną się pytania mogą mieć problem. Nie miał pojęcia kim jest jego towarzyszka, nie wiedział jak idzie jej kłamanie i czy uda im się jakoś synchronizować, a będą musieli to zrobić chcąc nie chcąc. Na szczęście, chociaż zależy jak na to patrzeć, ktoś w ostatnim momencie wyciągnął ich na parkiet. Keith w ostatnim momencie zdążył dopić zawartość kieliszka, a kiedy znaleźli się wśród wirujących par, nie myślał dwa razy. Złapał ją za dłoń, po czym lekko do siebie przyciągnął, by po chwili poprowadzić ją w tańcu. Dziękował sobie w duchu za te wszystkie godziny spędzone na potańcówkach, bo nie miał teraz problemu żeby dopasować się do reszty gości, zwłaszcza, że muzyka szybko wpadła mu w ucho.
- Będzie trzeba poszukać jakiegoś wyjścia ewakuacyjnego kiedy nikt nie będzie nad nami siedział. - zwrócił się do dziewczyny patrząc na nią uważnie, ale jakoś mimowolnie uśmiechał się przy tym.
Obrócił ją w tańcu, by po chwili znów do siebie przyciągnąć. Starał się ich wtopić w tłum i chyba jak na razie mu to całkiem nieźle. Ludzie bawili się w około nich, brali za swoich, chociaż nie mieli pojęcia kim byli. Muzyka w końcu jednak ucichła i Keith ponownie złapał ją za dłoń i odprowadził na bok, po drodze chwytając dwa kieliszki z winem i podając jej jeden.
- Nie wiem…może podczas jakiś zabaw kiedy wszyscy będą skupieni na parze młodej? - uniósł brew ku górze zatrzymując się przy jednym ze stolików - Jakieś pomysły? - spytał cicho, kiedy w tym momencie stanął obok nich mężczyzna w średnim wieku, pewnie czyiś wujek.
Wujek oparł się o stół, westchnął ciężko, jakby z nuta nostalgii mając spojrzenie skierowane na parę młodą.
- Wiecie, miłość to nie są wielkie słowa. To takie drobiazgi, ktoś pamięta jaką pijesz herbatę, ktoś inny wie, kiedy lepiej w ogóle się nie odzywać. - uśmiechnął się pod nosem by w końcu spojrzeć na ich dwójkę - A wy? Które z was jest od tych drobiazgów? - padło pytanie.
Keith uśmiechnął się do niego uprzejmie, po czym udał, że się zamyśla nad odpowiedzią, jednocześnie szukając wzrokiem pomocy u towarzyszki.

rzut na wścibskiego wujka
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Leopoldine Flint
Czarodzieje
if i was the moon, would you still look for the stars?
Wiek
23
Zawód
wschodząca gwiazda baletu
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
13
16
20
Brak karty postaci
Wczoraj, 13:08
Po skończonej próbie miała wrócić do Margate;  ostatnie dni jej życia były tak bardzo intensywne, że rezydencja rodowa Flintów stała się dla niej niespodziewanym azylem. Począwszy od dziwnego snu, którego konsekwencje ciągnęły się za nią jeszcze na początku tygodnia, przez wszystkie listy, które wymieniała z panem Carrow, do samego narzeczeństwa, które z perspektywy stało się już naprawdę realną możliwością — ze spokojem można było przyznać, że miała naprawdę sporo na głowie. Zamierzała zaszyć się w namiastce domowego zacisza albo udać się na tor wyścigów konnych, choć tak naprawdę nie była pewna, czy odnajdzie tam swojego bliźniaka. Niemniej jednak, w garderobie teatru Arkadia założyła na siebie jasnobłękitną, jedwabną suknię do ziemi, o delikatnym dekolcie łódkowym, który odkrywał zarysowane obojczyki tancerki. Suknia ta miała wycięcie na plecach, głębokie, ale poprowadzone ze smakiem; miało ono odkrywać linię kręgosłupa baletnicy. Sukienka ta należała do jednej z jej ulubionych. W Leningradzie nie miałą wielu okazji do zakładania jej, tamtejszy klimat był zdecydowanie bardziej chłodny, a wiosna nieporównywalnie krótsza. Maj na Wyspach Brytyjskich potrafił być jednakże na tyle urokliwy, że wiosenny, ciepły wiatr nie wywoływał ciarek, nie zmuszał do zarzucenia na siebie kolejnego artykułu odzieży. Wręcz przeciwnie, sprzyjał myślom o zabawie, o radości, która w życiu Leopoldine wydawała się być... Nieosiągalna.
Może to było tylko złudzenie?
Powstała z zajmowanego miejsca i przymykając oczy, skupiła się na swojej destynacji. Na zielonym polu, na skraju plaży w Margate. Znajome szarpnięcie w okolicy pępka przygotowało ją na pojawienie się w wyobrażonym sobie miejscu, tak, jak magia czyniła to wielokrotnie. Jej stopy dotknęły, zgodnie z przewidywaniami, miękkiego, trawiastego podłoża. Nim otworzyła oczy, uśmiech zadowolenia zakwitł na jej wargach. Inne zmysły wysyłały sygnały odrobinę opóźnione, dlatego najpierw wzięła głęboki wdech powietrza — pachnącego kwiatami, szczęściem i owocowym winem, nie zaś solą morską. Zamiast niedalekiego szumu fal i szmerów wiatru do jej uszu docierała wesoła muzyka, zachęcająca wciąż rozgrzane ciało do dalszych pląsów. Czyżby padła ofiarą i trafiła na przyjęcie—niespodziankę? Urodziny miała w grudniu, mieli środek maja. Zaskoczona otworzyła wreszcie oczy, aby dostrzec, że z pewnością nie znajdowała się w Margate. Wpadła, przypadkiem, na czyjeś przyjęcie, należało więc równie dyskretnie się z niego wydostać, czyż nie? Ale nim zdążyła zareagować, słyszała już głosy; już są!, liczba mnoga. Rozejrzała się wokół, tuż obok niej znajdował się nietypowy, jak na Wielką Brytanię walczącą z imigracją gość; mężczyzna chyba w jej wieku, o wschodnich rysach twarzy i włosach koloru ciemnego blondu. Sądząc po jego minie, również musiał trafić tutaj przypadkiem.
Nie było czasu na zadawanie pytań, w szczególności dlaczego, jak i po co. Wciśnięte w dłonie nietypowej bądź co bądź pary kieliszki z winem były zaproszeniem do wspólnej zabawy. Podziękowała uprzejmie, ze wciąż kołatającą się w głowie myślą, że należy po prostu niepostrzeżenie zniknąć z zabawy, aby nie psuć jej — jak się okazało — młodej parze. Jasnym było, że nieznajomy mężczyzna u jej boku również zjawił się tutaj przypadkiem; byli więc kamratami w tej małej, towarzyskiej zbrodni, co potwierdził również w swoich pierwszych słowach.
— Ja też nie wiem — odpowiedziała z rozbrajającą szczerością, uśmiechając się do mężczyzny, zupełnie tak, jakby znali się od lat; umiejętności aktorskie z przedstawień baletowych miały okazać się tego wieczoru szczególnie potrzebne. — Teraz wszyscy na nas patrzą. Musimy się trochę pobawić, pozwolić im oswoić się z naszą obecnością. Potem... Potem wtopimy się w tłum i znikniemy — zaproponowała mu ściszonym szeptem, nadstawiając kieliszek z winem do stuknięcia. Szkło odpowiedziało pięknym, pasującym do okazji i okoliczności brzdęknięciem. Wino zaś smakowało jak odsunięcie od siebie odpowiedzialności. Jak rozerwanie kajdan, jak promień słońca padający na trzęsące się z zimna ciało. Ledwie powstrzymała się przed kolejnym łykiem, nie rejestrując nawet, że nagła chęć powrotu przestała być aż tak... Nagła.
W otoczeniu pięknych, kwiatowych dekoracji, lekkości bytu powodowanej radością z okazji małżeństwa dwójki młodych ludzi, mieli grać w towarzyską grę, jakby byli przestępcami. A przecież radość z cudzego szczęścia (nawet w przypadku, gdy zjawiali się gdzieś bez zaproszenia!) nie była przecież czymś inherentnie złym.
— Mam na imię Leopoldine — wyznała wreszcie, z zaskakującą lekkością. Ciało same zaczynało reagować na dźwięki muzyki, kobieta na ten moment ograniczała się do przenoszenia ciężaru ciała z jednej nogi na drugą. Najchętniej chyba porwałaby teraz nieznajomego Keitha do tańca, ale ktoś nadchodził z naprzeciwka, wyraźnie w ich stronę. Upiła kolejny łyk wina, na równi z Keithem, a kieliszek odłożyła wprost na tacę przechodzącego obok kelnera. W doskonałym momencie, bowiem jej skromne, niewypowiedziane marzenie właśnie się spełniło. Goście najwidoczniej pragnęli dojrzeć ich w tańcu, Keith stanął na wysokości zadania. Nie wyrywała dłoni z jego uścisku, tę drugą, wolną, ułożyła natomiast na jego barku, pozwalając się prowadzić w tańcu. Mężczyzna mógł zauważyć, że porusza się naprawdę zwiewnie, jakby w ogóle nie dotykała ziemi.
Taniec dodawał jej odwagi, taniec odsuwał wszystkie problematyczne myśli na bok. Gdy więc jej partner szeptał kolejne plany wydostania się z owej sytuacji, Leopoldine była już w innym świecie. Odrzuciła głowę w tył, a wraz z nią kaskadę jasnobrązowych loków. Zaśmiała się — dźwięcznie, szczerze, w dziewczęcej beztrosce. Wystarczył jej bowiem uśmiech Keitha, już pal licho z tym, o czym mówił. Czuła się w jego towarzystwie... zaskakująco dobrze.
— Później go poszukamy. Teraz tańczmy — czy miał jej za złe zbywanie konieczności ucieczki? Miała nadzieję, że nie. Odsunęła się od niego w obrocie, by później pozwolić się przyciągnąć; obracała się wokół własnej osi, aż wreszcie zatrzymała się, stykając się nagą skórą pleców z materiałem kryjącym klatkę piersiową mężczyzny. Zostało im jeszcze kilka taktów, nim muzyka ucichła na moment, a goście rozpierzchli się wokół parkietu, zajęci głównie kosztowaniem wina i wspólnymi rozmowami.
Zdążyła ledwo otworzyć usta, by spróbować odpowiedzieć na pytania Keitha, gdy obok nich pojawił się starszy czarodziej, wyglądający jak czyiś wuj. Zatrzymał się przy stole, naprzeciwko kwiatu, którego półwidoczny pyłek osiadał właśnie na włosach, skórze i ubraniach pana Crofta i panny Flint. Słowa, które wypowiadał sugerowały, że według niego byli zakochaną parą. Nie rozumiała, skąd takie wrażenie i czy niedługo w scenie, którą grali nie pojawi się prawdziwa para, której tożsamość przyjęli na moment Leopoldine i Keith. Widziała spojrzenie tego ostatniego, które posłał jej zastanawiając się nad odpowiedzią. Tyle wystarczyło.
— Och, zdecydowanie on — niemalże wyszczebiotała, układając spokojnie głowę na ramieniu mężczyzny; spoglądała tak na niego z dołu przez moment, nim wróciła spojrzeniem w kierunku znającego życie wuja. — Gdyby nie Keith, już dawno utonęłabym w chaosie. Ma wręcz legendarną cierpliwość, jest tak wyrozumiały, że... Czasami zastanawiam się, co on we mnie takiego widzi, że nie ma mnie dość — zaśmiała się raz jeszcze, splatając ze sobą ich dłonie w uścisku, dla zwiększenia wrażenia intymności. Wuj wydawał się ustatysfakcjonowany ową odpowiedzią. Przed odejściem dalej pokiwał głową, uniósł swój kieliszek z winem do góry i po stuknięciu się z Keithem i Leopoldine, wypili wspólnie zdrowie młodej pary.
Gdy pozostali na moment sami, Leopoldine nie mogła już powstrzymać się od szerokiego uśmiechu. Zastrzyk adrenaliny sprawił, że była gotowa na jeszcze więcej scenek do odegrania, ba — znajdywała motywację, aby wymyślać jeszcze bardziej wiarygodne kłamstewka, które zbudują ich wspólny wizerunek jako wzorowej pary.
— Było całkiem przekonująco, prawda? — spytała, spoglądając wprost w twarz Keitha; dopiero po sekundzie zorientowała się, że wciąż trzyma go za dłoń. Puściła ją z przepraszającym uśmiechem, mając niewypowiedzianą nadzieję, że młody mężczyzna nie będzie miał jej za złe naruszania jego granic dla celów utrzymania ich przykrywki.
Los miał na nich inny pomysł, bowiem już z daleka widać było, że przez tłum gości przebija się delikatnie przygarbiona, starsza kobieta. Gdy wreszcie znalazła się przy nich, obrzuciła ich spojrzeniem, w którym coś zdradzało, że ich pamiętała, choć tak naprawdę nie mogła. Uścisnęła ona najpierw dłonie Leopoldine, później Keitha, nim zaczęła mówić:
— Tak dobrze was widzieć razem. Zawsze mówiłam, że wy dwoje macie w sobie coś… spokojnego. — marszczyła brwi — Tylko przypomnijcie mi — kto kogo wtedy uratował?

| rzut
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 02-03-2026, 17:45 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.