• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Południowy Londyn > Pod Mostem Waterloo
Pod Mostem Waterloo
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
14-06-2025, 18:05

Pod Mostem Waterloo
Most Waterloo, zbudowany w latach 1934–1945, łączy brzegi Tamizy w dzielnicy Southwark. Nazwa pochodzi od bitwy pod Waterloo z 1815 roku, gdzie wojska brytyjskie pod dowództwem księcia Wellingtona pokonały Napoleona. To jeden z kluczowych mostów w mieście, z charakterystycznymi szerokimi filarami i masywną konstrukcją.
Pod mostem rozciąga się szara, wilgotna przestrzeń, gdzie cień kamiennych filarów miesza się z kurzem i mgłą nad rzeką. To miejsce, gdzie czas zatrzymał się na chwilę — porozrzucane gazety, butelki i stare graffiti świadczą o tych, którzy szukają tu schronienia lub chwili bezwzględnej samotności. Wieczorami spotykają się tu bezdomni, uliczni muzycy i ci, którzy chcą uciec od miejskiego zgiełku. Szum Tamizy miesza się z echem kroków i stłumionymi rozmowami, a w powietrzu unosi się wilgoć i zapach spalonego węgla.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Sawyer Whitfield
Czarodzieje
nie wiesz, kim nie chcesz być, zostajesz więc cichą potencjalnością
Wiek
30
Zawód
hodowca, garbarz, przemytnik, dziedzic
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
6
5
Brak karty postaci
21-02-2026, 13:50
Miał być dla niego jedynie koniecznym kozłem ofiarnym – poświęcanym może nie z osobistej potrzeby, jednocześnie bez zawahania, litości czy wyrzutów sumienia; zarazem z prostoduszną wesołością i poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Matka miała być może rację, wyrzucając Josephowi Whitfieldowi, że wychowuje ich najmłodszego syna na człowieka nieczułego i okrutnego, chociaż Sawyer uważał, że jego starsi bracia, rozpieszczeni wychowaniem matki aplikowanym przez aksamitną rękawiczkę, wcale nie byli mniej okrutni od niego, byli po prostu okrutni inaczej – okrutni w sposób bezcelowy i bezrozumny. Dręczenie innych dzieciaków nie było dla nich narzędziem ani metodą, nie było nawet wyborem, było naturalną konsekwencją ich rozpuszczonych charakterów, do szczętu przegniłych przekonaniem o swojej wyższości opartym na czułych słówkach ślepej na ich wady matki i mitycznej, dawno nieaktualnej, renomie ich nazwiska. Czasami im tej bezrozumności po ludzku współczuł; i tego zaślepienia, przez które nie widzieli, że ich błękitnokrwiści znajomi obchodzą się z nimi z pobłażliwą łaskawością. Wyobrażał sobie, że kiedy stali wcześniej na jego miejscu – pierwszoroczniaka pod znakiem węża – byli w naturalny sobie sposób podli, czerpiąc z tego prostą przyjemność, a zbudowany na tych podłościach autorytet był co najwyżej fortunną wypadkową, jak znaleziony na ziemi galeon dla kogoś, kto przez wrodzoną garbatość wiecznie patrzy w dół. Uważał nawet, że im się to powodzenie w towarzystwie zwyczajnie nie należało, ale jego zdaniem nie należało im się, prawdę mówiąc, nic.
Wciąż tymczasem pamiętał dobrze ten czas, kiedy go sobie wybrał – kiedy ze ślizgońskiego stołu przyglądał się ich gryfońskim rumianym twarzom, pamiętając dobrze opowieści braci, z których wyciągnął odpowiednie, jak mu się zdawało, wnioski. Zupełnie jakby po raz kolejny ojciec zaprowadził go na obrzeże pastwiska, gdzie rosły trzy drzewa, do których kazał przywiązać wyselekcjonowane jego okiem cielęta, by mógł sobie jedno wybrać, bynajmniej nie po to, by nadać mu imię i nauczyć go chodzić na sznurku. Bez przyjemności, ale bez zawahania: ten, bo miał na boku łatę w kształcie komety i był największy; ten, bo kiedy odwzajemnił jego spojrzenie, nie spłoszył się wcale, uśmiech wygasał w kącikach jego ust powoli, a z jego oczu patrzyły na niego obiecujące kłopoty. Miał w tym dobre wyczucie – Jesse szybko przekonał go, że nie zamierza być ofiarą. To go wprawdzie narażało na upokorzenie w oczach pozostałych ślizgonów, kiedy Leffingwell mu się opierał i nie dawał się dla przykładu złamać, ale wolał się na to narażać po stokroć – niż narażać się na nudę. Kiedy jego przyjaciele znęcali się nad drobnym gryfonem z klasy Leffingwella – chyba się przyjaźnili; co w nim widział? – w pustym korytarzu, właściwie nie miał ochoty tam być, ale miał nadzieję, że kiedy wypuszczą go wreszcie, jak trzymaną za ogon mysz, dzieciak wymieni jego nazwisko, kiedy się będzie mu skarżyć i przyprowadzi go prosto do niego, już rozjątrzonego, niewymagającego dodatkowej prowokacji czy też synonimicznie: gry wstępnej. Leffingwell rzadko zawodził, za to często zaskakiwał. Szybko się uczył; rzadko popełniał z nim dwa razy ten sam błąd (tylko raz udało mu się podstawić mu haka, może dwa; później Jesse nauczył się przydeptywać mu nogę jak najboleśniej, nie musząc przy tym nawet patrzeć w dół). Zmuszał do kreatywności. Z czasem gryfon sam zaczął go do siebie zapraszać – prowokował może z mniejszym wyrafinowaniem, ale i w tym szybko się wprawił; a on nigdy mu nie odmawiał. Wystarczyło, że uderzył go barkiem, mijając go w korytarzu – i wiernie za nim podążał, tam, gdzie nie sięgał wzrok dyżurującego nauczyciela, jak na czułą schadzkę, po której dla pewności liczyli zęby w gębach. Przychodził do niego z tym, co w nim było najgorsze, niezupełnie zgodne ze szlachetnym archetypem gryfona – a on przyjmował to z zadowoleniem.
Uwłaczało mu więc tym bardziej, że nie przyszedł do niego z tym plugastwem – jakby uważał, że go to w jakiś sposób przerośnie. Przez całą ich znajomość przyjmował na siebie bolesny impet jego małych okrucieństw, złych odruchów (czynnie te złe mechanizmy razem utrwalali) i parszywych emocji, które oboje musieli gdzieś spożytkować – powiedzieć, że z wyrozumiałością byłoby nadwyrężeniem, nie bawili się w podobne tkliwości, raczej z przytomną akceptacją rzeczywistości takiej, jaka była. A była czasem nieprzyjemna, szorstka i nieszlachetna; nie czarna i nie biała, i nie oczywista. Jak ta brudna potrzeba, by komuś przyłożyć i jak pięść wbijana w żołądek. Jak to, że z rozpędu kopnął leżącego na ziemi młodszego gryfona w szczękę tak mocno, że ojciec musiał interweniować, by załagodzić konsekwencje, i nie zrobił tego – tylko – dlatego, że chciał, ale dlatego, że według tego, jakim rzeczywistość była dla niego, tak po prostu należało: korzystać z okazji. Leffingwell mógł się na niego za to złościć, ale Sawyer wierzył, że gdyby to była jego szczęka, zrobiłby to samo, jeśli nie mocniej.
– Czego to nie zmienia – przecedził, napięcie zadrgało mu na zaciśniętej szczęce. Zadawane przez niego pytania uderzały w sedno: bolało go aż tak, irracjonalnie i wściekle. Chociaż Jesse nic mu nie był winien i chociaż nic mu się nie należało, wściekało go, że Leffingwell pozbywał się go tak łatwo, bez sentymentu, odmawiał mu tego zaufania, które między sobą mieli, jak mu się zdawało. – Nie chodzi o to, kto cię sponiewierał czy że nie byłem pierwszy; zresztą, jak rozumiem, nie stałem nawet w kolejce, mówmy sobie wprost, po co to jeszcze tak ugrzeczniać, oboje lubimy przecież niegrzecznie i w tym rzecz, że ze mną możesz. Dla ciebie nie byłem w ogóle – za drwiącym uśmiechem, przyklejonym do ust jakby niedbale na ślinę, chował upokarzającą obolałość. – Chodzi o to, że gdybym zapracował sobie na Azkaban, życzyłbym ci przynajmniej na pożegnanie powodzenia, kiedy będziesz mnie szukać – wypomniał mu oschle, z rozgoryczeniem, że nie było to dla niego równie oczywiste. Rzecz jasna, gdyby nie musiał się do winy przedwcześnie przyznawać, to by mu się nie przyznawał, ale wyłącznie z racji jego zawodu, a na pewno by go nie porzucił, może przytuliłby się do niego bardziej; jak to mówią; najciemniej pod latarnią. – I przyszedłbym do ciebie, żebyś mnie do niego zaprowadził, kiedy znudziłoby mi się czekanie aż mnie partacze znajdziecie – dodał, rozpędem złośliwości wyćwiczonej na nim jak mięsień.
Na końcu języka zagryzł odpowiedź, że on by go nie wypierdolił, bo przez chwilę naprawdę nie był pewny – przytomnie, bez wyrozumiałości i bez potępienia, mógł akceptować jego wątpliwe wybory i podłe czyny, to nigdy nie stanowiło problemu. Ale likantropia nie była ani jednym, ani drugim; była czymś jeszcze innym, paskudnym kalectwem – w tym, może zwłaszcza, społecznym. Rzecz w tym, że nigdy się nie zastanawiał nad tym, co zrobiłby, gdyby ktoś z jego otoczenia stał się wilkołakiem, tak jak nigdy nie zastanawiał się, co by zrobił, gdyby przyszło mu przeżywać jakiś kataklizm, który dotąd zdarzał się tylko po drugiej stronie świata. Nauczony był wilkołactwem się brzydzić. Nauczony był też być rozumnie okrutny: jeśli utrzymanie chorej sztuki przewyższało jej wartość, nie należało jej trzymać. Jesse nie był cielęciem, ale nie był też dłużej do końca człowiekiem. I ludzie o tym wiedzieli: Petter, aurorzy, ministerstwo; jeśli znajdował się już w spisie, na jego rozum wiedzieli potencjalnie wszyscy. Był więc odrzutkiem – co gorsza, kiedy trzymał go tak za szczękę, zaglądając mu w rozszerzone przed nim źrenice i kiedy go słuchał, jak się mu odgryza, z rozgoryczeniem stwierdzał, że się na to zgadzał. I to go wściekało jeszcze bardziej, bo nie dlatego go wybrał i cenił, że spuszczał wzrok, kiedy stawiano go w szeregu do odstrzału.
Kiedy Jesse zażądał, by zostawił Pettera w spokoju, poczuł się, jakby to on złapał go za gębę i trzymał, zmuszając, by nie odwracał od niego wzroku; by skupił się na tym, co palące i ważne, zamiast szukać kozłów ofiarnych i okrężnych sposobów na to, by się wyżyć. Jedno miało pozostać niezmienne– nie potrafił mu odmówić, kiedy prowokował i z w błękicie oczu podnosił obietnicę kłopotów. Przeszedł go dreszcz, kiedy zacisnął mu dłoń na nadgarstku, odpowiadając na mocniejszy uścisk mocniejszym uściskiem. Tym razem nie dawkował oporu, kiedy na niego naparł; Jesse był jednak silniejszy niż się po nim spodziewał. Barierka znów wpiła mu się w lędźwie, a on uśmiechnął się parszywie, przez bolesny grymas.
– Gdybyś się przede mną kajał, nigdy byśmy się tu nie znaleźli. Wykończyłbym cię w szkole, może byłbyś trochę poobijany, ale miałbyś mnie z głowy już wtedy – Leffingwell przycisnął go mocniej, przemoc stawała się w znajomy sposób intymna. – Co tobie się urodziło we łbie, żeby się stawiać? Ciągnąłeś to tak samo, jak ja, przez tyle lat, Jesse, naprawdę musisz mnie pytać, dlaczego się nie mogę od ciebie odczepić? Może wreszcie pierwszy odpuściłeś, ale nie wierzę, że zapomniałeś – bezpośredniość pytania sprawiła mu przyjemność, postawienie go przed nim jak przed lustrem, kiedy przeglądali się w swoich oczach w impasie konfliktu, który nie chciał się ani na dobre rozpędzić, ani zakończyć. Równie bezpośrednie wywołanie wilkołactwa z nazwy – o ironio, wilka z lasu – starło mu jednak tą przyjemność z twarzy, wzbudziło niezadowolony kurcz mimiki. W dłoni trzymał wciąż różdżkę, zacisnął na niej mocniej palce; Jesse go jeszcze docisnął, więc by nie pozostać mu dłużnym, uniósł rękę i wbił mu jej koniec pod szczękę, choć wcale właściwie nie chciał, żeby mu odpuszczał. – O nie, nie, nie – zaperzył się, mało nie cmokając na niego w przyganie. – To nie miłość, żeby się z nią tak obchodzić bez żadnych wymagań. Na to trzeba sobie zasłużyć, a jedyne, co widzę, to że ci się mleko pod nogi rozlało, a ty się łamiesz nad tą kałużą, jakbyś się w niej już utopił – prawie splunął tymi słowami, miarkując go krytycznym, wyzywającym wzrokiem. No dalej, myślał, pokaż mi, że się mylę. – Jesteś wilkołakiem, stało się. Idź wpław. Naucz się w mleku pływać albo je wypij. Albo się w nim utop. Ale prosić, żeby ktoś cię w nim utopił albo na to czekać? Stać cię na więcej, Leffingwell. Inaczej by nas tu nie było.
I jakby wystosowywał mu jedynie dalszy argument w odpowiedzi na wyczekujące pytanie, wbił mu najpierw mocniej różdżkę w bolesny punkt pod szczęką, by zachwiać osią jego ciężkości, a potem spróbował odepchnąć go od siebie mocno, żeby – w końcu – zamachnąć się z dziką zapalczywością pięścią, chcąc wyraźnie wyłożyć mu swoje racje ciężko na szczękę.
– No już, stary, obudź się, na co czekasz? – warknął, niezależnie od powodzenia.
1x k100 (Atak):
1
1x k3 (Modyfikator):
2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Jesse Leffingwell
Czarodzieje
You'll never get a second chance Plan all your moves in advance
Wiek
30
Zawód
Były auror, praca dorywcza
Genetyka
Czystość krwi
wilkołak
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
18
0
OPCM
Transmutacja
18
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
5
Brak karty postaci
23-02-2026, 19:36
Potrząsa głową jakby słowa Sawyera były mu uciążliwą muchą, którą należy odgonić. Zapomina, że wbrew pozorom są zdolni do mówienia sobie rzeczy brzmiących całkiem ludzko, bez wiecznego odgryzania się i wymyślnych inwektyw. I tego pewnie najbardziej się boi; że przecież zdjąwszy całą ślizgońsko-gryfońską otoczkę, usuwając całą truciznę zalegającą we wzajemnym przywiązaniu, pozostawało bardzo dużo tego, co było całkiem szczere, w pokrętny sposób, ale nadal zupełnie szczere. Whitfieldowe rozgoryczenie, listy pisane bez przerwy z głupią nadzieją, sprawdzane nekrologi (wierzy, bo zdaje mu się, że to coś, do czego Sawyer byłby zdolny), wreszcie jego własny wstyd, tęsknota i myśl, że gdyby wyjechał do niego, do Stanów, to wszystko potoczyłoby się inaczej.
— Dowlókłbym cię do samego piekła — uśmiecha się blado. Byłby gotów uroczyście mu przysiądz, że zaprowadzi go pod samą bramę, że naciśnie za niego na klamkę, byleby mieć pewność, że to on, nie ktoś inny będzie mu towarzyszył w ostatniej prostej na samo dno, gdyby nie było innego wyjścia. Gdyby miał świadomość, że to być może ostatnie minuty, ostatnie wściekłe szturchnięcie i rzucenie na odchodne „gnij Whitfield, zasłużyłeś sobie” z dziwnym triumfem, po którym pozostaje już tylko pustka i brak ciągu dalszego.
Pomimo, że rozumie nieco więcej, nie potrafi wyłuskać reszty emocji, które żywi obecnie względem niego przyjaciel, bo rewelacja którą właśnie mu sprzedał prawdopodobnie zmienia wiele w pierwotnym oburzeniu nagłym zniknięciem. Nie jest jeszcze pewien, dlatego nie poprzestaje przyciskać go do barierki jeszcze, co wyraźnie sprawia mu satysfakcję.
— Ty wykończyłbyś mnie? — prycha. — Już tak sobie nie folguj w pewności siebie — burzy się i przez moment staje się podobny do siebie sprzed lat, z czasów Hogwartu pełnych szczeniackich uszczypliwości rzucanych tylko po to, żeby nie pozostawiać między sobą pustki w postaci niezręcznej ciszy. Zaciska zęby, wykreśla wszystkie sromotne porażki zupełnie zasadnie. Chce przemilczeć resztę, bo jest bardzo niewygodna i równie niegodna wypowiedzenia na głos zwłaszcza przy Whitfieldzie. Nie zapomniał, wcale nie było mu też wygodnie milczeć uporczywie, czuł wręcz że się w nim gotuje, kiedy świadomość szczeniackiego zachowania, którą ubierał w określenie „odpowiedzialność” dla spokoju własnego sumienia, gryzła go w dłużącej się samotności. Na swe usprawiedliwienie miał jedynie tyle, że wiele razy czuł się dla równowagi opuszczonym, zdradzonym w jakiś pokrętny sposób, nawet jeśli nie wiązała ich żadna przysięga dozgonności. Może chciałby, może wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej, tymczasem z nieokreśloności wzajemnej relacji wypływało jedynie tyle, że nie są sobie nic winni. Dlaczegóż więc ta farsa, której byli uczestnikami? — Nie wiem, o czym ty mówisz — zaprzecza wściekle, wyraźnie dając znać, że wręcz przeciwnie: czuje ciężar wypowiedzi i że gryzie go ona jak wełniany sweter naciągnięty na nagi grzbiet. Od zawsze drażni go gadulstwo Sawyera. Nie — wróć — nie gadulstwo, a dobór słów. Tak, to zdecydowanie bliższe prawdzie. Zdaje mu się, że ten potrafi nie tylko wymierzać ciosy ale i tak celować językiem, by wszystko go piekło. Teraz czuje dokładnie to samo i ma ochotę przytrzymać go za usta. Może jednak wcale nie chodzi o zbyt wyszukany ton, o porównania, które go tylko rozsierdzają, ale o to, że są bardzo trafne — dotykają beznadziei, w której się znalazł, mobilizując jednak do przeciwstawienia się, choćby dla samej tylko zasady. Wszystko to zdaje się jednak kiełkować z wyraźnym opóźnieniem. Nadal próbuje unikać; z jednej strony prowokuje, potem wycofuje się jak poparzony. Nie wie, czego tak naprawdę chce, a Whitfield wyraźnie próbuje wyciągnąć z niego sedno, uciekając się do wszelkich znanych sobie sposobów.
Cios idzie więc za ciosem, bez chwili wytchnienia. Jesse jeży się na ton mentora, w którego rolę Sawyer nagle próbuje wejść. Chwieje się nieco, syczy gdy sam czubek różdżki wbija mu się pod żuchwę boleśnie, rozdzielając skórę i cieniutką warstwę mięśni od kości.
„Jesteś wilkołakiem, stało się”
Brzmi jak odroczony wyrok. Wiedział, a znów czuje jakby go smagnęła nieoczekiwanie wyjawiona prawda. W ustach Whitfielda tak to właśnie brzmi.
— Żryj te swoje mądrości — warczy wściekle. Na moment czuje się tak, jakby jego struny głosowe osiągały dźwięki, których w naturalny sposób nie można uzyskać. Jakby nagle wilcza natura wylazła z niego paskudnie, dosadnie i bez ostrzeżenia w postaci tarczy już niemal prawie pełnej. Księżyc jest anemiczny, nie czuje go nawet w trzewiach. Dzika furia to coś zupełnie odmiennego, coś zakorzenionego w samym Leffingwellu, nie w tym, co zostało wtłoczone w jego żyły wraz ze śliną drapieżnika. To coś, co już przed laty nie umknęło uwadze Ślizgona. Nie czuje jednak obawy, zaskoczenie raczej otrząsa go z marazmu, przyprawia o nagły skok siły, którym wytrąca rękę wyprowadzoną ku swojej osobie. Wprawnie, bo mięśnie wciąż pamiętają miesiące szkoleń. Jest, do kurwy, aurorem, nawet jeśli z funkcji w czasie przeszłym. Mogą odebrać mu odznakę, byle świstek nadania rangi, cokolwiek, co go formalnie włącza w ciało funkcjonariuszy, jak zwał tak zwał — mogą to wszystko mu zabrać, podeptać i opluć. Mogą wymazać z pamięci instytucji, ale nie odbiorą mu tego, czego się nauczył, a czym jeszcze — rozpaczliwie — próbuje żyć. Choć coraz mniej ufając w zasadność ideałów ściągających go na skraj szaleństwa. — Udław się nimi, Sawyer! — Robi zamach, tak obszerny jakby chciał mu wepchnąć głęboko w gardło wszystkie drażniące słowa przy okazji z własnym żalem i poczuciem niesprawiedliwości. Ze wszystkim tym, co obecnie pomiędzy nimi było, a czego nie potrafi więcej znieść. Myśli sobie, że tak będą kwita — przynajmniej do czasu, w którym nie znajdą kolejnej problematycznej kwestii, co do której będą mieli odmienne zdanie, albo czegoś do zarzucenia sobie nawzajem. Wtedy podążą znów za pierwotnym instynktem, bo inaczej już nie potrafią, eskalując do punktu krytycznego.
Jesse zatrzymuje wymierzoną precyzyjnie pięść, bo choć kusi go przyozdobienie przyjacielskiej twarzy krwawym rozbryzgiem ciągnącym się przez nos po wargi i dalej, a wściekłość wcale nie zdołała odparować, powściąga się ku większej udręce (zapewne nie tylko własnej, ale i Sawyerowej, bo przecież inne niż oczekiwane rozwiązanie sprawy nigdy nie jest satysfakcjonujące; zatrzymanie emocji wyłamuje się ze schematu, tym samym nie pozwalając na zredukowanie napięcia). Chwyta go za koszulę, tak jak on ułapił go wymawiając słowa powitania po czterech latach rozłąki, wspina się palcami do ostatniego guzika, tuż przy grdyce, obejmując również materiał, by po wykręceniu zapamiętale, odebrać mu na moment możliwość oddechu.
Czy doznaje faktycznie nagłego przebudzenia?
— Uduszę cię kiedyś, skoro ty mnie nie chcesz. — Jeszcze kilka chwil, aż zacharczy. — Uduszę, zobaczysz… Obiecuję. Tylko nie dziś, nie dziś… — szepcze w sposób niewspółmiernie czuły, niczym najsłodszą obietnicę. Puszcza wreszcie, ale nie odpycha. Stoi wciąż, niemal w zwarciu, ręce układa wzdłuż ciała. Drży jeszcze przez kilka chwil, opuszkami palców czuje wykrochmaloną fakturę koszuli. Wreszcie udaje mu się wyrównać oddech i ugładzić odruchy. Ostatecznie czuje coś na kształt ulgi, nie przyznaje się jednak. Chowa różdżkę, a z kieszeni wyciąga paczkę fajek. Wysuwa jedną, po chwili namysłu drugą, podtyka pod usta Sawyera. — Spierdolili z moją kasą, a nie mam złamanego knuta na kolejną dobę hotelową, więc masz do wyboru, że albo mnie przenocujesz, albo postawisz flaszkę i będziemy pić do samego rana. — Zmiana może być zaskakująca, jest jednak całkiem naturalna. Jesse zamiata takie sprawy pod dywan. Kiedy coś go przerasta lub nie ma w nim chęci do pojednania — takiego prawdziwego. Kapituluje ale mniej boleśnie: godzi się, przynajmniej na jakiś czas, na to, że Ślizgon nie da mu żyć w spokoju. — Jeśli każesz mi spadać, to wiesz, że to zrobię. Kto wie, może nawet na więcej niż cztery lata. — Karta pułapka. Uśmiecha się samymi kącikami. Zdaje mu się, że tego Whitfield nie przełknie. Klepie go po policzku. Lubi odgryzać się dokładnie tym samym. — Popraw sobie kołnierz, bo wyglądasz fatalnie. Starczy, że ja wyglądam jak gówno za nas dwóch. — Miasto ani na moment się nie zatrzymało, choć on ma wrażenie, że na krótką chwilę zastygło i przysłuchiwało się im z trwogą.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 02-03-2026, 19:12 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.