• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Szkocja > Hogsmeade i okolice > Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie > Wieża Astronomiczna
Wieża Astronomiczna
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
15-10-2025, 12:59

Wieża Astronomiczna
Wieża Astronomiczna to najwyższa z wież w Hogwarcie, wznosząca się wysoko ponad dachy pozostałych budynków zamku. Z jej szczytu rozciąga się zapierający dech widok na jezioro, Zakazany Las oraz rozległe błonia szkoły. Na samym szczycie wieży znajduje się kamienny taras obserwacyjny, otoczony niską balustradą. W nocy ustawiane są tam miedziane teleskopy i inne przyrządy astronomiczne, które służą uczniom podczas zajęć z Astronomii - jednego z nielicznych przedmiotów w Hogwarcie, które odbywają się wyłącznie po zmroku. Wieża jest zbudowana z ciemnoszarego kamienia, a jej spiralne schody prowadzą przez wąskie okna, przez które widać, jak nocne niebo stopniowo rozświetlają gwiazdy. Zimą często bywa tam lodowato, a mimo to uczniowie z klas piątych i starszych z zapałem wspinają się, by obserwować planety, konstelacje i zjawiska niebieskie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Cassius Avery
Śmierciożercy
Haunted spirits in my head, the thoughts themselves are the thinkers
Wiek
32
Zawód
badacz umysłów, pracownik MM, zaklinacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
0
25
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
5
Brak karty postaci
30-11-2025, 19:29
Odpowiedź dla Manon Baudelaire

Znudziłby się nią szybko, z wielkim rozczarowaniem, gdyby uosabiała sobą wszelkie przewinienia przewidywalności. Nie pragnął kogoś o wyraźnie zarysowanych, nieprzekraczalnych ramach - cenił sobie raczej ostre krawędzie, cielesne i umysłowe. Straciłby nią zainteresowanie w chwili, w której dostrzegłby w jej spojrzeniu równowagę; gdyby nie była tym szalonym linoskoczkiem wznoszącym się ponad całym światem, wyciągając w górę ręce, nie tylko po to, aby łatwiej utrzymać równowagę - raczej aby podkreślić finezyjność ruchów i płynącej w powietrzu sylwetki. Finezja ciała oddawała głębię duszy. Może chciał, aby stali się dla siebie zbędnym balastem, którego z biegiem czasu żadne z nich nie chciałoby się pozbyć. Bo ten zbędny ciężar zapewniał równocześnie stabilność dzielonego szaleństwa, przeświadczenie, że zło czające się w duszy mogło znaleźć swoje odbicie w skrawkach innej jaźni, podzielając podobne aspiracje. Gdy każdym kolejnym gestem, słowem, spojrzeniem napinała tę eteryczną linę, czuł w trzewiach dziką, wręcz drapieżną satysfakcję - czy gdyby nić amoku pękła, gdyby w powietrzu wybrzmiało echo przełamanego krzykiem dysonansu, czy uchroniłby ją przed upadkiem? Czy to w jego ramionach mogłaby znaleźć ratunek?
Czy czekał aż razem runą w przepaść? Czy nie byłoby to zabawne? Wzajemnie ciągnąc się ku dołowi, tylko po to, aby - jeśli wszystko pójdzie dobrze - samodzielnie lub wspólnie odbić się od dna? Teraz nie potrafił jeszcze wybrać odpowiedniej opcji. Ich wachlarz wydawał się skryty za mgłą, zbyt niewyraźny, aby podjąć właściwą decyzję już teraz, tak na poczekaniu. Wszystko zależało od tego, co kryło się po drugiej stronie mlecznej aury niepewności.
Wyczuwał w niej zagrożenie, podskórnie czuł, że gra, mimo że niewątpliwie warta świeczki, wcale nie będzie łatwa, Może uda mu się wygrać jakąś bitwę, ale wojna o przewagę potrwa o wiele dłużej. W głowie wybrzmiewał mu z tego z powodu ciężki, złowrogi śmiech szaleństwa. Powinien pozwolić sobie wpaść w zastawione na siebie sidła, posmakować jej całym sobą, odnajdywać ją potem w twarzach innych kobiet, tylko po to, aby wzniecić w sobie jeszcze intensywniejsze pragnienie, aby posiąść ją właśnie w danym momencie, nawet jeśli znajdowała się daleko, poza jego zasięgiem. Gdyby poczuł na sobie jej więzy, zaciskające się z każdym kolejnym, nawet najmniej gwałtownym ruchem, zrodziłaby się w nim brzemienna w skutki ekscytacja, której nie czuł od dawna. Wiara - jej, jego, że wpadł w jej sidła, nadałoby wyzwaniu dodatkowej pikanterii.
Chyba właśnie dlatego brnęli w to dalej. Pozostawiali na swoich ciałach ślady podobne do tych, które chwilę wcześniej nakreślił na jej nadgarstku - zaróżowiony zarys palców, niby niewinny, będący jednak zwiastunem poważniejszych ruchów, podstępnie wymienianych oddechów, bliskości ciał. ochoty, która wzrastała w nim z każdym kolejnym pokonywanym stopniem.
- Obiecuję więc, że nagroda przerośnie twoje oczekiwania - powiedział miękko, chociaż krzywy uśmiech, który tak ją zirytował wciąż nie znikał mu z twarzy sprawiając, że w obliczu Cassiusa przez dłuższy moment odbijał się jego prawdziwy charakter. Bawił się tą nagłą irytacją. Podniecała go jej nagła pasja. duma z jaką spoglądała mu w oczy, ostrze skryte w każdym kolejnym słowie, jakby było chłostą, pozbawionym cielesności biczem. Głośnie westchnienie Manon, podszyte cichym jękiem, tylko wzmagało w nim to nagłe uczucie, sprawiając, że zacisnął swoje dłonie jeszcze mocniej, na tyle, aby poczuła to specyficzne napięcie na linii włosów, bolesne, a równocześnie tak rozpalające. Zaraz potem palce powędrowały niżej.
Spodobało mu się, że jeszcze bardziej odchyliła do tyłu głowę, odsłaniając przed nim swoją grdykę, wystawiając ją na kolejny dotyk. Zaraz potem usłyszał śmiech, poczuł jak przylega do niego, jak przyciąga go do siebie, jak ich ciała dopasowują się do siebie, krzywizna do krzywizny, skóra do skóry nieustannie płonąca pod okryciem wierzchnim, gdy zamykała go w objęciu niemej groźby. Czy to właśnie teraz? Czy za chwilę razem runą w przepaść?
- Hvorfor nekter du meg? - wyszeptał z udawanym wyrzutem, dlaczego mi odmawiasz? Z dreszczem zaskoczenia przyjął jej delikatnie odbijający się w norweskich słowach akcent. - Nie łatwo daję sobie sobie wynagrodzić podobne zniewagi - dodał z rozbawieniem, w cichym pomruku, jeszcze bardziej przyciągając ją do siebie, mocniej wplatając dłoń w jej oparte o balustradę palce. - Salazar miał rację. Durmstrang już dawno postanowił wyplenić ze swoich murów krew szlam. Tam nie ma dla nich miejsca - dodał z satysfakcją, nagle rozparła go duma ze swojego szkolnego przybytku. - Szkoda, że nie zginęło ich wtedy o wiele więcej. - Zawtórował jej chichotem. Ten temat pojawił się nie tylko w listach przysyłanych przez siostrę, ale stał się także tematem debat w rodzinnej posiadłości. gdy Cassius wrócił tamtego lata do domu.
Również nie spuszczał wzroku z jej zielonych tęczówek lśniących w ciemnościach Wieży Astronomicznej. Czuł jej przyspieszone tętno, sam nie pozwalał sercu zwolnić. Przechylił lekko głowę, gdy jej twarz przeciął złowrogi uśmiech. Dokładnie taki jaki sam niejednokrotnie wdziewał. Jeszcze dotkliwiej poczuł na skórze dotyk jej drobnych palców. Paznokcie wbiły się w zagłębienie dłoni, tam gdzie wciąż rysowało się wspomnienie rzuconego przed paroma dniami przekleństwa.
- To chyba nie było trudne? - zapytał równie niewinnie. Zapewne zatopiłby się we wzbudzanym przez nią poczuciu wyjątkowości, gdyby sam doskonale nie znał i nie podejmowałby się podobnych manipulacji. Poczuł na wardze jej chłodny oddech, efemeryczne muśnięcie warg, Wciągnął w płuca powietrze, które chwilę wcześniej rozchodziło się po jej ciele, napędzając kolejne komórki, kolejne procesy, a teraz napędzając jego. - Nie wiedziałem, chociaż wcale mnie nie dziwi, że jesteś miłośniczką podobnych aktywności. - Nachylił się do jej ucha i wyszeptał wprost do niego swoją obietnicę - Chętnie podzielę się z tobą swoimi doświadczeniami. - Odsunął się, ponownie spoglądając jej w oczy, mocniej zaciskając palce na alabastrowej szczęce. - Mogę ci ufać? - Zmarszczył brwi, w powietrzu zawisła niema groźba. Jeśli mnie zdradzisz...
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Manon Baudelaire
Śmierciożercy
normal is an illusion. what is normal for the spider is chaos for the fly.
Wiek
25
Zawód
alchemiczka w szpitalu św. munga
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
10
OPCM
Transmutacja
4
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
23
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
7
Brak karty postaci
06-12-2025, 16:44
Odpowiedź dla Cassius Avery

Destrukcja była jej znana bardziej, niż dawała po sobie poznać. Choć kochała balansowanie na krawędzi, na tej wyimaginowanej linii, która wymagała od niej niesamowitej precyzji i samozaparcia, aby nie popełnić żadnego błędu, nie bała się upadku. To strach sprawiał, że nagle drętwiały mięśnie, rozum tracił swoją klarowność i ostrość myśli. Strach był początkiem końca, ceną życia, na którą nie mogła sobie pozwolić. Przesuwała swoje granice stopniowo — nie urodziła się taka. Stawała się obecną sobą stopniowo, z pełnym przekonaniem, że jej droga mogłaby wyglądać zupełnie inaczej, gdyby nie tych kilka podjętych wcześnie decyzji. Czuła w sobie kojącą słodycz satysfakcji, gdy myślała o tym, że udało jej się wymsknąć z pułapki zastawionej na dziewczęta takie, jak ona. Dziewczęta z dobrych domów, czystokrwiste, z tradycjami. W swojej wyszarpanej wolności widziała sukces, a za sukcesem zawsze stała kolejna z możliwości. Jeszcze bardziej nęcąca. Jeszcze bardziej ryzykowna. Lina, po której kroczyła, napinała się z każdym krokiem mocniej, ale Manon nie miała w naturze się bać. Plotła swoje losy z losami innych tak szczelnie, że gdyby tylko omsknęła jej się noga — pociągnęłaby w dół jeszcze więcej osób.
Nie żyła jeszcze w podobnej symbiozie z Cassiusem. Dopiero oplatała go jedwabem swej pajęczej sieci, lekkiej tak bardzo, że mógł w ogóle jej nie zauważyć. Przecież nie krępowała jego ruchów, nie wtrącała się gwałtownie w myśli. Była tam, po prostu. Czekała na impuls, czekała na bliższą obecność Manon, aby iskra rzucona przez czarownicę opadła na niemal niewidoczne niteczki, stawiając je w ogniu, który tylko ona potrafiła ugasić.
Tym właśnie chciała być dla stojącego przed nią, górującego nad nią mężczyzny. Jego utrapieniem i ocaleniem. Płomieniem gniewu i delikatną bryzą spokoju. Zjawą doprowadzającą do szaleństwa i wreszcie obecnością, która odganiała od niego wszelkie troski. Pragnęła być jego narkotykiem, aby w swoim uzależnieniu nie myślał już o niczym innym, tylko o niej.
Jak omotać kogoś, kto zarzekał się, że w miejscu serca posiadał ziejącą chłodem wyrwę?
Podjąć ryzyko, oczywiście. Widziała to w błękicie oczu Cassiusa. To, jak zapraszał ją do zabawy, sądząc, że cały ciężar ewentualnej porażki przygniecie tylko i wyłącznie Manon. Nie chciała wyprowadzać go z błędu. W trakcie ich wspólnej zabawy, wspólnej drogi do zatracenia, była ciekawa, na ile chciał sobie pozwolić. Miała doskonałą świadomość, że przy odrobinie czasu zdolna była przełamać każdy jego opór. Popchnąć go w stronę wielkości, której sięgnięcia nigdy w życiu się nie spodziewał.
— Nie znasz mojego apetytu, Cassiusie — prawie fuknęła, czując mrowiące zirytowanie rozchodzące się zaraz pod skórą. Krzywy uśmieszek przyklejony do twarzy mężczyzny drażnił ją w niespodziewanie intensywny sposób. Przyjęła już do siebie myśl, że chciała oglądać Cassiusa częściej, niż do tej pory, ale gdy tylko myślała o tym, że mógłby coraz częściej uśmiechać się właśnie w ten konkretny sposób, pragnęła szarpnąć go za poły marynarki i wyrzucić poza taras, za bezpieczne mury wieży. Byli jednak na tym świecie tacy, którzy sądzili, że pożądanie nie może istnieć bez słodko—mdlącego zapachu śmierci obok. Jeżeli mieli rację, ciepło rozchodzące się po jej ciele zgodnie z dotykiem serwowanym jej przez Cassiusa nie było tylko prostą reakcją organizmu, musiało powoli wczepiać się w strukturę jej duszy, aby kiedyś — może za kilka tygodni, może miesięcy, a może nigdy — wsiąknąć w nią zupełnie, stając się jednością. Gdy zacisnął palce na jej włosach mocniej, wolną dłonią sięgnęła do jego nadgarstka. Szczupłe palce owinęły go w szczelnym uścisku, jednak nie szarpnęły nim, aby odsunąć go od siebie. Zatrzymały go w miejscu, gdy spomiędzy jej warg wydostał się delikatnie zachrypnięty, noszący drobne plamki wczesnego szaleństwa chichot. — Traktuję to tylko jako przystawkę — oznajmiła, ofiarowując mu swoje oczekiwania na srebrnej tacy. Już wcześniej wskazała, że nie będą mogli poddać się impulsom tutaj, w szkolnych murach, przy prawdopodobieństwie zakłócenia ich spokoju. To, co kryło się w ich duszach, a w swoim towarzystwie powoli wypełzało na światło dzienne było tak zdeformowane, tak kalekie i podłe, że powinno zostać między nimi. — To nie zniewaga, mój drogi. Zapominasz, że jestem drugą połową naszego układu i jako taka mogę dyktować warunki — wymruczała cicho, gdzieś w okolicy kołnierza koszuli mężczyzny. Jej oddech połaskotał wystawioną na jej pastwę skórę, owiał ją charakterystycznym ciepłem drugiego człowieka. Żywego, o bijącym sercu, niespętanym umyśle. Człowieka, kobiety, która stanowiła tak słodki kąsek, tak blisko wyciągniętej ręki, że hańbą byłoby odrzucić oferowaną słodycz. Cassius jednak nie należał do osób głupich i porywczych w podobnych sytuacjach — wiedział, że nie mógł karmić się standardowymi domysłami, że w słodyczy, którą Manon oferowała mu samodzielnie, kryło się coś jeszcze, czego drobne okruszki pozostawiała mu w każdej z ich intensywnych rozmów. Pod chmurką cukru krył się bowiem smak zupełnie inny, rozpalający, obezwładniający, tłumiący wszystkie inne wrażenia.
I nagle, gdy myślała, że wreszcie mogła pozwolić sobie na jeszcze mocniejsze szarpnięcie za struny ich spotkania, poczuła na swojej szczęce mocny uścisk palców Cassiusa. Oczy Manon otworzyły się szerzej, ledwie na ułamek sekund zdradzając zaskoczenie bezpretensjonalnością, z jaką obchodził się z jej ciałem mężczyzna. Serce na chwilę zwolniło bieg, aby zaraz przyspieszyć, podobne do zwierzyny łownej, przygotowującej się do ucieczki przed myśliwym. Podobnie, nie identycznie. Manon nienawidziła ucieczek. Zdecydowanie bardziej wolała wychodzić naprzeciw potencjalnemu zagrożeniu.
— Byłbyś głupcem, gdybyś mi zaufał — lekkość tonu, z którym wypowiedziała te słowa, zupełnie nie pasowała do powagi sytuacji. Stała w astronomicznym wręcz kontraście z zawieszoną w powietrzu groźbą, ze srogą miną, która tylko uwydatniała powagę Cassiusa. Zastanawiała się, czy tej właśnie odpowiedzi oczekiwał, czy może — przewidywalnie — pragnął usłyszeć zapewnienia o lojalności, której nie mogła mu dać. Zaróżowione wargi wygięły się w szerszym uśmiechu, w którym błysnęły drapieżnie białe zęby. Tak właśnie wyglądało współczesne szaleństwo. — Jesteś jednak rozsądnym człowiekiem, na tyle, na ile pozwala ci twoje ego — ciągnęła dalej, za nic sobie biorąc zagrożenie, które zawisło nad nią katowskim toporem. Intuicja podpowiadała jej, że powinna popchnąć granicę dalej, napiąć linę, po której chodziła jeszcze bardziej. — I doskonale wiesz, że im więcej zaciągnę u ciebie długów wdzięczności, tym więcej satysfakcji przyniosą ci chwilę, gdy będę owe należności spłacać.
Czy nie mam racji?
by the pricking of my thumbs, something wicked this way comes
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Cassius Avery
Śmierciożercy
Haunted spirits in my head, the thoughts themselves are the thinkers
Wiek
32
Zawód
badacz umysłów, pracownik MM, zaklinacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
0
25
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
5
Brak karty postaci
14-12-2025, 15:36
Odpowiedź dla Manon Baudelaire

Trucizna. Antidotum. Czym dla siebie byli? Chwilowo wydawali się ze sobą współgrać w doskonałych proporcjach, na granicy przepaści, nie pozwalając na to, aby waga przechyliła się na którąkolwiek ze stron. Gdyby jedno popchnęło drugie ku zagładzie, ich lot byłby nieprzewidywalny.
On był przekonany, że był górą. Ona, że się mylił. On, że gdy już pozwoli jej się uwieść, będzie to następstwem wyłącznie podjętego przez siebie wyboru. Ona, że gdyby upadła, on upadłby razem z nią. Ich wybujałe ego prowadziły ze sobą walkę ponad wymianą zdań, krzywymi uśmiechami i prychnięciami okraszonymi irytacją.
On – Ona. On – Ona.
Oni.
Zdradliwym było przekonanie. że była lepsza od kobiet tkwiących w ciasnym gorsecie konwenansów, że wywalczyła dla siebie przestrzeń wolności, do której tamte nie miały dostępu. Może nie zdawała sobie sprawy jak wiele z nich pociągało za niewidzialne sznurki, zachowując tylko pozornie postawę ułożonych, zamkniętych w schemacie tradycji dzierlatek niezdolnych do samostanowienia. I to była gra - prowadzona od wieków, przez kobiety silne acz świadome zasad. Ich życie było wyzwaniem, egzystencją prowadzoną jak rosyjska ruletka – jeden błąd i traciły wszystko.
Zupełnie jak Elena.
I dla Manon miał w głowie dokładnie ten sam scenariusz - gdyby coś poszło nie tak, jeszcze łatwiej przyszłoby mu się pozbyć kobiety bez tytułów, bez znaczenia. Z czego tak po prawdzie wynikała jej pogarda? Z dostrzeganej w tych kobietach słabości, czy może tliła się w niej nutka zazdrości, bo w oczach wyższych sfer, to właśnie one miały największą wartość? To ich łona wydawały na świat prawdziwych dziedziców. To w ich dłonie trafiały następnie insygnia umownej władzy. To one wydawały na świat progeniturę najcenniejszą w oczach Czarnego Pana.
Co tak naprawdę się dla niej liczyło? Gdzie tkwił klucz do władzy? Czym ona była?
Nie potrafił jej jeszcze dokładnie rozgryźć. Prowadził w głowie nieukierunkowane rozważania, zapewne niejednokrotnie myląc tropy, błądząc w ciemnościach niczym dziecko we mgle.
To podobało mu się chyba najbardziej. Mrok był w końcu jego prawdziwym, może i jedynym, domem.
Bawiło go jej rozdrażnienie, że kpiący uśmieszek wystarczył, aby tak ją rozjuszyć. Widział, że niewiele brakowało, aby jednym ruchem przerzuciła go przez balustradę z bezwzględnością charakterystyczną dla najgroźniejszej pajęczycy. Z przyjemnością by się jej wtedy poddał, czekając na jej łaskę, ostatkiem sił trzymając się zimnego drążka. Wciągnęłaby go z powrotem na wspólny pokład, aby wspólnie popłynąć dalej, czy jednak po namyśle ruszyłaby jego śladem?
- Wiesz jak rozbudzić moją ciekawość. Nie mogę się już doczekać na danie główne - odparł, a zaraz potem mruknął z rozczarowaniem. Palce zaciskające się na jego nadgarstku był jak zakaz, nie obchodziło go nawet to, że miała rację. Chociaż odpowiadała mu otaczająca ich sceneria, chociaż najchętniej już teraz pokazałby jej do czego był zdolny, rozpalające trzewia uczucie nie tutaj powinno znaleźć dla siebie ujście. - Czyli jest między nami jakiś układ? - również wyszeptał jej do ucha, zadając do pytanie może aby jeszcze bardziej ją zdenerwować? Z idealnie wygraną w tonie przekorą.. - Zabrnęliśmy tak daleko? - Poddałby się teraz jej słodyczy bez większego zawahania, gdyby był pewny, że było to odpowiednie miejsce, aby przedrzeć się przez tę wierzchnią, pudrową warstwę i odkryć, co kryło się głębiej. Cenił sobie bardziej wyszukane smaki - słodko-kwaśne, słodko-gorzkie. Zatrute?
Gdy znowu przejął inicjatywę, gdy palce zacisnęły się na jej szczęce, gdy przez moment miał wrażenie, że mu ulega, bo w jej oczach na ułamek sekundy odbiło się zaskoczenie, to właśnie on poczuł słodką satysfakcję. Pozostawał jednak poważny, wyraz twarzy nie zmienił się - twardy, srogi, brwi wygięte w łuk wyraźnie dawały znać, że nie żartował, Pytanie, które zadał nie było rzucone na wiatr. Jej odpowiedź sprawiła jednak, że mimowolnie parsknął śmiechem. Rozluźnił uścisk.
- Doskonale się rozumiemy. Możesz sobie wyobrazić jak skończył ten, który ostatni nazwał mnie głupcem. - Kolejna groźba? Czy tylko niewinny żart? - To chyba już wiesz jak działa nasz mały układ - opuścił dłoń, odrywając ją od jej szczeki. Złożył ją teraz na jej biodrze. - Przysługa za przysługę. - Czy też oko za oko – ząb za ząb. Jeśli kiedykolwiek postanowi zboczyć z obranej ścieżki. Wiedział, że zrozumie.
Mogli żartować z wzajemnego zaufania - Cassius nie miał jednak złudzeń. W obecnym układzie nie było dla niego miejsca. Zdrada miała mieć jednak swoją cenę. A ta musiała wyraźnie wybrzmieć.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Manon Baudelaire
Śmierciożercy
normal is an illusion. what is normal for the spider is chaos for the fly.
Wiek
25
Zawód
alchemiczka w szpitalu św. munga
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
10
OPCM
Transmutacja
4
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
23
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
7
Brak karty postaci
05-01-2026, 20:32
Nigdy nie chciała być taka, jak inne. W życiu pragnęła, tak prawdziwie, tylko kilku rzeczy — indywidualności, kontroli, władzy. Przynajmniej przez większość jej krótkiego bądź co bądź życia, to właśnie te słowa przyświecały jej drodze. Niebezpieczni rodzice okazywali się przyjemnie spolegliwi, gdy tylko ich córka wykazała się tą toksyczną słodyczą, która od wieków gościła w domu Baudelaire'ów. To dzięki nim ostatecznie pozwoliła sobie na przybranie takiej, a nie innej formy. Czy była modliszką? Czasami. Czy nie wahała się karmić trucizną kogoś, kto w jej mniemaniu na to zasłużył? Oczywiście, że tak. Ciemność od zawsze siedziała gdzieś w jej duszy, z biegiem lat wykrawając sobie coraz więcej przestrzeni. Niezatrzymana urosła do rozmiarów przepaści, głębszej niż różnica poziomów między Wieżą Astronomiczną a błoniami. Chyba właśnie dlatego nie bała się skoku. Dlatego śmiała się — być może śmiechem szaleńca — na groźby kierowane w jej stronę przez Avery'ego. Nie wierzyła, że ktoś mógłby uczynić jej większą krzywdę, niż ona sama. To opanowała do perfekcji, znacznie bardziej niż krzywdzenie drugiego człowieka.
Spomiędzy gąszczu irytacji wydostał sie wreszcie zadziorny uśmiech. Uwielbiała, gdy mężczyźni wprost mówili o swoich oczekiwaniach względem wieczoru, o tym, jak bardzo jej pragnęli. Nie musieli używać do tego słów dobitnych, dosłownych. Często wystarczyła tylko aluzja. Wszak Manon Baudelaire nie była przecież osobą pozbawioną uczuć. Takie docenienie jej starań powodowało, że chciała kontynuować grę. Do tego stopnia, że uniosła jedną dłoń, tę, w której wciąż trzymała dłoń Cassiusa. Zatrzymała się dopiero na wysokości swojej twarzy, pewnym ruchem odwróciła ich dłonie tak, aby wierzch dłoni mężczyzny znalazł się przy jej ustach. Musnęła skórę wargami, pozostawiając na niej wyraźny ślad swojej czerwonej szminki. Zapewne zniknie on dość prędko po ich rozstaniu, ale teraz, na chwilę, stanowił oznaczenie własności.
— Skoro czekasz na danie główne — tak, zabrnęliśmy aż tak daleko — wymruczała przypomnienie ich wspólnych przewin, które doprowadziły ich do stanu, w jakim znajdowali się teraz. Nie miała sobie niczego do zarzucenia. Umyślnie nęciła Cassiusa, on odpowiadał jej tym samym, tańczyli wokół siebie w ten sposób już od dłuższego czasu. Czy właśnie dzisiaj miała nastąpić kumulacja? Nie miałaby nic przeciwko. Cassius prowokował u niej wszystkie najgorsze instynkty, najbardziej pierwotne reakcje na swoją obecność. Ale to właśnie w nim lubiła, tego od niego oczekiwała.
Długich palców zaciśniętych na jej szczęce, bo ból mieszał się w tej chwili z przyjemnością w równych proporcjach, nawet gdy instynkt kazał mu wgryźć się w tę rękę, do krwi, do mięsa. Uwielbiała, gdy był taki poważny, srogi, wtedy chyba najbardziej zmiatał ją z nóg. W wyobraźni Manon nie istniało przecież nic bardziej atrakcyjnego od mężczyzny, który wiedział, czego chce i nie bał się po to sięgnąć.
— Nie mogę, opowiedz mi — chciała to usłyszeć z jego ust. Opowieść snutą jego słowami, bo tylko tak mogła wybrzmieć groźba chowana za płaszczykiem żartu. Westchnęła — z ulgą, czy może raczej z żalem — gdy uwolnił jej szczękę z uścisku, zamiast tego układając dłoń na jej biodrze. Odbiła się od barierki, chcąc przylgnąć do jego ciała, ale w tym samym momencie coś podszepnęło jej — może wyobraźnia, a może instynkt — że niedługo przestaną być na szczycie wieży sami.
Najpierw do jej uszu dobiegł chichot. Chichot, który niemalże ją sparaliżował, za wyjątkiem oczu, które nagle pociemniały ze złości. Próbowała go dostrzec, Irytka, poltergeista, którego obecność przynosiła wyłącznie kłopoty, złość i rozżalenie wśród uczniów. Nienawidziła go z całego serca już od pierwszego roku nauki. Mogła się spodziewać, że i na Zjeździe nie odpuści okazji do napsucia jej krwi. Jednak nie musiała długo czekać.
Za plecami Cassiusa otwierały się i zamykały szafki. Książki spychane zostały z regałów, opadały na kamienną posadzkę z charakterystycznym hukiem. Wreszcie głos poltergeista wybrzmiał niepokojąco blisko dwójki. Manon oderwała się od Cassiusa niemalże natychmiast, jak oparzona, odskakując w bok, w kierunku wyjścia z tarasu.
— No, no! Kto by pomyślał, że taki smarkacz dożyje końca szkoły! To cud! — było ostatnim, co dotarło do Manon, nim całym jej ciałem wstrząsnął dreszcz z zimna. Czuła, jak woda z chluśnięciem opada na jej ciało, mocząc ją od głowy aż do stóp. Nie w formie deszczu, który mógłby nagle zacząć padać. Bardziej przypominało to oblanie morską falą lub wpadnięcie w rwący prąd rzeki. Odruchowo zamknęła powieki i uniosła barki w górę, ale z jej ust wydobyło się tylko marne, zaskoczone pisknięcie. Niedługo później było po wszystkim. Śmiech Irytka pomieszał się z dźwiękiem odrzucanego w bok wiadra, a twarzy Manon przechodziła na przemian z koloru białego w czerwony od złości. Powoli otworzyła zmoczone powieki, ale nie wierzyła samej sobie. To nie mogło się zdarzyć, prawda? Irytek właśnie nie oblał jej wodą przy Cassiusie? Na Zjeździe Absolwetnów?
— Pożałujesz tego, kmiocie — wysyczała przez zęby, bo nie mogła się ruszyć. Zszokowane obniżeniem temperatury mięśnie odmówiły jej chwilowo posłuszeństwa, mogła więc tylko ciskać gromy spojrzeniem w stronę, z której dochodził już coraz słabszy dźwięk śmiejącego się ducha. — Zapłacisz mi za to... — dodała, gdy powoli trafiało do niej to, co właściwie się stało. Fakt, że została ośmieszona w tak prostacki sposób przy Cassiusie Averym. Że straciła czujność, dała się podejść duchowi. A teraz mokre strączki jej ciemnych włosów kleiły się do twarzy, sukienka jeszcze mocniej objęła sylwetkę, uwydatniając szczegóły, które w męskich oczach mogłyby być pożądane, ale nie przystawały do powagi wydarzenia. Dłonie Manon pozostawały zaciśnięte w pięści. Knykcie pobielały od siły, z jaką zaciskała palce.
Wydawało się, że jeden nietrafiony komentarz mógł doprowadzić do jej wybuchu.

| kość zdarzenia
by the pricking of my thumbs, something wicked this way comes
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Edward Bones
Akolici
I'm only jokin', I don't believe a thing I've said
Wiek
25
Zawód
perkusista w Nocnych Nuciakach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
15
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
6
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
20
Brak karty postaci
07-01-2026, 23:32
Francesca

A on wciąż uważał, że dobrze jej było w lawendowym.
W tym tkwił jego problem - w tym, że on problemu nie widział. Przez długi czas mierzył świat swoją miarą i wychodził z założenia, że jeżeli jego coś bawi, to innych też na pewno będzie. Nie umiał pojąć, że skoro on z dumą chodziłby z zieloną twarzą, gdyby kociołek buchnął mu zmiażdżonym gumochłonem w twarz, to inni niekoniecznie podzielali jego zapędy.
Ale tak, przez lata jego dowcipy nabierały trochę ogłady, smaku i traciły ten element brutalnej prostoty, jaki osiągało się po prostu wymazaniem kogoś lub jego rzeczy czymś obrzydliwym, obślizgłym lub śmierdzącym. Z czasem był bardziej symboliczny, dyskretny i faktycznie bardziej zależało mu na rozbawieniu wszystkich w towarzystwie, a nie uprzykrzeniu komuś życia. I to zdecydowanie liczne reprymendy, dyskusje i soczyste ochrzany od Fran były jednym z głównych filarów tej zmiany. Świat na pewno był jej wdzięczny. Eddie, w każdym razie, tak.
- Ej! To akurat miało wyjść zupełnie inaczej... Skąd miałem wiedzieć, że ta kapusta faktycznie zeżre mysz Dawkinsa? Myślałem, że one jedzą tylko marchewki, tak się droczyłem tylko - zaczął się tłumaczyć, walcząc teraz już z konfetti we własnych włosach. Połączenie magicznej pomady z lepkimi drobinkami papieru działało tak dobrze, że wyjęcie tych śmieci wydawało się niemożliwe. Machnął ręką zrezygnowany i odpuścił, kierując uwagę z powrotem na przyjaciółkę. - I wiesz, to nie moja wina, że uparłaś się wyciągnąć tę mysz z paszczy kąsającej kapusty.
Tak naprawdę mógłby tłumaczyć się z każdego dowcipu, że chciał dobrze, że planował inaczej, że nie miał tego na myśli. Tylko wiedział, że nie o to chodzi. Wiedział, że zamiast tego powinien pokiwać głową i przyznać, że bywał debilem, ale to było silniejsze od niego. I wiedział też, że mimo karcącego spojrzenia, Francesca nie miała już mu tego wszystkiego za złe. Wyjaśnili to sobie lata temu. Bardzo głośno i dynamicznie, ale z owocnymi efektami długoletniej przyjaźni.
Wsłuchał się w jej odpowiedź o pracy i zamyślił trochę. Jak różne życie prowadzili, jak inne priorytety budziły ich rano i jak inne bolączki spędzały wieczorami sen z powiek. Bones uciekał od tego co ciężkie przez całe życie, a Francesca szła temu na przeciw i poświęcała siebie, by to powstrzymać. Nigdy nie wątpił w to, że jej przyszłość będzie oparta o coś ważnego.
- Taaak... - westchnął przeciągle, przenosząc wzrok na horyzont. - Jak łatwiej było, gdy najgorszymi konsekwencjami tych decyzji były szlabany i gorsze oceny. No, i może okazjonalnie złamane serce. - dodał po krutkiej pauzie, myślami na chwilę wracając do dzisiejszej wizyty w sekretnym ogrodzie i tym dziwnie nostalgicznym spotkaniu z Leonie. Oj tak, było łatwiej gdy byli wszyscy razem, gdy jeszcze nie wpadli na durne pomysły łączenia się w pary i po prostu cieszyli się sielanką murów Hogwartu. Tak inną od wojny poza nim, tak inną od dorosłości czającej się za jego progiem. Francesca wydawała się zbyt zmęczona w swoich odpowiedziach, jak na osobę tak młodą. Wiedział, że Aurorzy faktycznie często stają twarzą w twarz z tym, co w magicznym świecie najgorsze i muszą potem wrócić do domu, do siebie, do swojej głowy. Dla kogoś, kto ucieka od problemów, było to ciężkie do wyobrażenia. Parsknął tylko lekko na pytanie o złamane serca.
- Czemu wszystkim się wydaje, że perkusista ma takie branie? To nie ja hipnotyzuje te wszystkie fanki swoim anielskim głosem - odpowiedział z rozbawieniem, ale oczywiście była to tylko częściowo prawda. Wiadomo, nie mógł równać swojego powodzenia z Victorem, który zdawał się dosłownie czarować swoją osobą na koncertach, ale czasem ktoś go rozpoznawał, czasem poszczęściło mu się w pubie, czasem ktoś prosił o autograf. Wciąż było to dziwne, ale Eddie nie byłby sobą, gdyby choć trochę z tego nie korzystał. - Żeby łamać serca, musi być miłość. A w to już się nie bawię od lat. A czy aurorskie obowiązki w ogóle pozwalają na romantyczne przygody?
Wiedział, że chciała przejść do lżejszych tematów, ale sam chciał się dowiedzieć co słychać u przyjaciółki. Nie widywali się już tak często, ich tryby życia były tak różne, że często nawet list czekał na odpowiedź kilka tygodni. Brakowało mu widywania się codziennie na szkolnych korytarzach, słuchania o dramatach, które wydarzyły się na poprzedniej przerwie między zajęciami i bycia na bieżąco z wzlotami i upadkami swoich najbliższych. Teraz życie pędziło jak szalone, miał wrażenie, że wszystko jednocześnie trwa w jednej chwli, ale też okropnie dynamicznie się zmienia. Można było stracić głowę.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 10:15 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.