– Kogo przywiało do Londynu – skomentowała cicho, pozwalając sobie na lekkie potrząśniecie głową, które miało wspomóc jej zebranie się do swego zadania. Dawno go nie widziała, może mignął jej czasem wśród wspólnych znajomych, lecz było to jak muśniecie wiatru – był i zaraz go nie było.
Nie istniała zbrodnia doskonała, choć wielu próbowało wykreować warunki jej bytu. Istniały tylko niepoprawnie przeprowadzone śledztwa, źle dobrane tropy i system, który kulał przy lekkiej przebieżce. Musiały ukazać się błędy, aby doskonałość mogła dostąpić zaszczytu nastąpienia.
Spotkanie w Dziurawym Kotle było zwyczajem, świętowaniem sukcesu i pociechą po przegranej. Przyszła jako pierwsza, zajmując stolik, który można było przypisać im każdego potrzebnego wieczoru. Gdy wszyscy się zjawili, zaczęła całkiem ostentacyjnie, bezpardonową potrzebą wiedzy.
Teraz istotna był on i jego sprawa, pełna niepokojących sygnałów ułożenie liter. Sprawy zawsze miały w sobie coś okrutnego i brutalnego, przynajmniej te, którymi zajmowali się aurorzy. Była gotowa, niech jego historia zabrzmi w tym miejscu.
Następnie wszystko zadziało się niesamowicie szybko, klatka po klatce migały kolejne sceny.
Ona – drobnej postury, przerażona, przyciśnięta do ściany.
On – umięśniony i górujący wzrostem, ofensywnie narzucający swoją obecność, gotowy do ataku.
Odpuściła, nieprawdaż? Czasem w momentach słabości wysłała list, podejmowała kolejną nędzną próbę skazaną na porażkę. Może chciała przypomnieć o swoim istnieniu, a może po prostu była zbyt uparta i niepotrafiąca wyobrazić sobie świata pozbawionego Leonie Figg.
Może dlatego, że jej nie lubił? Rozpoznawała to w momentach rzadkiego aktu szczerości z jego strony, w spojrzeniu, gdy przez ułamek sekundy prawda się objawiła. Słowa były mu opoką, rzadko zdradzały, lecz nawet tutaj przez ostatnie kilka lat mogłaby znaleźć dowody jego braku sympatii.
Jakby widziała gdzieś już tą scenę, odgrywała już tą rolę. Przez mgłę, w oddali, lecz zarazem namacalnie blisko. Była w dwóch miejscach na raz – w Salisbury i w Londynie. Fizycznie ciałem znajdywała się w pokoju Oriany, ze wszystkimi wspomnieniami dzieciństwa krukonki.
– Na początku miesiąca odnaleziono zwłoki mężczyzny, który za życia powiązany był zawodowo z Millicent Fawley, spowodowało to, że wszystko ponownie nabrało tempa i odziedziczyłam tą sprawę – opowiedziała, może pośrednio tłumacząc własne niepewne odpowiedzi, gdyż w obecnym stanie nie miała już żadnej pewności.
Z łatwością dostosowała się do tego świata, gdzie magia nie miała swojego miejsca. Było tu znacznie więcej ludzi, cały świat skupiony w Notting Hill – od karaibskich wpływów po irlandzkich pracowników. Tłocznie, kolorowo i całkowicie anonimowo, mogła tu zniknąć niezauważona. W swym iście mugolskim przebraniu z koszulą w ceglastych barwach połączoną z brązową plisowaną spódnicą, wiosennym płaszczem w kolorze ziemi i przeciwsłonecznymi okularami na oczach. Nikt by nie oskarżył ją o magie w tym stroju, była jedną z nich, lecz nie tak naprawdę – tutaj również nie pasowała.
Miała niezrozumiałe wrażenie, że spogląda właśnie na scenę zbrodni.
Morderstwa, zdrady czy upadku rodzinnego miru – była pewna, że to miejsce było świadkiem wielu wzniosłych i podłych chwil. Przekroczyła próg domostwa, które kiedyś było zwyczajną, domową pieleszą Państwa Fawley. To tutaj spędzała swoje wolne chwile Millicent, można było odnaleźć jej ślady na każdym kroku.