• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Inne miejsca > Jezioro Wastwater (Cumberland)
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
10-07-2025, 22:58

Jezioro Wastwater (Cumberland)
Położone głęboko w surowej dolinie Wasdale, Wastwater to najgłębsze jezioro Anglii, otoczone stromymi zboczami i milczącymi szczytami. Woda jest ciemna, niemal czarna, lustrzana - odbija niebo niczym najlepsze zwierciadło. Często spowita mgłą, z pozoru spokojna, lecz pod taflą kryje się dziwna energia. Magiczne legendy mówią o istotach, które żyją na dnie - niegdyś czczonych, dziś zapomnianych. Kamienie przy brzegu są chłodne i idealnie gładkie, jakby wypolerowane przez upływający czas. Wiatr niesie tu tylko echo, a fale uderzają o brzeg z rytmiczną, niemal hipnotyczną regularnością. Porośnięte wrzosem zbocza przygasają w świetle poranka, a o zmierzchu całe jezioro staje się ciemną plamą w sercu doliny. Nocą nie widać tu żadnych świateł. Tylko gwiazdy. I bezkresna, głęboka cisza.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Vivienne Burke
Czarodzieje
Wiek
23
Zawód
Badaczka historii run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
7
12
15
Brak karty postaci
25-09-2025, 08:01
| 28 marca 1962

O jakże się myliłam, myśląc, że jeśli pojawię się w posiadłości rodziny Bulstrode, to uda mi się tam spotkać Bradforda. Planowałam już wizytę u niego od dłuższego czasu, a właściwie od momentu, kiedy dowiedziałam się o jego zaręczynach z moją drogą przyjaciółką i jak na złość, nie mieliśmy okazji, aby się ze sobą spotkać. A przynajmniej nie na tyle, by móc spokojnie porozmawiać. Nie miałam złych zamiarów, ot zwykła przyjacielska rozmowa. Przecież byliśmy rodziną, więc chyba nie było w tym nic dziwnego prawda? W posiadłości rodziny Bulstrode nie zostałam wypuszczona tak od razu, jak już się tam pojawiłam, to musiałam wypić odpowiednią ilość herbatki i zjeść odpowiednią ilość ciasta, a następnie porozmawiać na odpowiednie tematy związane z moim niedawnym ślubem, podróżą, wydarzeniami związanymi z wyborem nowego Ministra i wiele innych. Odetchnęłam z ulgą, gdy powiedziano mi, gdzie wyruszył dzisiaj Bradford i nawet zaoferowano, że mnie tam zabiorą. Podróż minęła szybciutko, już po chwili stałam nad brzegiem pięknego jeziora.
Pięknego, ale jakże surowego. Strome zbocza otaczały je z praktycznie każdej strony. Mieliśmy jeszcze wczesną wiosnę, więc przyroda dopiero powolutku budziła się do życia. Miałam na sobie wygodne skórzane buty, na ramionach ciepły płaszczyk, a na dłoniach rękawiczki. Było jeszcze zdecydowanie zbyt zimno, tym bardziej że dzisiejsze słońce jedynie nieśmiało wychylało się zza chmur.
Dostrzeżenie mojego kuzyna było nie lada wyzwaniem. Był magizoologiem, ale nie bardzo byłam przekonana, czego mógł tutaj szukać. Jakie magiczne stworzonka mogły żyć w takim środowisku. Może gdzieś na zboczach tych gór? Albo głęboko na dnie jeziora? Jeżeli Bradford teraz nurkował, to zdecydowanie nie miałam zamiaru zanurzyć choćby palca u stopy. Szłam więc brzegiem, rozglądając się uważnie i szukając śladów kuzyna. I prawie go minęłam, tak dobrze zlał się otoczeniem. Przez chwilę wątpiłam w to, że uda mi się go znaleźć, ale teraz zbliżałam się do niego z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Bradfordzie - zawołałam, przedzierając się pomiędzy nagimi gałęziami drzew. - Powiedziano mi, że cię tu znajdę. Mam nadzieję, że ci nie przeszkadzam... mogę podejść? Nie chcę spłoszyć jakiegoś... stworzenia.
Dla pewności wolałam zapytać. Każdy naukowiec, gdy był pogrążony swoją pracą, nie zwracał uwagi na nic innego. Ja również się na to łapałam, że gdy zagłębiałam się w historię run, wciągało mnie to na tyle mocno, że każde zakłócenie mojego spokoju, momentalnie wybijało mnie z rozmyślań, albo w drugą stronę, nie widziałam i nie słyszałam świata dookoła. Jakbym się całkowicie odcinała od wszystkiego, co mnie otacza. W przypadku mojego kuzyna była jeszcze kwestia magicznych stworzeń. Może tu były, a ja ich nie widziałam. Nie chciałam na coś nadepnąć, spłoszyć lub zezłościć. Dlatego odezwałam się wystarczająco, takie miałam wrażenie, wcześniej i zachowałam odpowiednią odległość, dopóki nie dostanę potwierdzenia, że mogę podejść. Chociaż wiedziałam, że naruszam jego spokój i przeszkadzam w pracy, to miałam nadzieję, że nie będzie miał mi tego za złe i znajdzie dla swojej kuzynki, chociaż krótką chwilę.
Przyglądałam mu się uważnie, stojąc w miejscu i czekając. Był ode mnie dużo starszy, był nawet starszy od mojego męża, ale z tego, co wiedziałam, to utrzymywali ze sobą bardzo dobry kontakt. No i niedługo moja przyjaciółka, Primrose, miała zostać jego żoną. Dzięki temu nasze rodziny zwiążą się ze sobą jeszcze silniej. Bradford był niezwykle przystojnym mężczyzną. Wysokim, bardzo dobrze zbudowanym. Jego twarz miała surowe kształty, ale ciepły uśmiech wszystko łagodził. Mógł się podobać i wiedziałam, że Primrose jest jego aparycją zdecydowanie zauroczona. Na jej miejscu chyba też bym była. Na samą myśl uśmiechnęłam się lekko pod nosem, a moje myśli podążyły do mojego męża. Zdecydowanie nie miałam na co narzekać i jeśli moja przyjaciółka będzie miała równie przystojnego męża co ja, to inne panny mogły nam tylko i wyłącznie zazdrościć. Prychnęłam cicho rozbawiona pod nosem, pokręciłam parę razy głową tak, aby pozbyć się tych myśli i utkwiłam swoje spojrzenie w kuzynie, zastanawiając się co robi i dlaczego tutaj.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Bradford Bulstrode
Czarodzieje
Wiek
35
Zawód
magizoolog, behawiorysta
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
19
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
14
16
12
Brak karty postaci
09-10-2025, 12:10
Wysunął z wewnętrznej kieszeni marynarki notes w oprawie ze smoczej skóry i przytroczony doń niewielki ołówek. Wprowadził do płuc powietrze i wypuścił je powoli, spuszczając wzrok na kartkę.

Lokalizacja: południowy brzeg jeziora, sektor 3B (przejście w stronę wrzosowisk)
Pogoda: mglista, wilgotność wysoka, wiatr umiarkowany od północnego zachodu
Bufo draconis minor z pięcioma młodymi osobnikami kierującymi się na południowy wschód, w stronę zagajnika. Temperatura powietrza: 8,6°C, gleby (na głębokości 10 cm): 14,9°C – wyraźnie powyżej średniej sezonowej.
Zachowanie dorosłego osobnika spokojne, brak reakcji obronnej. Skóra samicy suchsza niż zwykle, miejscami złuszczona – możliwy wpływ nadmiernego ciepła z podłoża.

Odgarnął z twarzy gałązkę, która uporczywie chciała podkreślić swoje niezadowolenie z obecności Bradforda. Chcąc dokonać jak najlepszych pomiarów, przedostał się między gęste krzaki i przykucnął obok większego głazu. Tweedowy zestaw z marynarką i spodniami o pojemnych kieszeniach był w jego ulubionym kroju. Ułatwiał nieskrępowane ruchy, a materiał nie darł się o wystające kolce. Najbliższe dni miał spędzić na obchodzie terenu rezerwatu, zwłaszcza okolice jeziora Wastwater i położonej nieopodal termicznej anomalii — tej samej, stworzonej przed dwoma wiekami, by ogrzewać glebę i utrzymywać stabilne środowisko dla sprowadzanych zwierząt. Wyglądało na to, że zaklęcia zaczęły się rozszczelniać.
Najpierw ją usłyszał, zanim zobaczył. Szelest liści, trzask łamanych na ziemi gałązek — nie wszyscy badacze mogli sobie pozwolić na absolutne odcięcie od otaczającego ich świata. Byli tacy, którzy chowali się w bibliotekach, zastawiając księgami, pergaminami, czy w laboratoriach z fiolkami i bulgoczącym kotłem, skutecznie ignorując wszystko inne. Praca w rezerwacie wyglądała nieco inaczej — tutaj nikt nie mógł sobie pozwolić na skupienie wyłącznie na jednej czynności, należało nadstawić uszu i mieć oczy dookoła głowy. Wystarczyło zignorować kilka drobnych sygnałów i można było skończyć bez nogi, o ile w ogóle wyszłoby się z takiej przygody żywym.
— Vivianne — przywitał ją z uśmiechem, powstając z miejsca. — Raczej niczego nie spłoszysz. Przed momentem przebiegła tędy ropucha smocza z młodymi. Dobrze, że to podmokły teren, to nie ma co się martwić pożarem. — Miał pogodny głos i równie roześmiane oczy. Nie spodziewał się gościa w tak pochmurny dzień, tym bardziej niebędącego współpracownikiem z rezerwatu. — Dziwi mnie jednak, że tak prędko się wykluły — dodał nieco ciszej, jakby mówił do siebie, by zaraz skupić wzrok na pani Burke. Otworzył na powrót notes i zapisał myśl ołówkiem. — Potrzebuję ponownie sprawdzić temperatury w tamtym rejonie i zobaczyć, czy nie zaszły jakieś zmiany w podłożu. Ropuchy nie powinny jeszcze opuszczać lęgowisk, a już tym bardziej ciągnąć w stronę chłodniejszego terenu. Zazwyczaj trzymają jaja do połowy kwietnia, gdy ziemia naprawdę przestaje oddychać zimnem — wyjaśnił, wykonując otwarty gest ręką, wskazując w kierunku przeciwnym do jeziora. Zamknął notes i przesunął dłonią po kamieniu, który był wyraźnie cieplejszy, niż powinien.
Podążył w kierunku kuzynki, by nie musiała przedzierać się przez gęstwinę krzaków i uwolnił ręce, chowając notes z powrotem do kieszeni marynarki.
— Czemu zawdzięczam tę przyjemność? — Nie przypominał sobie, by się umawiali, ale dopuszczał do świadomości, że list z propozycją mógł utknąć gdzieś na biurku bez odpowiedzi. Wyciągnął ramiona i uścisnął Vivienne na powitanie. W oczach Bradforda zawsze była dzieckiem, kuzynką, którą wciągał w zabawy podczas rodzinnych spotkań, kiedy dorośli zajmowali się tym, co dorosłe, a więc on raczył ja opowieściami o magicznych stworzeniach. Ze zdziwieniem przyjął jej zaręczyny, z większym zdumieniem tańczył na jej weselu — nie dlatego, że nie podobał mu się jej wybranek. Musiał wreszcie stanąć oko w oko z rzeczywistością i przyjąć do świadomości, że Vivi nie jest już małą dziewczynką, a dorosłą kobietą, żoną, a wkrótce pewnie i matką. — Dobrze cię widzieć.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Vivienne Burke
Czarodzieje
Wiek
23
Zawód
Badaczka historii run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
7
12
15
Brak karty postaci
22-10-2025, 15:48
Patrzyłam na Bradforda z prawdziwym zainteresowaniem. Chociaż nie znałam się specjalnie na magicznych stworzeniach, tak jego opowieści mogłam słuchać godzinami. Czy wynosiłam z nich coś więcej? Raczej nie. Niestety jeśli chodzi o zwierzęta, to wiadomości do mojej głowy wpadały i wypadały niemal od razu. Ale fascynacja Bradforda była na tyle duża i mówił z takim zapałem, że i ja na chwilę przejmowałam jego zafascynowanie, na krótką stając się prawdziwą pasjonatką tych organizmów. Chociaż nie specjalnie je lubiłam. Takie domowe zwierzęta, konie były mi bliskie. Ale wszystko co wykraczało poza pospolitą i podstawową wiedzę, było mi obce. Po opuszczeniu Hogwartu niestety większość wyparowała z mojej głowy.
- Tak, jeszcze jest dość zimno. To na pewno zbyt wcześnie dla… e.. ropuchy smoczej? - Przytaknęłam niepewna, czy nie przekręciłam przypadkiem nazwy tego stworzenia. Sama nie ruszyłam się z miejsca, pozwalając, aby to Bradford zbliżył się w moją stronę. Posłałam mu ciepły uśmiech, rozmasowując zmarznięte dłonie. - Mam nadzieję, że na pewno ci nie przeszkodziłam?
Z uśmiechem, jak za dawnych czasów, zagłębiłam się w jego ramiona witając się z kuzynem czule. Zawsze był dla mnie bardzo dobry, poświęcał mi swoją uwagę kiedy wszyscy dorośli zajmowali się swoimi sprawami. Byłam małym dzieckiem, kiedy on już zaczynał dorastać. Było między nami tak dużo lat różnicy, że kiedy ja się urodziłam, on był już drugoklasistą w Hogwarcie. Nie stało to jednak na przeszkodzie, aby od najmłodszych moich lat próbował zainteresować mnie magicznymi stworzeniami, raczył mnie opowieściami z miejsc w których bywał, czego się nauczył, co udało mu się doświadczyć. Mógł odstawić mnie na bok, stwierdzić, że jest już na tyle dorosły, że nie musi zwracać na mnie żadnej uwagi, ani tym bardziej poświęcać mi swojego czasu. A jednak nigdy tego nie zrobił. Uwielbiałam go za to. Gdy się odsunęłam, uśmiechnęłam się znowu szeroko i chwyciłam go za dłoń.
- Czy poświęcisz mi trochę swojego cennego czasu i potowarzyszysz mi podczas spaceru? - Zapytałam, w pełni szczerze ze swoimi intencjami, bo miejsce to wręcz zachęcało by się przejść chociaż kawałek. - Widziałam, że tam jest ścieżka - wskazałam ręką lekko na prawo od nas. - Tam nie będziemy przeszkadzać na pewno żadnym ropuchom smoczym, prawda?
Niespiesznie ruszyliśmy w stronę ścieżki. Starałam się ostrożnie stawiać stopy, byliśmy w rezerwacie, a ja już zdążyłam się nauczyć, że w takich miejscach nie wiadomo co siedziało pod ściółką. Gdy wyszliśmy z tych zarośli, otrzepałam się trochę z kawałków suchych patyków czy fragmentów liści, które mogły przyczepić się do mojej spódnicy. Spojrzałam na Bradforda, nic się nie zmieniło, nadal przewyższał mnie o głowę. Za każdym razem liczyłam na to, że będę sięgać mu trochę wyżej niż do ramienia. Nie ważne, czy z powodu że to ja urosłam czy to Bradford zmalał. Nic się jednak nie zmieniało. No cóż.
- Chciałam z tobą porozmawiać - zrobiłam krok do przodu, zachęcając kuzyna, aby ruszył za mną. Patrzyłam przed siebie pogodnym wzrokiem, ciesząc się świeżym i czystym powietrzem, jeszcze chwilę i przyjdzie wiosna. - Nawet nie wiesz jak się cieszę, że pojawiłeś się na moim ślubie. Bałam się trochę, że będziesz nieobecny z powodu jakiś badań w rezerwacie za granicą. Odetchnęłam z ulgą, jak dostrzegłam cię wśród gości. Muszę ci opowiedzieć gdzie byłam i co widziałam - ożywiłam się, unosząc głowę i spoglądając na kuzyna, a radosne iskierki zatańczyły w moich oczach. - Wiesz, że jechałam na wielbłądzie? Czy ty jechałeś kiedyś na wielbłądzie, Bradfordzie? Ten wielbłąd próbował wylizać Xavierowi ucho i tak wargami go skubał, Xavier miał taką minę! - Zaśmiałam się na samo wspomnienie. - Hahaha, ale nie mów mu tego, dobrze? Nadal jak mu o tym wspominam, to go wzdryga!
Uśmiechnęłam się szeroko, w końcu to ja mogłam mu opowiedzieć historię. Zawsze to Bradford był tym, który, jak już się z nim widziałam raz na dość długi okres czasu, opowiadał mi o swoich podróżach i o świecie. Kiedy ja pilnie uczyłam się w Hogwarcie, on nie próżnował. Jeździł z miejsca na miejsce, z rezerwatu do rezerwatu, gdzie chłonął wiedzę i również rozszerzał swoje umiejętności. A przy okazji także, poznawał świat. I kiedy się widzieliśmy, czy to podczas świąt czy letnich wakacji, prosiłam, aby opowiedział mi wszystko co widział, czego doświadczył, jak te miejsca wspominał. Był moją bramą na świat. Uwielbiałam go słuchać. A teraz to ja wyruszyłam w podróż, widziałam co nie co i miałam nadzieję, że zaskoczę go swoimi opowieściami.
- O, co to jest? - Zatrzymałam się nagle nad kwitnącą rośliną, kucnęłam przyglądając się jej uważnie. - W marcu kwitnie? Już?
Zaczęłam się rozglądać, szukając innych kwiatków rosnących nieopodal.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Bradford Bulstrode
Czarodzieje
Wiek
35
Zawód
magizoolog, behawiorysta
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
19
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
14
16
12
Brak karty postaci
20-12-2025, 09:22
Odwiedziny kuzynki były miłą niespodzianką. Dawno nie mieli okazji, by dłużej porozmawiać, każde prowadziło swoje dorosłe życie i zdecydowanie rzadziej trafiały się momenty spotkań. Tym bardziej doceniał wizytę Vivienne, że zjawiła się w lesie, przy tak niskich temperaturach, będąc zwolenniczką zacisza bibliotek, niż błotnistej przyrody.
— To drugi rok z rzędu, kiedy wykluwają się wcześniej. Ciepło z wnętrza ziemi działa jak sygnał. Ropuchy smocze wyczuwają je wcześniej, niż jakiekolwiek inne stworzenia i traktują podniesienie temperatury, jak zapowiedź lata — wyjaśnił na niezobowiązujące pytanie, podejmując się go z pełnią zaangażowania. Kiedy miał do czynienia z zainteresowanym (nawet wyłącznie z grzeczności), gotów był elaborować. — Jeśli anomalia się rozbudziła, musiały pomyśleć, że już pora. Nic groźnego, ale to oznacza, że magia pod Wastwater znów się poruszyła. — Wskazał ręką w kierunku, gdzie skumulowana magia utrzymywała odpowiednie dla podopiecznych rezerwatu warunki. Wzniósł wzrok na kuzynkę, lekko unosząc kącik ust. Była niepewna, acz zaciekawiona, co było wszak pierwszym krokiem ku wciągnięciu danej osoby w rozmowę o zwierzętach. Vivienne nigdy nie trzeba było ciągnąć za uszy, ani specjalnie zachęcać. Lubiła mu towarzyszyć zarówno podczas obserwacji co bezpieczniejszych stworzeń, jak i słuchać opowieści z podróży. Tym razem miało być nieco inaczej, na co Bradford chętnie przystał.
Nie spodziewał się przerwy w pracy, ani tym bardziej takiego towarzystwa podczas leśnego spaceru, lecz nie zamierzał odmawiać. Przyjął kobiecą dłoń, prowadząc ją najniższym podszyciem lasu.
— Cieszę się, że ci się podobało. Dla mnie również Egipt jest jednym z ulubionych miejsc do odwiedzin, przymykając oko na przejmujące upały — stwierdził pogodnie, bo podczas licznych podróży zarówno służbowych, co naukowych, z entuzjazmem wracał do kraju pustyń. — Jeden z przewodników uświadomił mi kiedyś, jak stary musi być świat i jak wiele wciąż nie wiemy o naszej historii. Chociażby dlatego, że już w starożytności istnieli ludzie, którzy badali przeszłość jeszcze starszą od nich samych. Słyszałem, że pierwszym archeologiem nazywa się króla Babilonii, który żył gdzieś w szóstym wieku przed naszą erą. Nie pamiętam niestety jego imienia. — Znając życie, wcale nie musiał dokańczać myśli, bo kilka prostych szczegółów musiało nasunąć pani Burke odpowiednie wnioski. Pani Burke, po raz kolejny wyszczególniło się w myślach, uświadamiając, że w istocie był obecny na jej ślubie. Doskonale się bawił zarówno ze względu na szczęście kuzynki, co własne, bo u boku młodej czarownicy, której obecność zdolna była rozwiać wszelkie burzowe chmury. — Raz wyszedł ze swoich komnat i już niezadowolony z otaczającego go świata? — podchwycił ironicznie temat obślinionego przez wielbłąda Xaviera. — Co podobało ci się najbardziej? — podpytywał, nie kierując myśli Vivienne na żaden konkretny tor, aby sama mogła zdecydować, czy bardziej fascynowała ją podróż, czy życie mężatki. To drugie było zresztą oczywiste, kiedy spoglądając na młody profil, mógł z łatwością odnaleźć nań radość.
Zatrzymał się, zapytany o kwitnącą roślinę i przykucnął obok, spoglądając na wyrastające bezpośrednio z kłączy żółte płatki.
— To imbirowiec, naturalnie występujący w Indiach i Dalekim Wschodzie, zostały sprowadzone przed laty, aby uczyć to miejsce przytulniejszym dla niektórych stworzeń, jednak o szczegóły trzeba by zapytać zielarzy przy szklarniach. — Uniósł lekko dłonie w poddańczym geście. — Ja wiem tylko, że ich zapach działa uspokajająco, kiedy tylko kwiaty otworzą się w pełni. Ubolewam, że nie jest jadalny. Łatwiej byłoby o domowe landrynki — choć mówił o jakiejś stracie, jego głos pozostawał pogodny. Ulubione słodycze oczywiście przywoził z zagranicznych podróży i otrzymywał w paczkach od dalekich przyjaciół. Kiedyś córki zapytały, czy nie wolałby, aby powstawały w ich domu, gdzie miałby ich pod dostatkiem, ale odpowiadał, że straciłyby część swego niepowtarzalnego czaru. Przeniósł wzrok na Vivienne z pogodnym uśmiechem, ciesząc się, że kuzynka zadała pytanie odnośnie jednej z nielicznych roślin, które tu znał. Generalnie rzecz ujmując flora pozostawała raczej poza obszarem zainteresowań Bradforda, lecz pojedyncze okazy, te najbardziej przyciągające oko, bo niecodzienne na terenach Anglii, wykuł na pamięć w wersji minimalnej.
— Zboczmy w tamtą stronę. Pokażę ci źródło cieplne, do którego i tak potrzebuję zajrzeć, a wierz mi, docenisz różnicę temperatur, zwłaszcza po powrocie z Egiptu — zaśmiał się, wskazując Vivienne boczne przejście. Czekało ich kilka minut spaceru w miarę łagodnym terenem i szansa na swobodne zdjęcie rękawiczek, a także możliwość zaobserwowania wygrzewających się zwierząt.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Vivienne Burke
Czarodzieje
Wiek
23
Zawód
Badaczka historii run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
7
12
15
Brak karty postaci
23-12-2025, 21:59
Nawet ja lekko przejęłam się losem tych stworzeń. Nie byłam pewna czy to dobrze, że wykluwają się tak wcześnie i chociaż Bradford mówił, że nie ma w tym nic groźnego, to myślę, że oboje bardzo dobrze zdawaliśmy sobie z tego sprawę, iż każdy organizm ma swój rytm. Przyspieszenie go nigdy nie wychodzi na dobre.
- Można coś z tym zrobić? - Zapytałam zaciekawiona. - Czy one już po prostu będą z roku na rok budzić się tak wcześnie? A co jeśli nagle przyjdzie ochłodzenie? Poradzą sobie?
Przechyliłam lekko głowę czekając na jego odpowiedź. Bradford zawsze z takim zaangażowaniem udzielał wyjaśnień na moje pytania, na tyle wciągająco, że nawet chciałam wiedzieć więcej. Chociaż wiedziałam, że jednym uchem wpadnie a drugim wypadnie. I Bradford chyba też to wiedział.
- Oh, chodzi ci o Nabonida! - Przytaknęłam szybko. - Tak, był uważany za pierwszego archeologa, finansował on wykopaliska ruin miast sumeryjskich. On jest tak interesującym władcą. Wyobrażasz sobie, że nie dość, że był archeologiem, to jeszcze dodatkowo wspaniałym budowniczym. Miał kilkanaście wielkich projektów, w tym przebudowę E-babbar w Sippar, Larsie… to takie starożytne miasta. Był też wojownikiem, w ciągu pierwszych trzech lat panowania wyprawił aż trzy wojny przeciw swoim wrogom na zachodzie. Nie patrz tak na mnie, ostatnio o nim czytałam - wywróciłam oczami, a potem zaśmiałam się lekko.
Gdy wróciłam wspomnieniami do wyjazdu robiło mi się ciepło na sercu. Wspomnienia ciągle były świeże i miło mi się o tym okresie rozmyślało. Rozmawiało również, bo była to tak fascynująca podróż, otwierająca mi oczy na tyle ciekawych zjawisk, że nie byłam w stanie tego wszystkiego przetrawić. Dlatego uważałam, że potrzebna będzie jeszcze jedna, albo pięć, tych wyjazdów.
- Nie wyglądał na niezadowolonego tak ogólnie, chyba mu się wyjazd też bardzo podobał - odpowiedziałam ciepło. - Chociaż widok był przezabawny, to Xavier chyba nie bawił się wtedy najlepiej. Nie wiem czy bym chciała, aby wielbłąd lizał mnie po uchu - wzruszyłam ramionami. - Na szczęście, to nie byłam ja - uśmiechnęłam się szeroko. - Co mi się podobało najbardziej? Ojeju, nie potrafię tak wybrać. Wszystko. Pogoda, ludzie, jedzenie, dostęp do tych wszystkich piramid, artefaktów, znajomi Xaviera załatwiali nam wejście gdzie tylko mogli… No i to była podróż poślubna, mogłam poznać swojego męża lepiej. Tak, wiesz, w codziennych sytuacjach, a nie na przyjęciach czy ustawionych wyjściach - westchnęłam.
Zaraz zainteresowała mnie pewna roślinka, chociaż Bradford znał się bardziej na zwierzętach, to okazało się, że i tutejsze rośliny również zna całkiem dobrze. Gdy podał mi nazwę tej rośliny ciche westchnięcie wydobyło się z moich ust.
- Znam tę nazwę - kiwnęłam głową. - Primrose mi kiedyś o niej mówiła, nie pamiętam w jakim kontekście. Czy pojawiła się w jej książce, którą wtedy czytała? Mówiła, że kwiaty są bardzo ładne i bardzo jej się podobał opis… to chyba musiało być w jakiejś książce. Wiesz - spojrzałam na kuzyna. - Primrose bardzo lubi czytać książki. Ale, nie tylko takie naukowe, inne również. Wstyd się przyznać, ale czyta ich więcej ode mnie…
Lekki rumieniec wpłynął na moje policzki, gdy się podnosiłam zachęcona do dalszego spaceru. Z wdzięcznością przyjęłam propozycję skręcenia w inną stronę i znalezienia się w miejscu, gdzie będzie troszkę cieplej. Nadal ciężko było mi przyzwyczaić się do Angielskich chłodów. Ruszyliśmy w tamtą stronę, chwyciłam Bradforda ponownie pod ramię i spojrzałam na niego uważnie.
- Wiesz, Primrose bardzo docenia drobne gesty, takie zwykłe, od serca - zaczęłam delikatnie, przyglądając mu się uważnie i sprawdzając reakcję. - Lubi coś, co ma osobisty charakter, jest przemyślane, ma jakąś symbolikę. Oh! Jak tu ciepło!
Chyba dotarliśmy na miejsce, bo zdecydowanie podniosła się odczuwalna temperatura. Szybko ściągnęłam rękawiczki i rozpięłam płaszczyk. W porównaniu z chłodem przed chwilą, tu było bardzo przyjemnie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Bradford Bulstrode
Czarodzieje
Wiek
35
Zawód
magizoolog, behawiorysta
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
19
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
14
16
12
Brak karty postaci
27-12-2025, 13:42
— Po to tu jestem, aby się tego dowiedzieć — odparł pogodnie. — Wszystko zależy od przyczyny zmiany. Wstępnie zakładam, że może mieć to związek z naszymi zabezpieczeniami i zaklęciami wspomagającymi, ale wolę nie strzelać w ciemno przed podjęciem zdecydowanych kroków. Jeśli mam rację, wystarczy wzmocnić magię, a jeśli nie… — urwał w połowie zdania, by wzruszyć ramionami. — To będę szukać dalej. — Ropuchy to jeden z pierwszych sygnałów, jakie wychwycił. To mógł być zwykły przypadek, nic zobowiązującego, ale do jego zadań należało zbadanie każdego z nich.
Vivienne była w swoim żywiole, nakręcając się niczym pozytywka, mogąc opowiedzieć kilka ciekawostek o antycznym władcy. Bulstrode jej nie przeszkadzał, pozwalając, by dała upust swojej pasji i wymieniała dokonania króla Nabonida.
— Przecież nic nie mówię — zaśmiał się, wznosząc ręce w obronnym geście. — Facet musiał być bardzo zajęty z tymi wszystkimi konfliktami, budowlami i jeszcze badaniem przeszłości. Wiadomo, jak długo żył? — Historyczne niuanse miały w sobie coś ciekawego i inspirującego, co pozwalało uświadomić sobie, jak wiele można w życiu zdziałać, stworzyć, czy zepsuć. Bradford wolał skupiać się na dwóch pierwszych, z ostatniego wyłącznie wyciągając wnioski.
— Polizany, to lepiej, niż pogryziony — podsunął, starając się powstrzymać śmiech i wyprzeć z wyobraźni obraz przedstawiający Xaviera z wielbłądem. — Egipt to skarbnica wiedzy oraz przygód, zwłaszcza dla badaczki historii. Planujecie dalsze wyprawy? — Bo o ileż łatwiej było trwać w codzienności, kiedy małżeństwo podróżuje razem, bez poczucia rozłąki i traconego czasu. — Nie znaliście się wcześniej z Xavierem? — Oczywiście, że się nie przyjaźnili, biorąc pod uwagę różnicę wieku, sam Burke wspominał, że ten związek nie był czymś, co od dawna planował, ale interesowało go, jak sama Viviennie widziała to małżeństwo. Nie dziwił się wielce zachwytowi kuzynki, bo Xavier, to wspaniały człowiek i dobry przyjaciel, więc i dla żony był najlepszym z możliwych. Jedyne, czego teraz chciał, to aby Primrose myślała podobnie o nim. — Czy podróż poślubna wystarczyła, byś miała pewność, że to dobry krok? — pytał już nieco subtelniej, bo przecież nie zamierzał teraz podsycać żadnych wątpliwości, a umocnić w przekonaniu, że czas pozwoli zamazać nieścisłości i zespolić to, co dotąd odległe. Z tego też powodu starał się poznać Primrose teraz, zanim staną na ślubnym kobiercu i wypowiedzą słowa przysięgi. Nie, żeby zamierzał się jeszcze wycofywać, był pewien swojej decyzji i chciał przy niej trwać, acz miał nadzieję, że dzięki temu panna Burke nie ucieknie sprzed ołtarza.
Wzniósł lekko ciemne brwi, kiedy padło imię narzeczonej, wcale się go nie spodziewając, acz mógł to przecież przewidzieć.
— Doprawdy? W jakich innych książkach się zaczytuje? — zainteresował się tonem neutralnej pogawędki, kiedy doszedł do wniosku, że wielokrotnie rozmawiał z Primrose o książkach, jednak najczęściej ich tematem pozostawała nauka oraz magia. Przyznał się jej też do sympatii z poezją, podsunął ulubionych twórców, zadeklamował parę wersów w zamian za utwór na skrzypce, lecz dyskusje o literaturze raczej leżały poza sferą głównych tematów.
Nie od razu zwrócił uwagę na zmianę tonu głosu Vivienne, dopiero po chwili wyłapując wlepione w siebie spojrzenie. Niby nienachalnie, niby niezobowiązująco, a jednak ciężar sugestii zmusił do nadgonienia myśli i ułożenia ich w odpowiedniej kolejności.
— Przemyślane i od serca, hm? — powtórzył za kuzynką, mimowolnie zastanawiając się, czy wręczył ostatnio narzeczonej jakiś prezent, który miałby jakąś symbolikę. Nie należał do osób, które zarzucają sobie przesadną opieszałość, czy brak uwagi zwracanej na szczegóły. Wychwytywał sugestie, przyjmował je niczym drogowskazy, do których mógł, ale nie musiał się stosować. Słowa pani Burke miały stanowić właśnie taką wskazówkę, zwłaszcza że ona i jej szwagierka zdawały się przyjaźnić od lat i zwierzać sobie z tajemnic. Czyżby subtelnie poruszony temat miał zwrócić uwagę Bradforda na jakieś niedopatrzenie? — Nie wiem, czy się ze mną zgodzisz, ale drobne gesty i przemyślana symbolika jednak się trochę wykluczają. Prezent w momencie większego zastanowienia, przestaje być spontanicznym podarkiem, a staje czymś… skomplikowanym — bardziej podejmował dyskusję, niż celowo się z nią sprzeczał, szukając dziury w całym. — Byłoby łatwiej, gdybyśmy operowali na przykładach — podsunął niewinnym tonem, uwalniając ramię z uścisku i wyjął różdżkę, bo w istocie dotarli do planowanego miejsca.
Gęstwina przejaśniła się, z każdym kolejnym krokiem uświadamiając, że wkroczyli na modyfikowany magią teren. Wszechogarniające ciepło rozchodziło się wokół, uświadamiając różnicę temperatur, na co Bradford przesunął palcem pod kołnierzykiem koszuli, dając sobie więcej powietrza. Nieopodal stała zbita z drewnianych desek chata, zagarnięta przez okoliczną roślinność. Można by się łudzić, że niewielkie okienko pozwalało zajrzeć do środka, lecz wewnątrz panowała ciemność, niezdradzająca wnętrza.
— To punkt wypadowy magizoologów. Przechowujemy w nim niezbędne narzędzia, jakieś zapasy — wyjaśnił, machnąwszy ręką w kierunku budynku, który choć lata świetności miał dawno za sobą, trwał pielęgnowany przez ten cały czas, po czym skierował do niego kroki i ze świstem różdżki otworzył zamek. — Nie odchodź za daleko, muszę coś sprawdzić. To potrwa tylko chwilę.
Wewnątrz chaty przywitał go znajomy zapach wilgotnej ziemi zmieszanej z kurzem. Pomieszczenie było znacznie większe, niż sprawiała wrażenie z zewnątrz. Na półkach znajdowały się różne narzędzia, zapiski i bibeloty, zostawiane tu bardziej z gapiostwa, niż w konkretnym celu. Czarodziej przesunął wzrokiem po regale, odnajdując interesujący go instrument i wyszedł na zewnątrz. Trzymany w ręce sprzęt opatrzony był kilkoma stalowymi rurkami o miedzianych spoiwach, dwoma tarczami, łudząco przypominającymi te zegarowe, oraz paroma przyciskami i trąbką. Rzucił kuzynce przelotne spojrzenie wsparte uśmiechem, jakby dawał jej przyzwolenie, by podążyła dalej za nim wgłąb zarośli. Bradford zwolnił kroku, by zatrzymać się wreszcie i ustawić mechanizm na większym kamieniu o gładkiej powierzchni, wyraźnie wskazującej na to, że stanowi on nieodłącznie prowizoryczne wsparcie badaczy. Wcisnął kombinację przycisków i nastawił trąbkę przed siebie, a wyjęty z kieszeni marynarki notatnik przewertował w poszukiwaniu konkretnej strony.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Vivienne Burke
Czarodzieje
Wiek
23
Zawód
Badaczka historii run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
7
12
15
Brak karty postaci
29-12-2025, 18:38
Nie do końca się znałam na pracy Bradforda, ale wiedziałam, że robi dobre rzeczy. Byli czarodzieje, którzy zajmowali się prawem, inni byli uzdrowicielami, jeszcze inni, tak jak ja, zajmowali się historią. Musieli być też tacy, którzy będą zajmować się magicznymi stworzeniami. I mój kuzyn był do tego stworzony. Miał odpowiednią naturę, ciepło, ale też ciekawość świata, która umożliwiała mu rozwiązywać problemy, szukać, sprawdzać. To było w nas podobne. Chociaż połowy z tego co mi tłumaczył nie rozumiałam, tak wiedziałam, że jest to ważne. I kto jak kto, ale jemu uda się rozwikłać zagadkę, dlaczego te ropuchy budzą się tak wcześnie z zimowego snu.
- Na pewno był bardzo zajęty - przytaknęłam, na wspomnienie o Nabonidzie. - Panował siedemnaście lat, po tym czasie obalił go perski król. Dużo zrobił, jak na taki okres panowania. Chociaż nie powiedziałabym, że to specjalnie krótko. Są władcy panujący ledwie kilka miesięcy, więc siedemnaście lat to całkiem dobry wynik. Biorąc pod uwagę ich średnią długość życia, prawda?
Nie było trzeba mi dużo. Krótka wzmianka o jakimś historycznym fakcie, a ja już drążyłam temat, opowiadałam i wyciągałam anegdotki wprost z rękawa. Bradfordowi udało się wpasować z pytaniem akurat wtedy, kiedy byłam na bieżąco z danym zagadnieniem. Więc o władcy Nabonidzie mogłam opowiadać dużo. Ale wróciliśmy do rozmowy o Egipcie i to na niej się teraz najbardziej skupiłam. W odpowiedzi na pytanie kiwnęłam głową.
- Tak, tak myślę. Taką mam nadzieję. Ta wyprawa nie była przypadkowa, Xavier wiedział, że to moje marzenie - odpowiedziałam ciepło. Przy kolejnych pytaniach lekko się zamyśliłam. Zmarszczyłam nosek, myśląc intensywnie i zdając sobie sprawę, że okres narzeczeństwa mieliśmy naprawdę krótki, a ja nawet nie miałam okazji, aby pozwierzać się o tym swojemu kuzynowi. - Znałam go, oczywiście. Przecież się przyjaźnię z Primrose. Ale był dla mnie jedynie jej starszym bratem, o którym słyszałam opowieści, którego listy Primrose pozwalała mi przeczytać jeszcze w Hogwarcie. Słuchałam o jego ślubie, Primrose podekscytowana wszystko mi opowiadała. Potem o jego stracie. Ale tak właściwie, to był mi całkiem obcy. Ja... ja nie mogłam mieć żadnych wątpliwości, czy to dobry krok. To za mnie zdecydowano, dobrze wiesz, że nikt mnie o zdanie nie zapytał. Moja historia była zgoła inna niż Twoja i Primrose. Ale przed ślubem mieliśmy z Xavierem wiele poważnych rozmów, padły deklaracje, obietnice, które potem tylko utrwaliliśmy przysięgą podczas ślubu - uśmiechnęłam się szeroko, spoglądając na kuzyna. - Jadąc z nim w podróż poślubną już wiedziałam, że to dobry krok. Nie musiałam się w tym utwierdzać.
Wzruszyłam lekko ramionami. Kiedy historia jego i mojej drogiej przyjaciółki była jedną wielką romantyczną historią, w którą uwielbiałam się zasłuchiwać, gdy mi panna Burke opowiadała o kolejnej wizycie narzeczonego, tak ja byłam wrzucona na głęboką wodę. Kazano przyjąć obcego mężczyznę, po stracie żony, dla którego myślałam, że będę tylko tą drugą. Nie zdawałam sobie sprawy z faktu, jak bardzo się myliłam. Zaraz jednak rozmowa przeszła na inne tory, właśnie dotyczące mojej przyjaciółki. Słysząc jego pytanie, uśmiechnęłam się lekko. Nie chciałam by przechodzili to samo co my. By stawali na ślubnym kobiercu nie wiedząc o sobie nic.
- Romantyczne - wypaliłam bez pomyślunku. Zaraz oblał mnie rumieniec, spojrzałam na Bradforda z przerażeniem. - Primrose mnie chyba zabije. Ale tak, uwielbia powieści romantyczne. Doskonale idzie po niej poznać kiedy jakąś czyta, zresztą, zorientujesz się jak poznasz dobrze swoją przyszłą żonę.
Oblewał ją wtedy rumieniec, nieznacznie wierciła się w fotelu, widać było napięcie na jej ciele, zaciśnięte uda. Myślała, że się dobrze kryje i czasami faktycznie jej się udawało, ale ja ją znałam na tyle długo i na tyle dobrze, że widziałam wszystko. Gdy Bradford już Primrose odpowiednio pozna, to wtedy też będzie potrafił rozpoznać te sygnały. A może, Primrose przestanie takie książki czytać, kiedy sama zostanie żoną?
- Nie zgodzę się z tobą - odparłam, kładąc dłonie na biodrach. - Nikt nie powiedział, że podarek musi być jednocześnie spontaniczny, drobny i przemyślany. To… to nawet nie musi być podatek. To może być gest, odpowiednie słowo, czyn w dobrym momencie. Zgarnięcie kosmyku włosów z czoła, odpowiednio dobrane kwiaty w bukiecie o kolorze i gatunkach, które Primrose lubi. Przemyślane słowo, po którym poczuje się ważna, doceniona i zauważona… naprawdę muszę ci to tłumaczyć? - Zarumieniłam się.
Całe szczęście, że dotarliśmy w końcu do tego ciepłego miejsca. Informacje o “punkcie wypadkowym” przyjęłam z delikatnym kiwnięciem głowy, ale wiadomość ta zaraz wypadła mi z głowy, ponieważ cały czas byłam pod wpływem emocji związanych z tłumaczeniem Bradfordowi oczywistych oczywistości. Zostawił mnie na chwilę, posłusznie zostałam w swoim miejscu nie ruszając się nawet o krok, ale poświęciłam ten czas na to, aby ochłonąć. I przygotować się jakoś na reakcję przyjaciółki, kiedy ta się dowie co też jej narzeczonemu nagadałam. Bradford pojawił się ponownie dość szybko, odpowiednio odczytując intencje, ruszyłam za nim. Poszliśmy w jakieś inne miejsce, dziwne. Tam był kamień, na tym kamieniu jakiś mechanizm, który mój kuzyn odpowiednio ustawił. Przyglądałam się z zaciekawieniem, przechylając głowę raz w prawo, a raz w lewo.
- Co robisz, Bradfordzie? - Zapytałam, zaglądając mu nad ręką i wpatrując się w kartki jego notatnika. - Czego szukasz?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 00:46 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.