• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Organizacja > Akta postaci > Zaakceptowane > Czarodzieje > Helena Lockhart
Helena Lockhart
Obrazek postaci
Dusza
Personalia rodziców
Ojciec nieznany, matka: Susan Lockett
Aspiracje
Stać się kimś ważnym i szanowanym, skończyć z życiem na marginesie.
Amortencja
Zapach ogniska, porannej rosy, ciastka dyniowego
Różdżka
14 cali, elastyczna, włos z ucha topka w topoli, z nieznacznym zgrubieniem na rękojeści
Hobby, pasje
Chwilowo nie ma na nie czasu (ale gdyby miała, byłby to rysunek i quidditch)
Bogin
Matka
Umysł
Data urodzenia
13 VIII 1943
Miejsce urodzenia
Liverpool, Wielka Brytania
Miejsce zamieszkania
Opuszczone mieszkanie nad burdelem "Przełyk Chimery", Londyn
Język ojczysty
język angielski
Genetyka
Czarownica
Ukończona szkoła
Hogwart, Gryffindor (ukończone 6 klas)
Zawód
Fałszerka, złodziejka
Czystość krwi
Mugolska
Status majątkowy
Żebracza sakiewka
Ciało
18
157
47
Wiek
Wzrost
Waga
Zielone
Miodowy blond
Kolor oczu
Kolor włosów
Budowa ciała
Wychudzona w wyniku niedożywienia sylwetka o wąskich, kanciastych ramionach. Nawet pomimo zaokrąglonych bioder, sylwetka przypomina bardziej chłopięcą niż dziewczęcą. Zazwyczaj jest delikatnie przygarbiona. Posiada delikatną tkankę mięśniową, charakterystyczną dla osoby w ciągłym ruchu.
Znaki szczególne
Kilka cienkich blizn na prawym przedramieniu, śladów życia na ulicy. Na środkowym palcu prawej ręki zgrubienie od trzymania pióra. Na wewnętrznej stronie lewej dłoni podłużna blizna od nożyka. Pomimo mycia rąk, często mają one słabo widoczny, niebieskawy odcień. Włosy przycięte nierówno.
Preferowany ubiór
Nosi to, co jeszcze nadaje się do noszenia. Często są to ubrania bardzo stare i niedopasowane. Niezależnie od pory roku, nosi lub ma przy sobie połatany i za duży na nią, męski płaszcz, służący za posłanie. Najczęściej widuje się ją w za dużych butach, spranych rajstopach i wypłowiałej sukience.
Zajęty wizerunek
Teagan Croft
Obrazek postaci

Pamiętam żółtą żarówkę. Wisiała nad blatem stołu, zupełnie goła, bez towarzyszek, całe swe jestestwo zawdzięczając zawodzącemu często kablowi. Jej światło nie było jednostajne, tak samo, jak jednostajna nie była cisza panująca w ich wynajmowanym pokoju ze wspólną kuchnią i łazienką na podwórku. Migotała — a ja przyglądałam się jej, bo nie chciałam patrzeć na butelkę, którą matka odłożyła niezbyt rozmyślnie na krawędzi stołu. Jej cień, ciągnący się po blacie, rozciągający się na wszystkie zakamarki ich życia, towarzyszył czasowi kolacji. Czasowi, który spędzałam nie przed talerzem z ciepłym posiłkiem, nie na rozmowie z ukochaną mamą, a na odliczaniu. Nie śmiałam się ruszyć. Odkąd pamiętam, pora posiłku wiązała się z oczekiwaniami, które zawsze pozostawały niespełnione. Nigdy nie miałyśmy wystarczająco dużo jedzenia. Nawet racjonowane porcje na kartki nie wystarczały na długo. Marne bochenki chleba, kilogram mąki, trochę świeżych warzyw — wszystko to można było przecież wymienić na alkohol, który w życiu mojej matki był ważniejszy od wszystkiego i wszystkich. 
— Czego się gapisz? — głos matki wybrzmiał nisko, z wyraźną chrypką. Nie patrzyłam na nią, wciąż skupiona na żarówce, ale ona szukała zaczepki. Czułam na sobie jej spojrzenie, intensywne, oceniające, nienawistne. Przerwała na chwilę, wzięła kolejny łyk wina z wyszczerbionego kubka. — Mówi się! — wrzasnęła wreszcie, uderzając pięścią w blat stołu. Butelka przekrzywiła się, upadła, a po blacie stołu czerwoną, lepką plamą rozlało się tanie wino. A ja siedziałam naprzeciwko niej, jak zawsze, wyprostowana i napięta, choć miałam tylko pięć lat. Wiedziałam już, że z matką nie było powodu dyskutować. Nigdy nie słuchała. Nie prosiła. Oczekiwała i żądała, jeżeli akurat miała jakiś kaprys. Gdy podniosła się nagle z miejsca, dopiero na nią spojrzałam. Zachybotała się na cienkich patykach nóg, a ja zacisnęłam mocniej palce na swoich kolanach, szykując się na uderzenie. To nie nastąpiło. Matka opadła ciężej na krzesło i nie zwracając uwagi na powstałą plamę, wlała do kubka jeszcze więcej alkoholu. — Zejdź mi z oczu, bękarcie — warknęła jeszcze, jakże czułe pozwolenie na odejście od stołu. Wtedy już wiedziałam, jak schodzić ze skrzypiącego krzesła, żeby nie wydawać dźwięku. Jak przejść ze wspólnej kuchni do ich pokoju na poddaszu i ułożyć się na sienniku. Jak próbować zasnąć płytkim snem, który może zostać zakłócony przez powracającą matkę. Ale nie musiał.
W naszej okolicy nikt się nikim nie przejmował. 
A w szczególności bękartami.



1943 - narodziny

Ojca w moim życiu nie było nigdy. Matka lała mnie za każde pytanie o niego, aż nauczyłam się o nim nie wspominać. Sądząc po sposobie, w jaki na mnie patrzy, wydaje mi się, że muszę być do niego bardzo podobna. I że to część powodu, dla którego tak bardzo nie może mnie znieść. Od samego początku wiedziałam, że zrujnowałam jej życie swoimi narodzinami. Że próbowała spędzić płód, ale bezskutecznie. Że została zmuszona do urodzenia mnie i utrzymania przy życiu, co planowała zrobić najmniejszym możliwym kosztem. Czasami wydaje mi się, że lepiej byłoby, gdyby faktycznie się mnie pozbyła. Oddała komuś. Nawet wyrzuciła do rzeki. Nawet wtedy miałabym lepsze szanse, niż tutaj, w liverpoolskiej dzielnicy biedoty, w której wszystko może być okazją, w której liczy się tylko to, aby dotrwać do wieczora, wycyckać kogo się tylko da. Gdzie warunki dyktują najsilniejsi.
A ja? Ja nigdy nie byłam najsilniejsza.
Dorośli nie zwracali na mnie uwagi, a dzieciaki nazywały bękartem. Naśmiewali się ze mnie, używając słów, których znaczenia raczej nie rozumieli. Wszyscy wiedzieliśmy jednak, że to obelga. Znamię, którego nie dało się zmyć, nieważne jak długo by się próbowało. Wykluczyło mnie ono z kręgu zabaw, choć nie zawsze przecież tak było. Gdy byliśmy mniejsi, razem zdzieraliśmy sobie kolana przy próbach jazdy na rozklekotanym, dziecięcym rowerku niewiadomego pochodzenia. Razem wspinaliśmy się na drzewo i razem skakaliśmy wprost w kałuże, brudząc już i tak niezbyt czyste ubrania. Aż pewnego dnia ktoś usłyszał rozmowę rodziców, usłyszał o bękarcie tej kurwy ze strychu. 
Gdy pierwszy raz usłyszałam inne dzieci krzyczące "uwaga, bękart!", czułam, że zamieram w bezruchu. Że robi mi się niesamowicie gorąco, że nie potrafię oddychać. Patrzyłam na moich dawnych kolegów i koleżanki, którzy odsuwali się ode mnie z wykrzywionymi twarzami, jakbym śmierdziała albo roznosiła jakieś zarazki. Ale ja byłam wciąż tą samą Helen. Helen Lockett mieszkającą na strychu i najszybciej wspinającą się na drzewo. Wciąż byłam nią — ale tylko w swoich oczach. Od czasu, gdy mój sekret wyszedł na jaw, w oczach grupki ulicznych dzieci stałam się kimś innym. Kimś, kim można było rządzić, pomiatać, kimś, kto miał stać na krawędzi tego małego społeczeństwa.



1949 - przebudzenie magii

Stałam więc z boku. Pod wilgotną ścianą naszego budynku, taką z czerwonej cegły. Obserwowałam ich, jak się cieszą, jak się bawią, bo nie miałam do roboty nic innego. W szkole próbowali uczyć mnie czytać i pisać, ale na poddaszu nie mieliśmy żadnych książek, którymi mogłabym się zająć. Pozostało mi tylko obserwować. Słuchać. Rozpoznawać pierwsze sygnały emocji, pojawienie się zmarszczki między brwiami przed wybuchem gniewu. Drobnego drżenia warg przed pierwszym pociągnięciem nosem z płaczu. Napięcia mięśni, które towarzyszyły podjęciu decyzji o rzuceniu się na przeciwnika. Czasami próbowałam dołączyć do ich zabaw, ale zawsze bez skutku. Ostatnim razem, gdy podjęłam tę próbę, jeden z chłopców splunął mi pod nogi. Potraktował gorzej od psa. W uszach dźwięczał mi zbiorowy śmiech pozostałych. Chciałam zapaść się pod ziemię. Zniknąć. Ukucnęłam z bezsilności, schowałam twarz za rękoma. Nie chciałam, żeby widzieli, że płaczę. I pewnie trwałabym tak przez dłuższy czas, gdyby nie to, że po podwórku przesunął się świst zaskoczenia. 
— Gdzie ona jest? Przecież przed chwilą tu była!
Myślałam, że to kolejny sposób, żeby sprawić mi przykrość. Że naprawdę chcieli, żebym zniknęła, a teraz udawali, że rozmyłam się w powietrzu. Ale gdy uniosłam głowę, spojrzałam w dół, na swoje ręce... Nie ujrzałam nic. Naprawdę zniknęłam. Stałam się niewidzialna. A jednak... żyłam! Wciąż widziałam, słyszałam, czułam dłonie na swojej twarzy, to, jak bije mi serce. Ba, gdy biegłam, wpadłam w kałużę, która pod moim butem rozbryzgnęła się tak samo, jak zawsze. W ucieczce zatrzymałam się dopiero na klatce schodowej, przy okienku pomiędzy piętrami. Serce zaczynało zwalniać swój szaleńczy rytm, a w miernym odbiciu w okienku widziałam powracające elementy swojego odbicia. Najpierw brunatną, połataną sukienkę, jeszcze bez noszącej. Potem przezroczystą prawie skórę, moje oczy, aż wreszcie widziałam się samą. Naprawdę stałam się niewidzialna! W tamtym momencie nie wiedziałam jeszcze, że to magia, moja własna magia próbowała mnie ochronić. 
I że już nigdy moje życie nie będzie takie samo.



1951 - pierwsze przestępstwa

Często jedyną stałą w moim życiu był głód. Matka coraz rzadziej wołała mnie nawet na wieczorne siedzenie przy butelce, a co dopiero na posiłek. Stałam się jeszcze bardziej niewidzialna niż przedtem. Nie interesowało ją, co robię, gdzie się szwendam; czasami wydawała się zaskoczona tym, że w ogóle pojawiłam się w naszym pokoju, ale nie byłam pewna, czy robiła to dlatego, bo wciąż nie trzeźwiała, czy może przez to, że liczyła, że wreszcie się ode mnie uwolni. Po szkole całe dnie spędzałam na ulicy — nie wśród dzieci, ale wśród dorosłych. Gdy żołądek zdawał się przyklejać do kręgosłupa z głodu, nie miała dokąd się zwrócić. W trakcie swoich obserwacji widziałam, jak czasem ktoś pakował do siatek więcej owoców, niż później przyznawał przy kasie. Widziała, jak momentami przechodzący po prostu zbierali ze straganu to lub owo, nie odwracając nawet wzroku, nie zmieniając tempa chodzenia. Wreszcie, postawiona przed ostatecznością, postanowiłam zrobić to samo. Weszłam do jednego ze sklepów i spacerowałam pomiędzy półkami, udając, że w zaciśniętej pięści trzyma kilka pensów. Tak naprawdę pięść była pusta, moje spojrzenie ślizgało się nerwowo pomiędzy przechodniami, pomiędzy cenami produktów, ale nikt nie zwracał na mnie szczególnej uwagi. Takie zachowanie było tutaj po prostu zwyczajne. Dzieciaki wysłane na sprawunki często musiały podejmować zbyt poważne jak na swój wiek decyzje co do tego, który produkt zakupić i za ile. Wreszcie, gdy alejka zrobiła się pusta, wcisnęłam do rękawa płaszcza tabliczkę wyrobu czekoladopodobnego. Chciałam wyjść ze sklepu spokojnie, nie zwróciłam nawet uwagi, że jakiś mężczyzna minął mnie po drodze do wyjścia. Chciałam zaszyć się w jednym z zaułków, pożreć swoją nową zdobycz, ukryć jej ślady i wrócić na ulicę jak gdyby nigdy nic. Los jednak miał co do mnie inne plany. Nim zdążyłam skręcić w odpowiednią uliczkę, poczułam, że ktoś ciągnie mnie w przeciwnym kierunku, następnie przyciska mocno do ściany.
— Całkiem nieźle, króliczku. Ale żeby rosnąć, nie możesz jeść tylko czekolady — najpierw był głos, głos mężczyzny, któremu bałam się spojrzeć w twarz. Znałam go; właściwie większość ludzi w okolicy go znała. Wyróżniał się, jako jedyny miał niepocerowane ubrania, elegancki kapelusz, a na jego nadgarstku błyszczał czasem zegarek. Dziś też go miał; świetlny zajączek uderzył mnie w oczy, gdy sięgnął do mojego rękawa i łapiąc ją w dwa palce, wyciągnął tabliczkę mojej słodkiej zdobyczy.  — Powinienem kazać ci wrócić do sklepu, ładnie przeprosić i zapłacić za zgubę — czułam, że serce zaraz wyskoczy mi z klatki piersiowej; ja powinnam teraz krzyczeć, próbować uciec, kopnąć go w piszczel, cokolwiek. Ale stałam tak, przyparta do muru, ze spojrzeniem wbitym w jego czyste buty. — Dostaniesz swoją zdobycz dziś po zmroku, zejdź do sutereny przy Edith Road 2 — dopiero wtedy mnie puścił. Nim odszedł, zdążyłam zauważyć jego uśmiech, złoty ząb, który błysnął w słońcu, gdy wychodził na główną ulicę. Co miałam zrobić innego, niż pojawić się tam wieczorem? Wciąż byłam głodna. Matka nie zwracała uwagi, czy byłam w domu, czy nie. Mogłam więc zejść do króliczej nory.
Miałam wtedy osiem lat, pół głowy mniej wzrostu od reszty moich rówieśników i pusty żołądek.
Moje życie podzieliło się wtedy na pół. Ranki i wczesne popołudnia spędzałam w szkole. Uczyłam się naprawdę dobrze, jako pierwsza z klasy zyskałam prawo do pisania piórem, choć to w zestawie z kałamarzem musiała kupić mi nasza nauczycielka. Lubiłam robić notatki, przepisywać je na kalki dla innych uczniów — dla tych, którzy jeszcze nie wiedzieli, kim byłam ja i moja matka. Później już tylko dla siebie. To w szkole podstawowej po raz pierwszy podrobiłam czyjś podpis. Podpis mojej matki pod usprawiedliwieniem pierwszej z serii nieobecności. Nauczycielka zawierzyła chwiejnym literom, doskonale znając moją domową sytuację. Nie interweniowała — to przecież tylko przynosiło dodatkowych problemów, czyż nie?
Drugą połowę dnia spędzałam w roli króliczka. Tamten mężczyzna, który zatrzymał mnie po mojej pierwszej kradzieży, faktycznie oddał mi tamtego dnia słodycze. W sutenerze przy Edith Road 2 prowadził swoje półlegalne interesy, których natury jeszcze nie rozumiałam. Dawał mi jedzenie, najczęściej bułkę lub jakiś owoc za to, że jeździłam po mieście autobusami, czasami spacerowałam, ze szkolną, obdartą torbą wypełnioną butelkami z alkoholem i szmatami, które miały chronić butelki przed rozbiciem, a mnie przed dźwiękiem ich uderzania o siebie. Roznosiłam je pod różne adresy, zbierałam opłaty i wracałam do nory. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że byłam jednym z króliczków, dzieci zbieranych z ulicy, które pełniły funkcję pośredników w handlu nielegalnym alkoholem. Dorośli byli pod większą obserwacją lokalnej jednostki policji. Dzieci nie wzbudzały podejrzeń, podobnie jak starsze kobiety, dzięki czemu unikaliśmy kontroli i ich konsekwencji. Wraz z biegiem czasu zaczęłam przenosić różne inne rzeczy. Czasami niepozorne szkatułki, czasami wyraźnie drogie kosztowności. Wiedziałam, że są z kradzieży. To, co robiłam, nazywało się paserstwem. Nie miałam z tego wiele, jeżeli pojawiały się pieniądze, były to marne sumy, ale zawsze były to pieniądze moje, których matka nie mogła przepić. Później zaczęłam kraść. W tłumie rzadko kto sprawdzał zawartość swoich kieszeni. Przeciskałam się przez zgromadzenia, sięgając tu i ówdzie. Hałas niwelował dźwięki odpinanych kieszonkowych zegarków, popchnięcie kogoś ściągało na mnie jego gniew, gdy ktoś inny z naszej bandy sięgał takiemu do kieszeni i zabierał portfel. Sposobów było wiele, każdy inny, a wreszcie moja niewielka postura i szybkość w działaniu i fakt, że gdy byłam naprawdę przerażona, dosłownie znikałam ludziom z oczu — raz stapiając się wizualnie ze ścianą zaułka, tak samo, jak niewidzialna byłam kilka lat wcześniej, innym razem zjawiając się nagle na dachu okolicznego budynku lub w jego piwnicy  — był moją olbrzymią zaletą. W międzyczasie uczono mnie otwierania zamków, ba, zabrano mnie nawet na jeden włam, bo jako dziecko mogłam łatwiej przedostać się przez okno łazienki, dostać się do środka i wpuścić pozostałych. 
Wszystko to jednak musiałam zostawić za sobą w dniu moich jedenastych urodzin.



1954 - pierwsze kroki w świecie magii

Tego dnia, gdy tylko znalazłam się na klatce schodowej swego domu, na zewnątrz czekała na mnie... Sowa. Puchata, cała brązowa, z listem w dzióbku. Podleciała do mnie, wypuściła list prosto przed moje nogi. Byłam zbyt zaskoczona, by wydać jakikolwiek dźwięk. Schyliłam się jednak po kopertę, czytając, do kogo była zaadresowana. Do mnie. Co do tego nie było wątpliwości.
"Helen Lockett, poddasze, Cedar Grove St. 3, Liverpool".
Kopertę rozerwałam szybciej, niż mogłabym o tym pomyśleć. Czytałam list z niedowierzaniem, siedząc na schodach i czując na sobie raz za razem namolne spojrzenie tamtej brązowej sowy. Szkoła Magii i Czarodziejstwa, phi, dobre sobie. Gdyby nie to, że list wyglądał na profesjonalny, od razu pomyślałabym, że to tylko marny żart. Z drugiej strony, kto byłby aż tak przejęty żartem, aby wykorzystać do tego tresowaną sowę? Skąd się w ogóle biorą takie ptaki? List wcisnęłam do kieszeni płaszcza, kopertę tak samo, a później... Cóż, później otworzyłam sowie okno, w końcu chyba powinna latać, a nie siedzieć na klatkach schodowych. A potem nie myślałam o tym liście przez cały dzień, aż do czasu, gdy wyjątkowo wróciłam do domu na noc. Równie wyjątkowo, czekała na mnie matka. 
Niespotykanie — mieliśmy gościa.
Kobieta była wysoka, ubrana trochę staromodnie, ale bardzo elegancko. W odróżnieniu od leżącej na wąskim łóżku półprzytomnej matki kobieta stała wyprostowana i patrzyła na mnie wzrokiem, którego bardzo nie lubiłam. Współczucie doskwierało mi za każdym razem, drażniło, bo zazwyczaj podszyte było pogardą. Nikt nie rozumiał, w jakiej sytuacji się znajdowałam, a niby wszyscy współczuli, choć nie robili nic. Kobieta nakazała mi usiąść przy stole, pod naszą migoczącą żarówką. Sama usiadła naprzeciwko i zaczęła opowiadać. O tym, że jak ona, jestem czarownicą. Że nadszedł czas, abym trafiła do szkoły, która pomoże mi opanować moje umiejętności. Pozwoli mi osiągnąć swój pełen potencjał. Tłumaczyła, że uczęszczanie do szkoły wiąże się z mieszkaniem w Szkocji, że będę miała zapewnioną opiekę, wyżywienie i dach nad głową. Zwłaszcza ostatnie dwa punkty sprawiły, że nieco ostrożnie, ale wychyliłam się w stronę kobiety, pytając, czy mówi naprawdę. Zamiast odpowiedzieć mi na pytanie, zaczęła opowiadać, że moje nagłe zniknięcia, pojawianie się w dziwnych miejscach, nie były przypadkowe, nie były czymś, co tylko mi się wydawało. To był objawy drzemiącej we mnie magii, która objawiała się akurat wtedy, gdy naprawdę się bałam. Że podobne sytuacje zdarzają się czasami, że magia zazwyczaj jest dziedziczna, ale czasem po prostu budzi się sama z siebie u dzieci pozornie niemagicznych. Od tego wszystkiego zaczęła boleć mnie głowa, ale... zaufałam tej kobiecie. Zapytałam się matki, głośno i wyraźnie, czy mogę uczęszczać do tej szkoły. Matka zgodziła się wyjątkowo prędko, a ja jestem pewna, że do podjęcia takiej decyzji wystarczyło tylko powiedzieć, że wreszcie pozbędzie się mnie na większość roku. 
Ta sama kobieta towarzyszyła mi, gdy pierwszy raz weszłam do świata czarodziejów. Przed wizytą na Pokątnej musiałam zdobyć skądś pieniądze na zakup szkolnych przyborów. Część z nich pochodziła oczywiście od tamtego przestępcy, który jako pierwszy nazwał mnie Króliczkiem. Większość zdobyłam, sprzedając stare podręczniki i szkolny mundurek. Nie miałam wiele — ale na matkę nie było co liczyć. Nawet zasiłek, który dostawała, od razu wydawała na alkohol. Z ciężko bijącym sercem i niewielkimi oszczędnościami udałam się więc do Banku Gringotta, gdzie wymieniono mi funty i pensy na knuty, sykle i galeony. Odruchowo trzymałam je zawsze przy sobie, w wewnętrznej kieszeni płaszcza, świadoma tego, jak łatwo było stracić nawet mniejsze pieniądze. Z zachwytem obserwowałam witryny sklepowe, w których wystawione były cuda, o jakich nigdy wcześniej nie słyszałam. Odwiedzałyśmy jeden sklep za drugim, zawsze wybierając rzeczy już używane — a jednak pierwszy raz miałam tak wiele swoich rzeczy. Trzy komplety szat szkolnych, szpiczasty kapelusz, rękawice ochronne, zimowy płaszcz, książki (niektóre ozdobione na marginesach notatkami wcześniejszych właścicieli), kociołek, najprostszy teleskop, waga. Po raz pierwszy miałam nowe, czarne buty ze skóry, pergamin, pióra i atrament na własny użytek. Oraz to, co najważniejsze. Różdżkę. Czternaście cali, z topolowego drewna i rdzeniem z włosa z ucha topka. Gdy poruszyłam ją po raz pierwszy, ta wydawała się delikatnie wygiąć w ruchu. Od razu stała się moim największym skarbem. Chciałam jeszcze kupić sowę, ale nie wystarczyło mi pieniędzy. Moja opiekunka stwierdziła, że i tak będę mogła skorzystać z jednej ze wspólnych, szkolnych sów, jeżeli będę chciała komuś przesłać list. I tak miałam już tyle, że gdy zostałam z moim kuferkiem sama, po prostu się popłakałam. Byłam tak bardzo szczęśliwa. [/p]

Gdy znalazłam się na King's Cross w Londynie, a następnie w Hogwarts Express, nie mogłam już wysiedzieć z ekscytacji. Poznawałam nowe dzieciaki, takie, które nic o mnie nie wiedziały. Nie widziały mnie brudnej na ulicach Liverpoolu, widziały mnie umytą, z przystrzyżonymi włosami, może w używanych szatach, ale nie byłam jedyna, która była tak ubrana. Wszyscy przecież byliśmy równi. Mieliśmy jedenaście, czasem dwanaście lat, pierwszą różdżkę, szaty bez domowych tarcz i kuferki ze szkolną wyprawką. Cały czas podróży spędziłam na rozmowach, do których mnie zapraszano. Śmiałam się z żartów, bo wreszcie nie były one o mnie. Jedna z dziewczyn spytała mnie, do jakiego domu chciałabym trafić. Nie potrafiłam jej odpowiedzieć. Nie byłam odważna jak Gryffindor. Nie byłam lojalna jak Hufflepuff. Najczęściej byłam zajadliwa jak wąż, ale węże zjadały króliki. Więc nie mogłam być też w Slytherinie. Pozostawał Ravenclaw. Ale tam brylowały dzieci mądre. Czy ja byłam mądra?
Według Tiary Przydziału niewystarczająco. Tylko dotknęła mojej głowy, a już wykrzyknęła swój wyrok. Wyrok, który miał wyznaczyć trajektorię moich następnych siedmiu lat. Gryffindor! Gdy przechodziłam obok stolika Ślizgonów, chcąc zająć miejsce wśród swoich, jeden z chłopców wystawił nogę, potknęłam się i upadłam. Uważaj jak leziesz, szlamo. Szlamo. A potem śmiech, który znałam już doskonale, śmiech, który nadchodził zaraz po rzuconym z rozmysłem bękart. Skąd mogli o tym wiedzieć? Pierwszy raz widziałam ich na oczy. Jakaś starsza dziewczyna pomogła mi wstać, zabrała do stołu, sycząc jakieś ostrzeżenie w stronę tamtego chłopca, który nic sobie z niego nie zrobił. Nie płakałam. Nauczyłam się już, że z nimi nie wygram.
Dopiero kilka tygodni później dowiedziałam się, że szlama oznaczała coś innego, niż bękart. Długo nie mogłam zdecydować się, którego określenia nie lubię bardziej. 



1954-1961 - Gryffindor

Hogwart dał mi niesamowitą możliwość ucieczki z Liverpoolu. Mogłam naprawdę skupić się na nauce, nie potrzebowałam pieniędzy, miałam zawsze ciepłe posiłki i miejsce do spania; znalazłam nawet kilka dziewczyn, z którymi zdążyłam się zaprzyjaźnić. Nauczyciele chwalili mnie za uwagę, jaką poświęcałam nauce. Nie byłam przesadnie rozgadanym dzieckiem, nie zgłaszałam się często, ale gdy zadawano mi pytania — odpowiadałam bezbłędnie. Często zdarzało się, że długie godziny spędzałam na przepisywaniu notatek, aby były one jak najładniejsze dla oka. Z mojej grupy to właśnie ja najwięcej czasu siedziałam nad pulpitem, niektórzy śmiali się nawet, że pióro przyrosło mi do ręki. Ale w tych słowach nie było kpiny; była tylko przyjazna obserwacja, coś, czego wcześniej nie miałam okazji doświadczyć. 
Wydaje mi się, że rodzice moich znajomych mogli myśleć, że jestem dla nich złym towarzystwem. Może mieli rację. Bo choć moje wyniki w nauce pozostawały dobre (kiedyś słyszałam, że na mugolaka były wręcz świetne), nie byłam aniołkiem. Wymykałam się nocami z dormitorium, ale nie dlatego, że lubiłam łamać reguły. Nie wiedziałam, że takie szwendanie się po nocy mogło być w ogóle postrzegane jako coś złego czy nieodpowiedniego. Moja matka nigdy nie uznawała tego za coś złego. A ja byłam po prostu ciekawa. Jak wyglądał świat czarodziejów po zmroku, czy można było zakraść się do kuchni i poprosić (Nie ukraść! Tę lekcję dały mi skrzaty tam pracujące) o jeszcze jedno dyniowe ciastko, bo okazało się, że naprawdę lubiłam dynie. Wydaje mi się, że nauczyciele też średnio wiedzieli, co ze mną zrobić. Bo zwłaszcza przez pierwszy rok po prostu zjawiałam się w bibliotece w środku nocy i nie unikałam woźnego ani prefektów. Później całe popołudnia spędzałam na przepisywaniu po sto razy zdania Już nigdy nie będę zakradać się do biblioteki w porze nocnej, a gdy już skończyłam, dopytywałam dyżurującego nauczyciela, czy mogę poćwiczyć coś jeszcze. Gdy nauczyciele zrozumieli, że kaligrafia stała się moją ulubioną i najczęściej praktykowaną sztuką, kary zamieniły się w prace porządkowe, czyszczenie pucharów w Sali Pamięci, pomoc w bibliotece i inne równie nudne czynności. Odniosły one jednak sukces — coraz częściej przesypiałam całe noce w swoim łóżku, zamiast wybierać się na kolejne wędrówki. 
Już w trakcie pierwszych lekcji latania zwróciłam na siebie uwagę swojej nauczycielki. Kobieta uważnie przyglądała się moim pierwszym lotom, ba, pochwaliła mnie nawet! Pochwały zawsze działały na mnie dobrze, dlatego jeszcze bardziej przykładałam się do lotów. Gdy po raz pierwszy wybrałam się na szkolny mecz Quidditcha byłam zachwycona tym sportem, choć nie rozumiałam z niego zupełnie nic. Ale pięknie było obserwować, jak pozostali uczniowie wykonywali trudne manewry, cieszyć się, gdy jeden czy drugi unikał kafla, gdy szukający złapał złoty znicz. Byłam wciąż za młoda aby dołączyć do drużyny, ale przynajmniej mogłam poświęcić tamten czas na naukę zasad i prawdziwe wsiąknięcie w sport.
Gdy kapitan Gryfonów ogłosił nabór na nowego obrońcę drużyny, byłam już na trzecim roku nauki i udało mi się jakimś cudem zebrać wystarczająco pieniędzy, aby móc kupić swoją własną miotłę. Nie był to oczywiście egzemplarz niezwykle szybki, na pewno nie był nowy, ale był mój. Nie miałam wielkich nadziei, że uda mi się wygrać nabór, widziałam, że moi rywale mają szybsze miotły. Ale co z tego, skoro nie potrafili tak dobrze czytać boiska i reagować w odpowiednim momencie? Udało mi się obronić wszystkie strzały celujące w bramki po mojej stronie boiska. Ostatnie lata bywania na każdym rozgrywanym w Hogwarcie meczu sprawiły, że znałam już trochę styl grania starszych zawodników w drużynie, dzięki czemu mogłam też odpowiednio zareagować. I chyba to właśnie przechyliło szalę zwycięstwa na moją korzyść sprawiając, że od tamtego momentu zostałam obrończynią drużyny Gryffindoru. Nareszcie miałam okazję brać udział w aktywności, która prawdziwie by mnie zmęczyła. Było to doskonałym sposobem aby przekierować rozpierającą mnie energię na coś przydatnego. Każde wyjście na boisko z resztą drużyny, każdy kolejny wygrany mecz... Wszystko to sprawiało, że wreszcie, pierwszy raz od dawna, czułam, że jestem częścią czegoś dobrego.


Świat magii przyjął mnie z otwartymi ramionami i zamierzałam korzystać z niego jak najwięcej. Myśl o tym, że jestem czarownicą, wydawała się początkowo głupia, zupełnie oderwana od rzeczywistości — ale oto byłam. Potrafiłam czarować naprawdę nieźle, w szczególności podobały mi się zajęcia z dziedziny transmutacji, do której — jak wydawało się — miałam naturalny talent. Zżyłam się z Hogwartem, spędzałam w zamku wszystkie święta, nawet te, gdy pozostałe dzieciaki wracały do domów. Ja robiłam to niechętnie; wracałam na okres wakacji i od razu wpadałam w to samo bagno, z którego wyszłam. Tamten porządnie ubrany czarodziej, dla którego najpierw przemycałam alkohol, teraz był pod wrażeniem moich umiejętności kaligraficznych. To on jako pierwszy nakazał mi zmienić kwotę widoczną na jednym z weksli. Wychowawcze starania nauczycieli odnosiły drobne sukcesy na drodze walki z moją moralną degeneracją. Nim sięgnęłam po drobną żyletkę, którą należało ostrożnie zdrapać wcześniejszy tusz, zadrżała mi ręka. Czy powinnam to robić? Pewnie nie. Czy miałam inne wyjście? Nie tutaj. Nie w tej sutenerze. Poprosiłam o próbki pisma człowieka, który miał wystawiać weksel. Dostałam zmiętoloną kopertę, ale na szczęście przetrwał adres; a wraz z nim kod pocztowy. Przez długi czas po prostu przesuwałam palcem po literach, z uwagą śledząc ich kształt. Czułam na karku ciężki oddech mojego zleceniodawcy. I choć ręka zadrżała mi jeszcze raz, kleks spłynął na blat stołu, nie na dokument. Dokument został opatrzony wypisaną szybko kwotą, której się domagano. W drugą rękę wciśnięto mi kilka monet. Poklepano po plecach, chyba w ramach nagrody. Później robili to jeszcze wielokrotnie. A błysk złotego zęba w uśmiechu naszego lokalnego przedsiębiorcy potrafi mi się śnić nawet dzisiaj.



1957 - śmierć matki

Śni mi się właściwie częściej niż moja matka. Matka, która uczyniła mi tę przyjemność i po prostu któregoś dnia zadławiła się własnymi rzygowinami, leżąc na wąskim łóżku na naszym poddaszu. Lubię myśleć, że jej śmierć ściągnęła ze mnie pewne brzemię, które w innym wypadku musiałabym nosić na sobie dłużej. Odcięła mnie od Liverpoolu. Od myśli o powrocie na to poddasze. Od mijania czasami zaskoczonych moim widokiem dzieciaków, którzy nigdy nie dowiedzieli się, gdzie się podziewam, co się ze mną działo. Nie wezwałam policji, nie wezwałam doktora. Nie zrobiłam rabanu. Przełknęłam kilka łez tylko dlatego, że kobieta nosząca miano mojej matki nigdy na nie nie zasługiwała. Ona nie kochała mnie — a ja w wieku czternastu lat zdecydowałam się, że też jej nie kochałam. Jakby taka deklaracja mogła cokolwiek zmienić.
Śmierć matki zmieniła jednak więcej, niż początkowo mi się wydawało. Musiałam stamtąd zniknąć. Tamto poddasze nie było już moje, skoro nie było komu płacić pieniędzy. Matkę podobno znalazł właściciel domagający się zapłaty zaległego czynszu. Nikt nie wiedział, gdzie mnie szukać. Wszyscy wiedzieli, że nie mieszkałam z nią na stałe. Nie pozostało mi po niej nic, zresztą nic bym nie chciała. Mugolscy urzędnicy nie mogli mnie namierzyć, bo zrobili to urzędnicy czarodziejscy. Nie byłam nawet pewna, czy ktoś ze świata magii w ogóle będzie dbał o to, aby ktoś formalnie sprawował nade mną opiekę. Nieświadoma tego, że zaraz mnie namierzą, zebrałam resztki marnej wypłaty od okolicznych zbirów. Ze skromnych oszczędności starczyło na bilet do Londynu. Wielkie miasto dawało cudowną możliwość zgubienia się w tłumie. Ale to nie wystarczało. Nie minął nawet jeden dzień, jeden dzień wolności, aż dwie siwiejące czarownice w długich, czarnych szatach oznajmiły, że musimy porozmawiać.
Pamiętam, że usadziły mnie na niewygodnym krześle z ciemnego drewna w pokoju, który pachniał kurzem i starymi pergaminami, w których na pewno zalęgły się już mole. Dały mi do picia gorącą herbatę i zadawały pytania. Musiały mieć dobre intencje, ale w tamtym momencie ostatnim, czego chciałam, było trafienie do bidula. Zresztą, byłam po prostu zła. Że mój wielki gigant nie wypalił. Że zadawały mi pytania, na które nie potrafiłam odpowiedzieć inaczej niż „nie wiem”. Bo naprawdę nie wiedziałam, czy matka miała jakąś rodzinę. Kim był mój ojciec. Czy jeszcze żył, czy mógł się mną zająć. Wreszcie, po godzinach spędzonych na krześle, kilku kubkach herbaty i zjedzeniu kanapki ofiarowaną przez jedną z czarownic, obie starsze kobiety zaczęły szeptać coś między sobą. A później jedna z nich wyszła z pokoju, pozostawiając drugą z zadaniem opowiedzenia mi o ich wspólnym odkryciu.
Miałam ciotkę.
Z tego, co rozumiałam, owdowiałą żonę jakiegoś kuzyna, o którym słyszałam po raz pierwszy w swoim życiu. W dodatku kobieta ta, Maud Lockett, była charłaczką. Uśmiechnęłam się krzywo na tę rewelację. Cudownie. Dwie kobiety niepasujące do świata, w którym przyszło im żyć. Świetny pomysł.
Ale decyzja zapadła dość prędko. Ciotka Maud zdecydowała się wziąć mnie do swojego domu.

Ciotka Maud nie była dobrą osobą, a ja nie byłam dobrym dzieckiem. Wymagała - a ja nie chciałam słuchać już nikogo. Jedynym moim autorytetem, choć momentami chwiejnym, pozostawała kadra nauczycielska Hogwartu. Ciotka próbowała mnie karać, musiała więc wiedzieć, że miałam problemy z trzymaniem się reguł. Trafiła jednak na niezwykle ciężki moment mojego życia, taki, w którym byłam już zupełnie pogubiona. Energii starczyło jej tylko na pierwszych kilka tygodni. Później uznała już, że nie było powodu do trzymania mnie na siłę w domu, skoro potrafiłam z niego uciec nawet przez zamknięte drzwi.
Nie mogłam nie skorzystać z okazji. Całe dnie spędzałam na szwendaniu się po czarodziejskich dzielnicach Londynu, w tamte wakacje przeszłam Pokątną wzdłuż i wszerz, wieczory i noce spędzałam, gdzie popadnie. Czasami w krzakach niedaleko drzewa mirabelkowego. Czasem pod gołym niebem. Innymi czasy udawało mi się upatrzyć okna, które nie były myte od lat, w których nie świeciło się nigdy żadne światło. Pamiętałam, jak otwierało się zamki. Włamywałam się do pustostanów, spędzałam tam noce, ale nigdy nie zostawiałam swoich rzeczy. Miałam swój plecak, zaczarowany jeszcze w szkole zaklęciem Capacius Extremis, w którym trzymałam cały swój skromny dobytek. Nauczyłam się jeszcze lepiej kłamać, grać tak zwyczajną dziewczynę, jak tylko mogłam. Nikt nie mógł dowiedzieć się, że jestem sierotą, że nikt mną się tak naprawdę nie opiekuje. Powrót do domu ciotki Maud był ostatnim, czego chciałam. Gdy wracałam, ciotka była przecież w furii. Myślała, że dalszym karaniem mnie coś wskóra. Że kolejna opuszczona kolacja, obiad, czy śniadanie coś we mnie zmienią. Że głód mnie złamie, wszak nie dawała mi nawet małych pieniędzy na kupienie sobie czegoś na mieście, a na zakupy wyprawki szkolnej szła zawsze ze mną, stara, pomarszczona wróżba tego, kim mogę się stać, jeżeli tak po prostu pogodzę się z kartami, które dawał mi los.
Wreszcie, narastający głód i brak perspektyw przybliżył mnie do ludzi spod ciemnej gwiazdy. Sama im się zaoferowałam. Na próbę podrobiłam podpis lidera niewielkiej grupy przedsiębiorców z półświatka. Później co jakiś czas wpadałam do ich nory, żeby poprzekręcać to i owo w dokumentach. Mieli nawet maszynę do pisania, starą i zacinającą się, ale jej używanie pozwoliło mi wprowadzić do mojego portfolio jeszcze inne sposoby fałszerstwa. Nie tylko podpisy, ale także wszelkiego rodzaju pisma. Pomiędzy stronicami moich notatników wciskałam urywane fragmenty wszelakich kopert, proste wezwania do zapłaty, pokwitowania wyrzucone na bruk. Dla innych mogły być to nic nieznaczące papiery — dla mnie natomiast stanowiły niezwykłe skarby. To na nich w większości ćwiczyłam sobie rękę i oko. Zapamiętywałam układy listów, kroje liter, powtarzałam je do znudzenia. Za pieniądze z fałszerstw kupowałam sobie jedzenie. Większe pieniądze załatwiałam, sprzedając od czasu do czasu skradzione przechodniom fanty u jednego z paserów. W tamte wakacje polubiłam Londyn i to, że nikt nie pytał się o to, kim jestem. Niemal wszyscy, nawet nieciekawe zbiry traktowali mnie po prostu jak jedną z nich. Wyjątkiem była oczywiście ciotka Maud, czekająca tylko na kolejny powód do awantury.



1961 - wyrzucenie z Hogwartu, powrót na ulicę

To samo można powiedzieć o części dzieciaków z Hogwartu. Szczęśliwe chwile z pełnym brzuchem i czystymi ubraniami były równie częste, co wyzwiska rzucane pod moim adresem. Rozpoczęło się od tamtego podstawienia nogi, gdy runęłam jak długa na podłogę w Wielkiej Sali i po raz pierwszy usłyszałam słowo szlama. Nienawidziłam go. Nienawidzę do tej pory. Moja matka do niczego się nie nadawała. Dała mi wszystko, co najgorsze. Dzieciństwo na ulicy, które wykrzywiło mnie na zawsze. Niepoprawne wzorce. Piętno bękarta. I brudną krew. Gdyby nie ona, mogłabym się urodzić w prawdziwie czarodziejskiej rodzinie. Nikt nie krzyczałby za mną szlama, a może nie byłabym bękartem. Samo określenie szlama było dla mnie jak policzek — oznaczało przecież, że według naprawdę sporej części szkolnej społeczności nie miałam prawa do przebywania w Hogwarcie. Tak twierdził też jeden z założycieli szkoły. Jedna z nauczycielek była zresztą świadkiem tego, jak grupka Ślizgonek pewnego razu napadła na mnie w toalecie i zniszczyła wszystkie zwoje pergaminów, które miałam akurat przy sobie. Nie chciałam im oddawać. Bałam się, że gdy będę niegrzeczna, odeślą mnie do domu. Do niecierpiącej mnie ciotki charłaczki. I wtedy ja pozostanę z ręką w nocniku, gdzieś na skraju światów. Niezupełnie mugol, niezupełnie czarodziej. Wracając do nauczycielki — chciała mnie pocieszyć. Powiedzieć, że mimo wszystko jestem czarownicą, jak ona. I że to ode mnie zależy, jakie życie wybiorę. 
Och, nie mogła się domyślać, że rada dana w dobrej wierze, gdy trafi na podatny grunt, może doprowadzić do groteskowego jej wygięcia. 
Zaczęłam się bronić. Najpierw słowami — uznałam, że skoro nie wiadomo, kto jest moim ojcem, równie dobrze mógł to być czarodziej. A w dodatku czystokrwisty, co sprawiałoby, że wcale nie jestem szlamą. Właściwie już od dawna marzyłam, aby nagle otrzymać list od kogoś, kto mówi, że jest moim ojcem i zaprasza mnie do przyjęcia swojego nazwiska, zamieszkania w jego domu z ogrodem i gosposią. Nigdy nie dostałam takiego listu, a moi oprawcy śmieli się jeszcze głośniej, wymyślali jeszcze bardziej okrutne sposoby przypomnienia mi, że znajduję się na samym dole społecznej drabiny. Wtedy zaczęłam sięgać po magię. Wyczarowałam jednej z dziewczyn ośle uszy w trakcie kolacji. Gdy inna schodziła po schodach, użyłam na nich Glisseo, a ta wywaliła się na tyłek i zsunęła się na sam dół. Każda moja odpowiedź coraz bardziej rozjuszała tamtą bandę, prowadząc nas wszystkich ku katastrofie.
Pod koniec szóstego roku nauki pomogłam jednej z moich koleżanek, podrobiłam podpis jej matki pod zgodą na wyjście do Hogsmeade. Nie wiem, jak Ślizgonka dowiedziała się o tym fakcie, ale zagroziła mi — oczywiście w asyście swoich koleżanek — że powie o wszystkim profesorom, chyba że pocałuję ją w buty i będę odrabiać wszystkie prace domowe do końca roku szkolnego, bo tylko do tego się nadaję jako szlama. Czułam, jak robię się cała czerwona, jak złość zalewa mnie kolejnymi falami, a każda z nich była większa od poprzedniej — jak mocniejsze fale śmiechu targały grupką durnych Ślizgonek. Nie wytrzymałam. Rzuciłam się na tamtą pindę. Upadła na podłogę łazienki w Pubie Pod Trzema Miotłami, ja wylądowałam na niej. Zaczęłam ją lać. Krzyczałam coś, chyba że nie jestem szlamą, ale nie pamiętam dokładnie. Pamiętam, że szarpałam się, gdy jej koleżanki próbowały nas rozdzielać. Pamiętam, że bolały mnie knykcie, że słyszałam chrzęst łamanej chrząstki, że pod paznokciami zebrała mi się jej krew, bo drapałam ją po policzkach, szarpałam za włosy i zdążyłam przetrącić nos, nim zaklęcie nie oderwało nas od siebie siłą. Zawisłam w powietrzu, wierzgałam i krzyczałam dalej. Nie zwracałam uwagi na to, że tamta płacze. Nie zwracałam uwagi na podniesiony głos profesorów, którzy zjawili się tłumnie w łazience. Wszystkie lata upokorzeń, bycia tym gorszym, gdziekolwiek się nie znalazłam, lata pogardy, braku sprawiedliwości i opieki — wszystko to wybuchło we mnie w tamtej chwili i nie zgasło chyba do tej pory.
Ojciec tamtej Ślizgonki był kimś ważnym. Byłam naprawdę przekonana, że dopnie swego i zmusi dyrektora Dumbledore do wyrzucenia mnie ze szkoły. Ale to się nie stało. Profesor Dumbledore dał mi drugą szansę, szansę na poprawę. Oczywiście kara również była - zostałam zawieszona jako gracz domowej drużyny Quidditcha. A dzięki temu pozbawiona możliwości zagrania w ostatnich, najważniejszych meczach roku, a do tego każde popołudnie spędzałam w kozie, bez grama wolnego czasu. Wtedy jeszcze nie byłam świadoma tego, jak wiele znaczyło to, że mogłam pojawić się w Hogwarcie na kolejny rok. Ludzie, którym nie dawało się drugich szans nie mieli okazji uświadomić sobie tego, że mogli wykorzystać ten czas na poprawę swojej sytuacji, na obrócenie jej o sto osiemdziesiąt stopni.

Rozpoczynałam siódmy rok nauki z myślą, że będę unikać tamtej Ślizgonki, a najlepiej wszystkich Ślizgonów, jacy pojawią się w zasięgu mojego wzroku. I naprawdę długo mi się to udawało. Tamta banda najwyraźniej poczuła się jeszcze bardziej pewnie, albo może aż tak bardzo irytowała ich moja dalsza obecność w Hogwarcie. Próbowały doprowadzić mnie do kolejnego wybuchu, ale starałam się — naprawdę się starałam! — nie zwracać na nie uwagi. Studzić ich zapał moim milczeniem. Pierwszy semestr przebiegł bez większych incydentów. Ba, poprawiłam nawet trochę swoje oceny przez to, że nie spędzałam aż tak wiele czasu na treningach Quidditcha. Przez moment nawet tliła się w mojej głowie nadzieja na naprawdę porządnie zdane egzaminy końcowe. Nie widziałam się wśród najlepszych z najlepszych, ale przecież nie byłam też najgorszą, prawda?

Naprawdę wierzyłam, że jeżeli będę się starać, w końcu odwieszą mi karę i będę mogła dołączyć do drużyny, nawet gdyby miał to być ostatni mecz w mojej szkolnej karierze. Dlatego wciąż dbałam o moją miotłę, po różdżce mój największy skarb. Gdy tylko znajdowałam ku temu sposobność, dbałam o to, aby nie zapomnieć, jak się lata. Jak wykonuje się konkretne manewry, które — jak wierzyłam — kiedyś będą mi ponownie potrzebne. Nie wiedziałam, że moje prywatne treningi miały widownię. Widownię, w której skład wchodziła tamta banda Ślizgonek.
Pewnego dnia po prostu nie mogłam znaleźć mojej miotły, choć odkładałam ją zawsze w to samo miejsce. Poczułam, jak żołądek ściska mi się z nerwów. Co mogło się z nią stać? Wtedy jednak usłyszałam znajomy śmiech, który zmroził mi krew w żyłach. Wybiegłam wprost na boisko i od razu w nos uderzył mnie zapach palonego drewna. Zatrzymałam się w miejscu, oglądając, jak dziewczyny dla zabawy podpalały witki miotły. Mojej miotły. Wiedziały, jak bardzo kochałam latać. Wiedziały, że nie będzie mnie stać na naprawę. Więc chciały po prostu zniszczyć jedną z moich ostatnich radości w tym życiu. Ledwo udało mi się wyrwać miotłę z ich rąk. Nie patrzyłam już na to, czy płaczę, czy nie. Uciekłam z miotłą do łazienki, zamknęłam się w jednej z ubikacji i przepłakałam naprawdę długo. Nie wiedziałam, ile czasu tam siedziałam, gdy drzwi otworzyły się ze szczęknięciem i usłyszałam znajomy głos tamtej Ślizgonki żegnającej się z koleżankami. Była już pora kąpieli? Musiała być. Nie ważne, ile czasu opłakiwałabym moją miotłę, zawsze byłoby zbyt krótko. Słyszałam dźwięk wody napełniającej wannę. To była moja okazja.

Doskonale wiedziałam, że tamta nie potrafi pływać. A zaskoczona była jeszcze łatwiejszym celem. Gdy ostrożnie otwierałam drzwi kabiny, dbałam o to, aby nie wywołać żadnego dźwięku. Myślałam jeszcze, że mogłabym spalić jej włosy tym samym zaklęciem, którym paliły witki mojej miotły. Ale nie byłam przecież taka, jak one. Byłam drastycznie inna. Więc drastycznie inna powinna być jej kara.
Głupia zorientowała się, że nie jest sama dopiero, gdy położyłam jej ręce na ramionach i z całych sił wcisnęłam pod powierzchnię wody. Gdy z jej wciąż otwartych ust wylatywały bąbelki powietrza nie czułam nic. Myślałam, że poczuję chociaż cień satysfakcji, ale nawet to nie nadeszło. Pozwoliłam jej wyłonić się na powierzchnię. Zaczęła kaszleć, nie mogła nabrać oddechu.
— To za nazywanie mnie szlamą.
Wcisnęłam ją ponownie. Kilka sekund. Następnie wyciągnęłam na powierzchnię. Nie dbałam o to, że sama byłam już cała mokra. Ślizgonka wierzgała się, wylewała wodę na lewo i prawo.
— To za zniszczone notatki.
Kolejne zanurzenie. Wynurzenie.
— To za Trzy Miotły.
— To za moją miotłę.
Wreszcie puściłam jej ramiona, ale za to szarpnęłam mocno za mokre nitki włosów. Palce zacisnęłam u ich nasady, dla lepszego chwytu i pociągnęłam ją do góry. Miała sine usta, ale walczyła o oddech.
— I nawet nie myśl, że twój tatuś ci pomoże. Nikomu ani słówka, albo cię zabiję — tamta pokiwała tylko głową, a ja wreszcie ją puściłam. W mojej głowie sprawa była załatwiona. Byłyśmy kwita.

Ale Ślizgonom nie można było ufać. Nie minęła nawet godzina, gdy znów siedziałam przed dyrektorem Dumbledore, który — może tylko w mojej głowie — wydawał się być szczerze zawiedziony. Nie zły. Zawiedziony. I to chyba bolało mnie najbardziej. To i że czyn, którego się dopuściłam nie przyniósł mi żadnego ukojenia. Tylko kolejne poczucie niesprawiedliwości. Bo próby utopienia nie dało się już tak prosto wytłumaczyć nagłym wybuchem emocji i afektem. Bo doświadczenie bliskie śmierci nie równało się z zadrapaniami i złamanym nosem. Nad moją głową uzgodniono, że nie zgłosi się sprawy do służb porządkowych, jeżeli zostanę wyrzucona ze szkoły.
Nienawidziłam ich wszystkich. Zawiedli mnie. Obiecali, że będą się o mnie troszczyć, a nie zrobili nic, żebym miała równe szanse. Zostałam na świecie zupełnie sama, bo przecież ciotka Maud zebrała się tylko, aby po raz kolejny wygłosić na głos jakim to ciężarem i wstydem dla niej byłam. Pozostałam więc tylko ja i moja nadzieja, że wszyscy się mylili. Że coś ze mnie będzie. Że nie byłam głupią szlamą. Zamierzałam to udowodnić.



W momencie wydalenia ze szkoły byłam już pełnoletnia. Ciotka Maud wcisnęła mi w ręce list informujący o wydaleniu ze szkoły i zamknęła drzwi przed nosem. Postawiona przed aktem dokonanym, nie powróciłam do Liverpoolu. Ze swoim plecakiem zamieszkałam w Londynie. Wsiąknęłam w świat Nokturnu tak płynnie, jakby ta parszywa aleja od zawsze była moim domem. Szkolny mundurek sprzedałam do tego samego sklepu z używanymi ubraniami, z którego go kupiłam. Za tamte pieniądze udało mi się kupić stary, męski płaszcz, który stał się moją jedyną pewnością na całym świecie. Za sprzedane fiolki i kociołek kupiłam kilka odcieni atramentu i parę różnych stalówek. Obok oddziału Sowiej Poczty na Pokątnej znalazłam wyrzuconą, wyschniętą poduszkę z tuszem. Zbierałam wyrzucone korki po winie, stare gazety, często całe dnie spędzałam w okolicy śmietników, szukając wszystkiego, co może się przydać — rachunków, zaświadczeń, prostych listów. Ćwiczyłam kroje liter na okrytej kurzem podłodze pustostanu nad Burdelem, do którego włamałam się pierwszej deszczowej nocy. Wreszcie udało mi się odnieść sukces. 
Sfałszowałam swoje własne dokumenty. Imię Helen zmieniłam na Helena, przestępcy zawsze mówili, że dobrze było wybrać coś, co było na tyle podobne do prawdziwego imienia, że odruchowo się odwrócimy. Nazwisko mojej matki, Lockett, zmieniłam na zobaczone kiedyś na cmentarzu czarodziejskim nazwisko Lockhart. A co ważniejsze, dopięłam swego. Od teraz w moich dokumentach figuruje przepiękna wzmianka, że legitymuję się statusem czarodzieja półkrwi. Na Nokturnie nikt nie wie, że to ściema. Wszyscy wiedzą, jakie mam stanowisko względem mugoli, nie kryję się z moją otwartą nienawiścią. Czarodzieje też mnie skrzywdzili, owszem — ale dali mi poczucie przynależności. Mugole z kolei myśleli tylko o sobie, o własnym zysku. Byli zepsuci do szpiku kości. Wolałam umrzeć, niż zrezygnować z magii. Wolałam umrzeć, niż wieść życie ciotki Maud.
A jednak jestem też tak samo zepsuta jak mugole — kradnę, kłamię, fałszuję. Dbam tylko o swoją skórę. Gryzę rękę, która karmi. I uciekam, wciąż uciekam. Jak króliczek, którym byłam przez lata w Liverpoolu. A może nigdy nie przestałam nim być? 

0
Pozostało PP
mind
20
Pozostało PM
4
3
0
OPCM
Uroki
Czarna magia
10
0
0
Transmutacja
Magia lecznicza
Eliksiry
7
15
15
Siła
Wytrzymałość
Szybkość
Ścieżka VIII — Historia i kultura magiczna
Historia cywilizacji
Mitologia i folklor
Ścieżka IX — Mugoloznawstwo
Historia i kultura mugoli
Mugolskie urządzenia
Ścieżka XI — Ekonomia i handel
Rozpoznawanie wartości przedmiotów dotyczących profesji postaci
Ścieżka XII — Przestępczość
Włamywanie się i otwieranie zamków
Fałszerstwo i manipulacja dowodami
Zręczne ręce i kradzież kieszonkowa
Ścieżka XIII — Szpiegostwo
Unikanie pułapek i zabezpieczeń
Skradanie się
Fałszerstwo i manipulacja dokumentami
Ścieżka XV — Przetrwanie
Przetrwanie w ekstremalnych warunkach
Ścieżka XVI — Społeczeństwo i wpływy
odczytywanie emocji i czujność
sztuka kłamstwa i oszustwa
urok osobisty
Ścieżka XVII — Artyzm i twórczość
kaligrafia
Ścieżka XVIII — Sport
quidditch
pływanie

drzewko

Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
16-03-2026, 14:00

Witamy na forum Serpens!

Mistrz Gry utworzył dla Ciebie osobisty dział, w którym została umieszczona Twoja skrytka bankowa. Udaj się do niego i opublikuj temat z sowią pocztą oraz umieść tam swój prywatny kuferek. Na start otrzymujesz też od nas skromny prezent – znajdziesz go w swoim ekwipunku.

Możesz już rozpocząć zabawę na forum! Zachęcamy, abyś sprawdził, co Ci się przyśniło, rozeznał się w aktualnych wydarzeniach oraz spytał, kto zaczyna.

Odtąd Twoje słowa, decyzje i sojusze mają znaczenie. Uważaj, komu zaufasz — wężowe języki są zdradliwe. Dobrej zabawy!

Karta zaakceptowana przez: Philippa Moss

    Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
28-03-2026, 21:14

Helena Lockhart

Ekwipunek

pozostałe przedmioty spoza automatycznego ekwipunku

darmowa sowa pocztowa

Historia rozwoju

[28.03.2026] zatwierdzenie karty postaci, +1 uroki [prezent powitalny]
    Odpowiedz
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 16:43 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.