Może była zbyt naiwna, a może po prostu postrzegała świat zupełnie inaczej od swojej przyjaciółki z dzieciństwa. Takie przypadki nie były przecież odosobnione. To, że obie wychowały się na jednej ulicy i w jednym domu w Hogwarcie nie oznaczało przecież, że zawsze będą patrzeć w tę samą stronę, że zawsze przyświecać im będzie ta sama gwiazda, czy też, że zawsze utrzymają jeden, ten sam punkt widzenia. Tam, gdzie Riven widziała niesamowity romantyzm (i to nie tak, że Lizzy była na owy romantyzm zupełnie uodporniona, wręcz przeciwnie!), tam Lizzy wyczuwała jeszcze wyraźny zapach niebezpieczeństwa. Żeglarze czy też kapitanowie nie słynęli z olbrzymiej wierności, w oczach Evans rozbijali się po okołoportowych knajpach i tawernach, bawiąc się z dziewczynami, które akurat z różnych powodów, w tym usprawiedliwionych, akurat były w humorze na zabawę. Samo przypomnienie jej własnej przygody z marynarzem, który otwarcie przyznał, że jego kochanką było morze, sprawiło, że na twarzy dziewczyny pojawiły się czerwone wypieki. Cóż, może uda jej się to zrzucić na szaleńczy bieg, który uprawiały by nie zginąć od zbyt bliskiego spotkania z olbrzymem... — Dobrze, dobrze, tylko nie tutaj — Lizzy zaśmiała się serdecznie, powstając z trawy z pomocą Riven. Od razu splotła ze sobą ich ramiona, przez moment czując się, że naprawdę wróciły do szkoły. W zamkowym wnętrzu naprawdę czuć było atmosferę bezpieczeństwa. Co jakiś czas, w przeróżnych miejscach mijanych przez nie po drodze, znajdowały suto zastawione stoły, z których Evans zabrała dwa kielichy dyniowego ponczu. W pewnym momencie to właśnie ona przejęła dowodzenie nad kierunkiem ich wyprawy, a ten, bądź co bądź, mógł być tylko jeden.
Po długiej wspinaczce zatrzymały się przed obrazem z Grubą Damą. — Bananowe naleśniki — wyszeptała ostatnie znane sobie hasło do niezmieniającej się na przestrzeni lat, bo wciąż próbującej (z marnym skutkiem) śpiewać kobiety. Ta uśmiechnęła się, ale nim zniknęła, aby odkryć za sobą przejście do pokoju wspólnego Gryfonów, wydała z siebie wysoki pisk, który chyba miał imitować wysokie partie z jakiejś opery. Lizzy nie miała pojęcia, czy w ogóle miało to coś wspólnego z muzyką.
W środku nie było nikogo. Zaskakujące, ale lepiej dla nich. W kominku strzelało znajomo drewno zajmujące się ogniem, ciepłe barwy koiły wszelkie lęki i nerwy. Lizzy najpierw odstawiła kieliszki na niewielki stolik, aby później, zupełnie bezpardonowo i w sposób nieprzystający młodej damie, ułożyć się na wpół leżąco na jednej z kanap. — Pokaż go bliżej — pozwoliła sobie wreszcie zdradzić pierwsze tony typowo dziewczęcej ekscytacji, tej podszytej radością, a nie zaskoczeniem. — Jak to się w ogóle stało, że trafiłaś do kajuty? Ten cały kapitan tak się spił w tawernie, że musiałaś go odprowadzić? — posłała przyjaciółce długie, wyraźnie prowokujące spojrzenie, lecz jej usta wygięły się w chochliczym uśmiechu. Żartowała sobie, oczywiście, że tak. Ale z drugiej strony to, co dla niej było żartem, dla Riven mogło się okazać rzeczywistością. — Czy to była bardziej... No wiesz, randka?
Feel the rain on your skin. No one else can feel it for you. Only you can let it in. No one else.
Wiek
24
Zawód
Barmanka, kochanka kapitana Fernsby
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
10
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
11
Brak karty postaci
06-03-2026, 22:28
Chociaż nasze życie zaczęło się podobnie, na jednej ulicy, to nie oznaczało, że zawsze będzie do siebie podobne. Nasz okres dorastania, to gdzie spędzałyśmy swój czas i z kim spędzałyśmy swój czas bardzo mocno nas ukształtowało. Zupełnie inaczej. I nawet nie chodziło tu o to, że Lizzy była ode mnie młodsza. Po prostu była inna, bo przeżyła zupełnie co innego niż ja. I nie można było tego podważyć. Nie bez powodu to ona poszła na kurs aurorski, kiedy ja nalewałam piwo w tawernie. Na szczęście, mimo tej różnicy, Lizzy nie odwróciła się ode mnie. Nadal była moją dobrą koleżanką, której mogłam opowiedzieć o wszystkim… no prawie wszystkim. Miałyśmy inne poglądy, ale póki nie wchodziłyśmy w rozmowy ideologiczne, to mogłyśmy się dalej przyjaźnić.
Z kieliszkiem pełnym ponczu dałam się kierować i chociaż minęły już lata, to bardzo dobrze wiedziałam gdzie się kierujemy. Przecież to niemożliwe, aby zapomnieć drogę do pokoju wspólnego Gryfonów. Drogę, którą pokonywałam niezliczoną ilość razy biegając w jedną i w drugą stronę przez całe siedem lat. Wypełniała mnie ekscytacja, w tym momencie nawet nie z powodu ploteczek, które miałyśmy między sobą wymienić, co fakt ponownego znalezienia się w pokoju wspólnym. A gdy byłyśmy już w środku, z pewną nostalgią stwierdziłam, że absolutnie nic się nie zmieniło. Te same fotele, te same półki na książki, znajome strzelanie drewna w kominku. Usiadłam na swoim ulubionym miejscu na kanapie, tuż obok rozłożonej Lizzy i wyciągnęłam nogi. A kiedy chciała zobaczyć jeszcze raz naszyjnik, pochyliłam się ku niej.
- Piękny, prawda? - Zapytałam z zachwytem.
Nigdy nie dostałam niczego takiego. Więc nie tylko o samo znaczenie tego naszyjnika chodziło, ale sam fakt z jakiego materiału był wykonany i z pewnością musiał sporo kosztować. O ile mój kapitan go kupił, bo nie wiem, mógł przecież zdobyć go też w inny sposób. W pokoju wspólnym byłyśmy same i póki co nie zapowiadało się, aby ktokolwiek tu przyszedł. Miałyśmy więc całkiem komfortową chwilę, aby ze sobą porozmawiać. A Lizzy od razu zabrała się za zadawanie odpowiednich pytań. Spojrzałam na nią, uniosłam lekko brew ku górze i zaśmiałam się ciepło.
- Oj, co to była za randka - stłumiłam śmiech wierzchem dłoni. - Pamiętasz jak ci mówiłam, że pływałam z druzgotkami? To z nim. Byliśmy też na plaży i zbieraliśmy bursztyny, potem na tańcach, a wcześniej na jego statku. Wtedy jeszcze do niczego nie doszło, ale pokazał mi statek, stałam u steru, a on wtedy szeptał mi do ucha - z rumieńcem na policzkach pochyliłam się nad przyjaciółką. - Wyobraź sobie zachód słońca, stoisz na pokładzie, w dłoniach masz ster. A za tobą stoi mężczyzna, trzyma ster nad twoimi rękami, szepcze ci do ucha opowieści o morzu…
Specjalnie ściszyłam głos, aby moja przyjaciółka mogła się wczuć. Wyobrazić sobie całą tą sytuację, moje ciało przechodziły dreszcze na samą myśl o tym co mi wtedy opowiedział. Jak brzmiał jego głos, jaki miał ton. Westchnęłam lekko i oparłam się o siedzenie, na chwilę wpatrując w strzelający ogień w kominku.
- A potem, następnego dnia, wypłynął w kolejny rejs i nie było go ponad tydzień - lekko wzruszyłam ramionami.
W dłoniach obracałam naszyjnik i przyglądałam mu się uważnie. Oglądałam go już tyle razy, z każdej możliwej strony, a wciąż szukałam w nim coś nowego. Coś, co mogłam przegapić. Prawdziwego znaczenia, jakie się pod nim kryło.
Była naprawdę wdzięczna, że w świecie często wciąż dla niej obcym istniały osoby takie jak Riven. Takie, którym naprawdę leżało na sercu to, czy Lizzy istnieje, czy wręcz przeciwnie. Może Riven nie lubiła w niej tej nadopiekuńczości, która czasami wychodziła z Evans, a była najbardziej spowodowana całym zamieszaniem z kursem aurorskim, na który dostała się młodsza z jej dwójki, ale wynikała ona przede wszystkim z tego, że zależało jej. Na Riven, na jej dobru, na tym, żeby nikt jej nie skrzywdził — a już najbardziej, żeby nie robiła tego sama. Każdy wyrywny człowiek potrzebował przecież swojego przyjaciela będącego głosem rozsądku, prawda?
Mówiono, że człowiek może wyjść z dormitorium Gryffindoru, ale że Gryffindor nie wyjdzie z człowieka nigdy. Może dlatego też tak dobrze się dogadywały? Wychylona w kierunku Riven Lizzy ostrożnie chwyciła wisiorek pomiędzy dwa palce. Obróciła go pod kątem, raz w jedną, raz w drugą stronę, obserwując z uwagą, jak odbija ciepłe błyski ognia płonącego w niedalekim kominku. Nie zauważyła nawet, że zaczęła uśmiechać się szeroko, beztrosko, zupełnie tak, jakby znów miały po tych kilka lat, a największym zmartwieniem było wrócić do domu na czas kolacji. — Piękny i kosztowny — i choć w jej głosie wciąż rozbrzmiewał przede wszystkim zachwyt, dało się dosłyszeć także coś innego, jakby powagę. Ostatecznie ostrożnie wypuściła z palców wisiorek, pozwalając mu ułożyć się naturalnie pod szyją Riven. Sama westchnęła głęboko i ponownie opadając plecami na oparcie, uśmiechnęła się szerzej. — Uważaj, żeby ci go ktoś nie zwędził — oczywiście, że potencjalne zagrożenie ze strony przestępców było tym, co pierwsze przyszło jej do głowy. No cóż, tak to jest, jeżeli przyjaźni się z przyszłym stróżem prawa... Niemniej jednak było to naprawdę dobroduszne zwrócenie uwagi. Nie chciała sobie nawet wyobrażać, co musiałoby się dziać w głowie Riven, gdyby gdzieś zapodziała błyskotkę. Jeszcze ten jej kapitan by się na nią obraził...
Wraz z rozwojem opowieści Riven na temat przebiegu randki Lizzy złapała się na tym, że zaczęła liczyć na palcach wszystkie aktywności, których się podjęli. Jeden - pływanie z druzgotkami. Dwa - zbieranie bursztynów. Trzy - tańce. Albo raczej cztery - tańce, a trzy to bycie na statku. Co za intensywność... skomentowała w myślach, zastanawiając się, czy powinna spytać się, czy to była ich pierwsza, czy kolejna randka. Ostatecznie sama przed sobą uznała, że nie miało to za bardzo znaczenia. Skoro doprowadziło Riven do... kajuty... — Gdyby nie to, że czuję palone drewno, mogłabym przysiąc, że czuję morską bryzę — stwierdziła rozbawiona, z przymkniętymi oczami, faktycznie próbując wczuć się w opowieść Riven. Ba, nawet poruszyła wymownie nadgarstkiem i dłonią, chcąc przywołać do siebie namiastki wyobrażonej bryzy. Po chwili jednak uchyliła jedną powiekę, aby spojrzeć, niemalże konspiracyjnie, z boku na Thorne. — Miałam podobnie, ale... To nie była randka. I nie byliśmy na statku, więc nie było steru. Ale była różdżka i celowanie z niej. No i nie było opowieści o morzu też. Ale był zachód słońca! — zaśmiała się na koniec, lecz przerwała niemal natychmiast, gdy do uszu doszła ją wiadomość o tym, że następnego dnia kapitan tak po prostu sobie popłynął i zostawił ją samą na tydzień. Ta wieść sprawiła, że natychmiast usiadła na kanapie wyprostowana, może za wyjątkiem jednej nogi, którą zgięła w kolanie, a stopę wcisnęła pod zgięcie kolana drugiej. — Ale wrócił? — dopytała, może głupiutko, ale w jej głosie wyraźnie brzmiało przejęcie. — I co teraz? Jesteście... No wiesz, parą?