• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Rozgrywka > Mgły czasu > Izba Pamięci > 12.02.1959 | Piękno francuskiej nocy
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
14-10-2025, 17:51

Piękno francuskiej nocy

Nikczemność jednej łzy spłynęła jak osad dawnego grzechu, zrosła się z melancholią nocy, która nie znała końca. Osamotnienie miało smak kadzidła, rozżarzonego wspomnieniem o niej — tej, która rozjaśniała mary ciemności domowej oziębłości. W powietrzu wisiała cisza, lepka od dymu i obietnic, a żar z końca papierosa jarzył się jak ostatni ślad życia w zmarzniętym ciele. Dłoń upstrzona czerwienią paznokci, sięgnęła po ostatni dech śmierdzącej nikczemności. Ten gest, tak nieznaczny, rozdarł spokój — jakby sama śmierć, znudzona swym majestatem, pozwoliła sobie na dotyk. Płomień, rozkołysany przeciągiem, zatańczył na krawędzi stołu, rzucając cienie przypominające duchy minionych rozmów. A może to była tylko pamięć — ta sama, która nie pozwalała odepchnąć myśli o stracie, o wiecznie zapętlonym pochodzie śmierci, przemykającym przez genealogie jak nieproszony wędrowiec. I choć powinna to być chwila powagi, czuła w niej groteskę. Świat trwał dalej w swej obojętnej estetyce — niczym francuska porcelana, błyszcząca w przepychu, a pusta w środku. Idealizm, tak pięknie ulepiony z pozłotki i pyłu, osiadł na krawędziach myśli. Fajka drgnęła w wargach, żar zgasł leniwie, a ona uśmiechnął się półgębkiem.
Nie miało być miejsca na smutki, na te drobne melodramaty duszy, które zwykły przeciekać przez kobiece spojrzenia, gdy noc zbyt cicho oddychała. Dzisiejszy wieczór miał mieć aromat lekkości, rozmów, w których słowa płynęły jak dobre wino — niespiesznie, nasycone ironią, śmiechem i przyjemnością bycia. Męska obecność, z całą swą ciężkością gestów i śliną pożądania, miała pozostać daleko — jak obce echo za zamkniętymi drzwiami. To był czas kobiet, wykwintny i bezwstydnie estetyczny. Paryż tego wieczoru był jak scena, na której wszystko działo się powoli, z namaszczeniem i świadomą gracją. Światło lamp rozlewało się po aksamicie, po obiciu krzeseł miękkich jak niedopowiedziane sekrety. Przesunęła się lekko, z tą elegancją, którą mają tylko kobiety wiedzące, że są obserwowane — nawet jeśli nikt już nie śmie patrzeć, zbyt śmiało. Palce wzniosły się ku powietrzu w subtelnym geście przywołania.
— Ma belle, tutaj — Ta druga — o oczach koloru dobrotliwej czekolady — odwróciła się z uśmiechem, w którym drżał cień wspomnienia. Ich znajomość, zrodzona z przypadku, a może z kaprysu losu, nie miała w sobie banalności. Obie przyciągnęły się jak bieguny, które od początku wiedziały, że w pewnym sensie są swoim odbiciem. Odmienne, acz znajdujące dziwny język wieńczący dwa przeciwstawne krańce. — Mam nadzieję, że doborem tego miejsca... Nie przyniosłam Ci zbyt wielkich problemów.
Gasząc papierosa w porcelanowej popielnicy, przeciągnęła wzrok po sali — pełnej blichtru, pełnej ciszy udającej beztroskę. Dym rozmył się leniwie w powietrzu, jak modlitwa, której nikt nie chciał już wysłuchać. Wtedy, w tamtym drobnym geście i uśmiechu wymienionym przez stół, była cała tajemnica kobiecej wspólnoty: subtelna, niewypowiedziana, niebezpiecznie piękna.
— Przepraszam, że nie udało mi się dotrzeć na ostatnie słuchanie Twojej gry — przeprosiła szczerze, zaczepiając oddalonego kelnera skinieniem głowy. Samej nie uchodziło zaczynać spędu, gdy miało się tak wspaniałe towarzystwo. — Politycy zbyt długo negocjowali pewne sprawy... Mam nadzieję, że wszelako udał się występ próbny?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Almyra Warren
Czarodzieje
Hovering like your shadow and whispering to you - I’m your light and your darkness.
Wiek
24
Zawód
Artystka, pianistka
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
5
21
Magia Lecznicza
Eliksiry
10
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
15
Brak karty postaci
14-10-2025, 20:51
Czy panienka Warren kiedykolwiek spodziewałaby się, że nawiąże tak ciepłą relację z kimś z rodu z wyżej postawionych? Kimś, kto jak tylko wypowiada swoje nazwisko, dookoła zaczyna panować cisza i nawet mysz schowana pod miotłą obawia się cokolwiek powiedzieć, zapiszczeć, dać jakikolwiek znak życia? Nie, na pewno nie. Sama nie była z nie wiadomo jak postawionej rodziny, choć nadal była czystokrwista. Jednak jakaś hierarchia w tym świecie istniała i Almyra - chociaż kojarzyła i znała Melusine jeszcze ze szkoły - nigdy nie odważyła się do niej mocniej zbliżyć. Cóż za dziwne zrządzenie losu, prawda?
Nie mniej jednak - mimo różnych powodów w życiu każdej, obydwie znalazły się we Francji. W codziennych zawirowaniach, załatwianiu swoich spraw znalazła się między nimi nić porozumienia. Nim się obejrzała, coraz częściej spotykała się z panienką Rookwood, a ich relacja robiła się trwalsza i cieplejsza. Nawet nie była świadoma tego, że - najwidoczniej - potrzebowała kogoś takiego w swoim życiu, jak Melusine. Po Hogwarcie wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Podziały w pewnym stopniu zeszły na drugi plan, zwłaszcza, jeśli nie było się wyznawcą kogoś szczególnego, tej jednej konkretnej strony. Almyra raczej była neutralna, a to jej pozwalało odnaleźć się w większości sytuacji. Najważniejsze jednak było dla niej to, że ta relacja nie była jednostronna. Nie czuła, że spotykając się z nią, Melusine robi coś przeciw sobie. A to ją tylko cieszyło. Mimo tego, że lubiła spędzać z nią czas, nie chciałaby, by ta odczuwała jakiekolwiek nieprzyjemności przez nią.
Czy spodziewała się, że spotkają się w takim miejscu? Almyra często miała wrażenie, że taki nieco bardziej elegancki świat jest poza jej zasięgiem. Rookwood zdawała się jej ten świat odrobinę udostępniać. Nie mniej jednak dziękowała za każdą możliwość spędzenia czasu ze starszą dziewczyną. Tak było również i tym razem - i nawet wybrana miejscówka jej nie odstraszyła. Wchodząc do środka, rozejrzała się dookoła i początkowo nie mogła namierzyć wzrokiem panienki Rookwood. Słysząc jednak znajomy głos, odwróciła się szybko w jego stronę. I od razu na jej twarzy pojawił się uśmiech. Podeszła do Melusine i uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
- Czemu tak mówisz? - rozejrzała się dookoła, jednak przed następną wypowiedzią nawet się nie zawahała. - Wcale, a wcale. Czasem wypada się ruszyć w takie eleganckie miejsce. - puściła dziewczynie oczki, siadając na swoim miejscu.
Pokręciła głową na jej następne słowa. Była świadoma tego, że Melusine we Francji pracowała i załatwiała naprawdę ważne sprawy. Ona, mimo pracy - zajmowała się w większości grą na fortepianie i szkoleniem innych artystycznych sfer swojego życia. I tak była jej bardzo wdzięczna, że poświęcała też czas dla jej osoby i jej zainteresowań.
- Nie przejmuj się. Następnym razem, jest jeszcze parę koncertów i otwartych prób generalnych przed nami. A tak, wszystko się udało perfekcyjnie. - przesunęła palcami na drewnie przed sobą, delikatnie pukając opuszkami palców. Tak, jakby w tym momencie miała przed sobą niewidzialną klawiaturę. Po chwili wyprostowała się i uśmiechnęła szerzej. - Wszystko się chociaż udało, jeśli chodzi o Twoich polityków? Jak się czujesz? Nie zamęczyli Cię? - nie pytała się wprost, ale interesował ją stan zdrowotny Melusine. Zarówno ten fizyczny jak psychiczny.
Fly up
Fall into the Sunkiss
I’ll embrace you fearlessly
I’ll kiss you in that red light
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
16-10-2025, 16:09
Niekiedy wątła bywała troska o samopoczucie tych, których zapraszała w granice swego świata — czy to dla zadośćuczynienia przyzwoitemu rytuałowi spotkania, czy dla cichej uciechy z obserwacji ludzkich grymasów. Zazwyczaj bowiem szukała w nich nie towarzystwa, lecz odbicia własnych myśli, odbitego echa samotności, które zdolne było brzmieć harmonijnie z jej własnym tonem istnienia. A jednak dziś zdawało się, iż czyniła to nieco inaczej — jakby w jej gestach kryło się coś więcej niż kurtuazja, jakby cień utraconego ciepła znalazł chwilowy substytut w obecności tej młodszej, tak dziwnie nieskażonej kobiety. Miejsce dobrano z subtelnością właściwą jej naturze — pośród przygaszonych lampionów i ciężkich aksamitów, gdzie dym papierosowy leniwie snuł się ku sufitowi, a mężczyźni, choć obecni, zdawali się nie mieć odwagi przekroczyć ich niewidzialnego kręgu. Dźwięki muzyki snuły się powoli, w półcieniu, nie dominując, a jedynie muskając przestrzeń delikatną melodią fortepianu, jakby świat na chwilę pozwolił im odetchnąć bez niepokoju.
— Uczę się na błędach i stara się dbać o dobre samopoczucie towarzystwa — Wsłuchiwała się więc — naprawdę, całym sobą — w głos swej towarzyszki, miękki i lekki niczym powiew letniego poranka, jeszcze nieświadomy ciężaru rozczarowań, jakim przesiąkają starsze dusze. — Chodź głównie w takich spędzam czas, gdy trzeba zgrywać damę i robić za ozdobnik — Była w tym głosie niewinność i drapieżność zarazem, jak w winie, które kusi pierwszym łykiem, a potem zostawia w ustach gorycz przyjemności. Pozwalała mu trwać, oplatać zmysły, uciszać te myśli, które zwykle szarpały ją w nocnym bezsensie. — Dziękuję za pełne zrozumienie, moja piękna.
Może właśnie o to chodziło — nie o zapomnienie, lecz o chwilową ułudę spokoju, o miękki dotyk rozmowy, który koił skuteczniej niż jakikolwiek balsam. Bo gdy patrzyła w jej stronę, w tę niewymuszoną młodość, w ten niewinny błysk w oczach, miała wrażenie, że na moment przestała istnieć strata, a zaczęło coś, co mogłoby nią nie być.
— Serce mnie boli, że pominęłam tak piękny twór spod Twoich dłoni. Acz przyjdę nieoczekiwanie — szepnęła zwyczajowo, i chociaż sama niezbyt potrafiła grać. Faktycznie wcale, co wybić kilka klawiszy szeregowo, by wygrać melodię matki. Muzyka dziwnie potrafiła koić, chociaż nie rozumiała jej tworzenia. Emocjonalność upatrywana między łączeniami sekwencji instrumentów potrafiły wygrać cudowną historię dla myśli. — Pewnie jesteś muzą dla wielu, którzy podglądają próby z zapartym tchem. Wręcz im… zazdroszczę.
Właściwie czego mogłyby się napić, jeśli nie tego, co zdołało pogładzić język słodyczą i przyćmić świadomość rzeczy o kilka tonów lżejszą? Kelner uroczy w swej miękkiej manierze, zdawał się ucieleśnieniem francuskiej gracji — słówka toczyły mu się z ust niczym perły, a spojrzenie miał z tych, co każą zapomnieć, że świat za murami kawiarni jeszcze istnieje. Czas zwolnił — czy może raczej wpadł w rytm powolnego krążenia winnego płynu w kryształowych kieliszkach, gdy z uśmiechem ledwie dostrzegalnym, nieco kąśliwym, zamówiła najlepsze słodkie wino z karty.
— Prócz nurtujących spraw, które od miesięcy nie zostały w pełni rozwiązane… Do przeżycia, każda strona zaciekle walczy o swoje. Cóż mogę rzec, wszelako notuję i zdobywam dobre informacje — wzruszyła ramionami dla podkreślenia faktu, że czasem jedynie notowała. Lecz przez milczenie i doglądanie wymian słownych, człowiek zdołał uczyć się więcej. — Diabli złego nie biorą, przeżyję… Gorsze rzeczy czekają mnie w domu, acz… Nie jest to spotkanie, by mówić o smutkach.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Almyra Warren
Czarodzieje
Hovering like your shadow and whispering to you - I’m your light and your darkness.
Wiek
24
Zawód
Artystka, pianistka
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
5
21
Magia Lecznicza
Eliksiry
10
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
15
Brak karty postaci
02-11-2025, 21:17
Spędzając czas we Francji, Almyra raczej nie pojawiała się za często na salonach. Spędzała czas raczej spokojnie, dbając o dobre imię - ale też nie przesadzając w drugą stronę. Prawie cały czas poświęcała grze na fortepianie, spędzaniu czasu na Akademii, ćwiczeniu nawet do późna. Bywały dni, kiedy wychodziła rano na Akademię i wracała późnym wieczorem. Momentami nawet nie miała czasu cokolwiek sensownego zjeść. Oczywiście bywały też dni spokojniejsza, ale tak naprawdę najlepiej odpoczywała, gdy była z kimś, na spotkaniach towarzyskich. A Melusine potrafiła ją oderwać od wszystkiego, zwłaszcza od tych złych rzeczy. Cieszyła się, że ją ma. Że jest ktoś, kto może jej pomóc, wyciągnąć do niej dłoń czy chociaż pomóc jej się zrelaksować po cięższym dniu.
- Takie miejsca, odwiedzane raz na jakiś czas, są jeszcze piękniejsze. Podziwiam Cię, nie mogłabym działać tak, jak Ty. Myślę, że Ty nie zgrywasz damy, tylko naprawdę nią jesteś. - uśmiechnęła się delikatnie, wbijając spojrzenie w swoją towarzyszkę. Naprawdę ją tak widziała - jak piękną, mądrą kobietę, ale również przepełnioną siłą. Nie była pewna, czy ona by tak potrafiła mówiąc szczerze. Z drugiej strony... Nie była pewna, czy nie jest to też w pewnym stopniu kwestia wychowania, rodziny. Nie wiedziała wiele o swoich rodzicach, ale chyba nie bywali na salonach, nie byli jedną z rodzin ze śmietanki Anglii, czy całego światka czarodziejów. Ale mówiąc tak całkowicie szczerze? Nie narzekała, że była "tylko" z rodziny Warren.
Zaśmiała się w duchu na jej następne słowa, pokazując jedynie szerszy i nieco zawstydzony jednocześnie uśmiech na swojej twarzy. Nie mogła powiedzieć, że była czyjąś muzą. A może nie była na to gotowa? Albo świadoma czegoś takiego? Bo może faktycznie ktoś tam ją tak nazywał, tylko ona jak zwykle chowała się w swoim własnym cieniu?
- Nie przesadzajmy, dobrze? - zapytała spokojnie, uśmiechając się jeszcze bardziej zawstydzona słowami Melusine. - Będę na Ciebie czekać. Jeszcze sporo przed Tobą moich koncertów. Myślę, że może i nawet w Londynie udałoby Ci się wpaść na jakiś? - cóż, nie oszukujmy się, ona zamierzała dalej kierować swoją muzyczną karierą. Chciała w końcu być jedną z najlepszych pianistek. Chciała nauczyć się przekazywać jeszcze więcej emocji za pomocą gry. I mówiąc całkowicie szczerze, do tego dążyła. To było jej celem.
- Może spróbujmy się dzisiaj zająć czymś pozytywnym? Czymś, co mogłoby odciąć nas od negatywnych rzeczy i wydarzeń? - co prawda w tym momencie nie działo się u niej źle, chociaż, gdy była sama w wynajmowanych mieszkaniu, dopadały ją chwile samotności. I melancholii. Nie mogła być sama ze sobą na dłuższą metę, bo inaczej by zwariowała...
Fly up
Fall into the Sunkiss
I’ll embrace you fearlessly
I’ll kiss you in that red light
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
09-11-2025, 14:45
Tak bardzo, że samo słowo wdzięczność zdawało się za kruche, zbyt wątłe, by unieść ciężar emocji spływających po sercu niczym ciepły, słodki wosk świecy. Bo jakże nazwać tę nić, co tkała ich istnienia w jedno ― raz przez ton, raz przez spojrzenie, raz przez milczenie, które drgało jak akord niewypowiedzianego. Bez niej świat jawił się mgłą i pustką; w niej zaś pulsował rytm, jakby sam oddech istnienia zyskał znowu melodię. Zasiadała przy fortepianie z taką delikatnością, jakby dotykając duszy wszechrzeczy. I gdy jej palce ślizgały się po klawiszach, świat przestawał się chwiać. Dźwięki oplatały przestrzeń, wnikały pod skórę, koiły każdy rozedrgany nerw, a ona ― stojąca obok ― chłonęła to wszystko niczym spragniona życia gleba.
Cóż by więc uczyniła bez niej? Utonęłaby zapewne w lodowatej pustce obowiązków i powinności, w których człowiek traci samego siebie, zstępując w bezimienność. A tak ― dzięki niej, tej jednej, o dłoniach stworzenia i spojrzeniu anioła wraz ze słodyczą w źrenicach ― mogła jeszcze wierzyć, że sens istnienia tkwi w drżeniu dźwięku, w pochyleniu dłoni nad instrumentem, w poezji gestu. Tak, była jej ocaleniem. Tchnieniem, które powstrzymało zapadnięcie się w ciemność. I w myśli, gdzieś pomiędzy rytmem serca a cichym dźwiękiem klawisza, brzmiało jedno słowo ― bezgłośne, lecz nieuniknione: dziękuję.
― Podróżowałam z rodziną, odkąd sięgam pamięcią ― Bywało, że każde jej słowo zdawało się dźwięczeć echem odległych komnat, w których niegdyś zamieszkiwała wraz z rodziną, snując się od kraju do kraju w rytmie dyplomatycznych powinności ojca. Wspomnienia pachniały zmieszaniem atramentu i kurzego puchu, zbyt licznych pakunków i niedomkniętych walizek, w których zawsze pozostawał ślad niezałatwionej rozmowy lub cichego pożegnania. Nie tęskniła za tym w sposób oczywisty ― raczej traktowała to jak twarde dłuto, które wykuło w niej potrzebę ruchu, instynkt dryfowania między światem przyziemnym a tym utkanym z pozorów. ― Reszta rodzeństwa kaprysiła, a mnie urzekło piękno kobiet, gustowne suknie i oprawa muzyczna. Niedola przemieniła się w czystą radość. ― uśmiechnęła się blado na wspomnienie kapryśnych chwil i kłótni matuli z najmłodszą latoroślą, gdzie nie zamierzała przywdziać okropnej kiecki. Tym bardziej, gdy trzeba było ujarzmić jej włosy, Mon Dieu... Zawsze było głośno, gdy ojciec nie kroczył nagle przez drzwi z chłodną manierą. ― Mon ange, zawsze będę śledzić Twą karierę.
Zawiał wiatr nonszalancji, gdy jego sylwetka wślizgnęła się w ramy pomieszczenia niczym nuta przypadkiem wkraczająca w dobrze znaną melodię. Zbyt gładki uśmiech, zbyt pewne spojrzenie ― jakby całe powietrze wokół nagle zadrżało w poczuciu, że ktoś właśnie przestawił akcent sceny. Jedynie uniosła spojrzenie znad subtelnie trzymanego kieliszka, poczuła wewnętrzny dysonans: ten, co drażni i intryguje zarazem.
― Madame Rookwood, quelle réunion ― Jego francuska manieryczność była wręcz wystudiowana ― miękkość gestów i ton, w którym każde słowo brzmiało jak połyskujący aksamit. Niósł ze sobą zapach podróży, woń pergaminu i morskiej soli, ten trudny do opisania aromat świata spoza granic codzienności. I tak stał, z półuśmiechem jakby namaszczonym pychą młodości, a jednocześnie z tą przedziwną aurą kogoś, kto wszystko postrzega w barwach dźwięku i metafory. Oprawioną dłoń w długą czerń rękawiczki, podała to oficjalnego powitania, zerkając z czułością na pannę Warren. No więc... Al dzisiaj pozna piękno spotkań. ― Et...?
― Garbielu, poznaj mą najdroższą przyjaciółkę, pannę Warren ― rzuciła z uśmiechem półżartobliwym, półpobłażliwym, przechylając głowę, jakby smakowała brzmienie tego słowa. ― Al, poznaj Monsieur Baudelaire, od niedawno już nie stażysta, acz dumny łącznik tutejszego ministerstwa w Niemczech.
Czas zdawał się drgnąć w subtelnym zwolnieniu, gdy opuściła powieki w krótkim, lecz znamiennym westchnieniu, niczym artystka kontemplująca niedoskonałość cudzego gestu. Wsparcie policzka na dłoni zdawało się drobiazgiem, lecz skrywało w sobie niemy sąd ― zabarwiony delikatną pobłażliwością, a może cichym rozbawieniem. Francuzik, w swej manierze aż zbyt wystudiowanej, odłożył kieliszek z taką troską, jakby świat miał się zawalić od pojedynczego drgnięcia szkła. A potem ten ruch ― zamaszysty w swej elegancji, a przy tym przesadnie teatralny ― pochwycenie dłoni Panny Warren, pocałunek złożony z manierą staroświeckiego dworu, który bardziej przystawał scenie z paryskiego baletu niż londyńskiemu salonowi. Jakże gustownie, jakże… przewidywalnie. Uśmiech rozlał się po jej twarzy niczym ciepły cień lampionu; błysk ironii zatańczył w źrenicy, lecz nie w sposób kąśliwy ― raczej z pobłażliwością kobiety, która widziała już zbyt wiele podobnych scen, by dać się im ponownie oczarować. Westchnęła więc przeciągle, teatralnie, jakby chciała samą siebie rozbawić tym drobnym spektaklem dworskiej grzeczności.
Ładnie wyglądają...
― C'est un honneur, Mademoiselle Warren ― soczysta zieleń męskiego wejrzenia spowiły uroczą twarz blondwłosej piękności, naznaczając oficjalnie swą obecność na dzisiejszy wieczór.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Almyra Warren
Czarodzieje
Hovering like your shadow and whispering to you - I’m your light and your darkness.
Wiek
24
Zawód
Artystka, pianistka
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
5
21
Magia Lecznicza
Eliksiry
10
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
15
Brak karty postaci
11-01-2026, 14:36
Dzięki Melusine Almyra była w stronie odkryć inny świat. Kobieta zastąpiła jej kogoś, kogo nigdy nie miała - starszą siostrę. Nie mogła tego porównywać do tego, co dawał jej brat - między tym była zasadnicza różnica. Brat dawał jej zawsze poczucie bezpieczeństwa, opieki, możliwości poproszenia o pomoc, jeśli coś się działo. Melusine natomiast była jej innym światem. I naprawdę nie sądziła, że te dwa światy - jej i kobiety - tak odmienne od siebie, mogły się w jakiś sposób łączyć. Może faktycznie jej muzyka w tym pomagała? Na pewno, grając na fortepianie, Almyra zatracała się w tym pięknym świecie dźwięku, nut wypisanych na kartce papieru między liniami i skupiała się na czymś zupełnie innym. Może to była kwestia, że łatwiej było jej poznać odrobinę świat Melusine?
- Twój świat jest tak odmienny od mojego... - powiedziała spokojnie, nie mogąc się w tym momencie nadziwić. Już miejsce, w którym się znajdywały, było zupełnie nowe dla n iej. I chociaż siedziała teraz we Francji, gdzie poznawała wszystko na nowo - nadal bywało to dla niej dziwne i niespotykane. A jeśli ktoś obracał się wcześniej w takich miejscach, tym bardziej zastanawiała się, jak ona, zwykła czarownica, dorabiająca po restauracjach i grająca jedynie na fortepianie, nie robiąca nic nie wiadomo co, mogła poznać choć trochę tego świata. - Wiem, wiem. Jeśli tylko będzie się w tej karierze działo coś ciekawego, na pewno dam Ci znać.
Nie miała niewiadomo jak wielkich planów. Chciała po prostu grać. Poświęcić się muzyce - to ją głównie miała w chwilach w życiu - w chwilach zwątpienia, chwilach smutku ale i chwilach radości. A na pewno w jej najbliższych planach nie było żadnych gentelmanów, pojawiających się znikąd.
Skierowała na niego nieco zaskoczone spojrzenie, a zaraz wróciła spojrzeniem na Melusine. Myślała, że może kobieta będzie musiałą się czymś zająć, już myślami dopijała swój kieliszek i opuszczała Rookwood, pozwalając jej zająć się jej sprawami. Dlatego gdy mężczyzna został jej przedstawiony, zamrugała jeszcze bardziej zaskoczona oczami, a delikatny rumieniec wpłynął na jej policzki. No, to jest na pewno coś, czego się nie spodziewała...
- Bardzo mi miło, Monsieur Baudelaire. - Almyra skinęła powoli głową, a gdy mężczyzna ucałował jej dłoń, zarumieniła się jeszcze bardziej. Może i powinna być przyzwyczajona do niektórych zachowań Francuzów, zwłaszcza we Francji, nadal jednak nie potrafiła sobie z tym poradzić, gdy łapali ją poprzed zaskoczenie. Odchrząknęła cicho, wyraźnie zawstydzona zaistniałą sytuacją. Uśmiechnęła się ciepło, gdy napotkała jego spojrzenie. Ciężko było się od niego oderwać. Oby tylko Melusine nie wpadła na jakiś głupi pomysł... Ona była tutaj dla sztuki, nie dla romansów!
Fly up
Fall into the Sunkiss
I’ll embrace you fearlessly
I’ll kiss you in that red light
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
14-01-2026, 13:21
― Zaszepne tego i owego pośród obejścia możnych kobiet, uwielbiają dobierać sobie muzy pod okowę patronatu ― oświadczyła dosyć dumnie, bo wszakże mogła szepnąć tutaj i tam. Wyżej usytuowane damy w swej wytworności bogactwem wielbiły inwestować w talenty, potem się chełpić znaleziskiem i zapraszam na wernisaże najbardziej znane rodziny. Toż prawdziwa okazja dla młodej pianistki. ― Będziesz zadowolona i zapewniony rozwój na długie lata.
Vive la France! ― kieliszki biły o siebie w rytm życzeń i uwielbienia, dźwięczne jak śmiech unoszący się nad próżnością francuskiej elity. Za ich wielkościowe mniemanie o sobie, za piękno artystyczne i manierę, którą mieli we krwi od pierwszego tchu na padole życia. Za mężów stanu i wyrafinowanie, za gnuśność splecioną z kokieterią, za tę zdolność czynienia z każdej chwili spektaklu, nawet jeśli był to tylko toast.
Uśmiechała się słodko, niemal odruchowo, obserwując młodego dyplomatę ― iście kuszącego w swej gładkiej pewności, w sposobie, w jaki unosił szkło i składał ukłony spojrzeniem. A jednak przez myśl przeciął ją dziwny ból, cienki jak rysa na kryształowym kieliszku. Tęsknota. Właściwie za czym? Za kim? Przecież jeszcze dwa tygodnie temu podobnie się uśmiechała, lecz tamten uśmiech miał inny ciężar ― rozpięty na bezkresie norweskiego pustkowia, w ramionach ukojnych, a zarazem wzniecających pragmatyczny gorąc, który nie potrzebował fajerwerków.
Teraz świat był głośny, pachniał winem i ambicją, pozwalała, by blask salonu odbijał się w jej oczach. Och, bogowie ― pomyślała z lekką ironią ― jak łatwo przywdziać maskę zachwytu. Uśmiechnęła się tajemniczo, doglądając Francuza z uwagą, która była bardziej grą niż obietnicą.
― La compagnie de belles femmes aujourd'hui est... une heureuse coïncidence ― Przemawiał melodyjnie, sprężony łuną ukojenia młodzik, którego głos niósł w sobie obietnicę ładu. Spojrzenie miał ciekawskie, lecz wyważone ― zatrzymywało się na niej z uwagą, ale nie zuchwale, jakby rozumiał granice, których nie wypada przekraczać bez zaproszenia. W tej powściągliwości kryła się jego siła, subtelna i ujmująca zarazem. ― Czym... Się Pani zajmuje? ― łamana anielska mowa nakreśliła strukturę spamiętania, gdy w ministerstwie miał możliwość rozmowy z kobietą siedzącą tuż naprzeciw nich. I ona zdawała się niknąć, zagadana przez towarzyszącego mu dziś mężczyznę, i zaraz wyciągał dłoń by prosić do tańca, dwóch.  A ona jawiła mu się zapewne jak anielica, niemal archanioł nakreślony ręką losu, a potem strącony przez zemstę pobratymców w odmęty człowieczeństwa. Taka była jego wizja, wyczytana z rysów twarzy, z ciszy między jej słowami. Ach, skądże przybył ten diament, myślał zapewne, skąd ta bladość spleciona z ogniem, to spojrzenie niosące więcej historii, niż chciałoby zdradzić. ― Jeśli to nie jest przesadną tajemnicą, gdyż lico tak piękne, potrafi obłaskawić ciekawego w niepokorność różnych artystycznych udziwnień.
Był ciekaw, kim była i jaka była naprawdę ― czy artystką wprowadzającą emocje w ruch, zdolną nadać formę temu, co ulotne, czy kimś znacznie innym, mniej oczywistym, ukrytym pod warstwami konwenansu i wyuczonych gestów. A ona pozwalała tej ciekawości trwać, nie spiesząc się z odpowiedzią, bo wiedziała, że najpiękniejsze pytania dojrzewają w ciszy, zanim padną na głos. Upił łyk przyniesionego napitku, pozwalając, by smak rozszedł się powoli, jakby potrzebował tej chwili przejścia między rolami. Zaraz potem rozluźnił krawat, dotąd zbyt szykownie uczepiony szyi, gestem zdradzającym ulgę i gotowość na coś mniej formalnego. Wstał z krzesła z lekkością, która nie była wyuczona ― raczej naturalna, podszyta pewnością siebie ― i skłonił się subtelnie, wyciągając dłoń ku anielicy tegoż splendoru.
― Mogę prosić do tańca, panno Warren? ―  Porozmawiać. Poznać. Zawiesić słowa w przestrzeni między nimi i sprawdzić, czy odnajdą wspólny rytm. Może jeszcze kiedyś się spotkać ― jeśli znajdzie ją ochota, i jeśli jego własna nie wygaśnie wraz z końcem wieczoru. Było w tym geście coś niewymuszonego, obietnica bez presji, jakby mówił: nic nie musimy, ale wszystko możemy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Almyra Warren
Czarodzieje
Hovering like your shadow and whispering to you - I’m your light and your darkness.
Wiek
24
Zawód
Artystka, pianistka
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
5
21
Magia Lecznicza
Eliksiry
10
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
15
Brak karty postaci
19-01-2026, 00:00
Ten inny świat... Nigdy nie sądziła, że będzie jej dane cokolwiek z niego zobaczyć nawet. Bez kontaktów, bez rodziców raczej nie marzyła nawet o uszczknięciu czegokolwiek z tego konkretnego świata. Salony, tego typu spotkania, piękno i elegancja... Gdzie ona, zwykła pianistka mogłaby się w tym wszystkim odnaleźć... a przede wszystkim znaleźć sama? Miała wrażenie, że to wszystko jest poza jej zasięgiem. A tu proszę. Któregoś pięknego dnia spotkała Melusine i ten świat również mogła poznać. Nie wierzyła w to, co się działo.
Zwłaszcza, gdy Mel zaczęła traktować ją jak młodszą siostrę, a ona odnalazła w starszej dziewczynie starszą siostrę. To było wszystko przepełnione ciepłem, pięknem i dbaniem o siebie nawzajem... Almyra naprawdę momentami do tej pory nie wierzyła, że to się dzieje naprawdę. A może to tylko zwykły sen? Może zaraz się obudzi i okaże się, że to wszystko to tylko mrzonka, nic nie znaczący mara senna? Na szczęscie do tej pory nie udawało jej się obudzić. Więc może kiedyś nadejdzie dzień, kiedy naprawdę w to wszystko uwierzy?
- Mel, ale pamiętaj, nic na siłę... Nie chcę, byś miała przeze mnie jakiekolwiek nieprzyjemności, wiesz o tym, prawda? - pewnmo wiedsziała, ale Almyra nie byłaby sobą, gdyby o tym nie wspomniała. Rookwood żyła koniec końców w odmiennym świecie i nie chciała przysporzyć jej żadnych problemów. Bardzo by się na siebie zdenerwowała, gdyby faktycznie wyszło coś złego z tych kontaktów...
No i jeszcze ten młody człowiek, który właśnie się tutaj pojawił... Miała wrażenie, że mogłaby się spalić z zawstydzenia, że jej policzki ciągle płoną i szczypią. Nie powinno to tak wyglądać, wstyd jej było za swoje zachowanie.
- Ah, niczym ważnym... - uśmiechnęła się lekko, bo naprawdę to, czym się zajmowała, to było nic. Nic w porównaniu z tym, co robiła chociażby Melusine. Uśmiechnęła się jednak dość nieśmiało i wróciła spojrzeniem do mężczyzny. - Jestem pianistką.
Pianistką. To zarazem dużo jak i mało. Przyglądała mu się, nie będąc pewną co powinna zrobić w tym momencie. Nie wiedziała czego mogła się spodziewać, mówiąc tak całkowicie szczerze. Dlatego jej brew drgnęła, gdy mężczyzna rozluźnił krawat i wstał od stołu. Spojrzała na niego zaskoczona jego czynem, zaraz otwierając nieco szerzej powieki. Czy powinna...?
- Ach... T-tak, tylko ja... nie do końca umiem tańczyć. - mruknęła cicho, nie będąc do końca pewną co plotła i dlaczego plotła. Powinno po prostu się zgodzić i tyle. Wstała od stołu, chcąc faktycznie z nim zatańczyć i starać się go... nie zdeptać. Nie wierzyła w swoje umiejętności taneczne.
Fly up
Fall into the Sunkiss
I’ll embrace you fearlessly
I’ll kiss you in that red light
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
26-01-2026, 21:01
Pokazanie jej świata ― drogiej przyjaciółce, niemal młodszej siostrze ― było czystą przyjemnością, a nie parafrazą narzuconego obowiązku czy społecznej powinności. Rozumiała aż nazbyt dobrze, jak to jest stawiać pierwsze kroki w rzeczywistości przepełnionej ambicją, spojrzeniami zbyt długimi i intencjami zbyt gęstymi, by nazwać je niewinnymi. Sama dorastała w cieniu cudzych oczekiwań i cudzych ocen; dlatego chciała pokazać Al świat inaczej ― bez pośpiechu, bez konieczności udowadniania czegokolwiek komukolwiek. Pod kuratelą dystyngowanego prowadzenia, z wyczuciem formy i gestu, pośród upierdliwców, których należało traktować jak tło, a nie jak oś wydarzeń. Uczyła ją, że elegancja bywa tarczą, a pewność siebie ― najcichszą, lecz najskuteczniejszą bronią. Że można być obecnym, nie będąc dostępnym, i zauważonym, nie będąc posiadanym.
W granicach dobrego smaku, wszakże jej blond aniołek nie była taka, jak ona.
― Aniele mój, robię to z najwyższą przyjemnością ― Gdy więc Al spojrzała na nią z niepewnością i jakby troską, wystarczyło jedno, spokojne skinienie głowy. Upiła łyk wina, pozwalając, by jego ciężar osiadł miękko na języku, nim porwał ją do tańca znajomy Francuz ― lekki w obyciu, przewidywalny w komplementach, lecz bezpieczny w intencjach. Dała się poprowadzić na parkiet z uśmiechem, wiedząc, że tej nocy wszystko było dokładnie tam, gdzie powinno.
Gdzieś pomiędzy wirującymi parami błękit jej oczu odnalazł przyjaciółkę, zagadywaną z uważną manierycznością francuskiego dyplomaty. Uśmiechnęła się wtedy wdzięcznie, z tą cichą satysfakcją nauczycielki, która widzi, że lekcja została przyswojona bez oporu i buntu. Postawa Al była spokojna, otwarta, a zarazem czujna; ruchy miała lekkie, spojrzenie przytomne ― dokładnie takie, jakie powinny być, gdy świat próbuje podejść zbyt blisko.
W oczęta panienki Warren Francuzik spoglądał z wyraźnym zamyśleniem, jakby szukał właściwego tonu, w którym mógłby ją poznać bardziej, nie naruszając kruchej granicy świeżej ciekawości. Pragnął ugasić spiekotę chęci w tańcu — niewinnym jeszcze, obiecującym, takim, który podbija parkiet bez konieczności zawłaszczania. Słuchał zgłosek jej francuskiego, miękkiego, nieco niepewnego, niosącego w sobie drobny żar tremy, gdy co chwila wzrokiem szukała drugiej kobiety, jakby upewniała się, że nie zgubiła się w nowej przestrzeni.
― Pianistka, ach... Cóż za okraszony magią talent posiada pani, winszuję wielką sławę ― Mógł uznać to za słodycz ― i zapewne uznał. Za coś dawno niewidzianego, niemal zapomnianego w świecie zbyt szybko domagającym się deklaracji. Słodką niewinność, która nie była brakiem doświadczenia, lecz świadomym wyborem ostrożności. Mel obserwując to z dystansu, pozwoliła sobie na krótką myśl, że czasem najlepszym prezentem jest umiejętność odnalezienia się bez czyjejś dłoni trzymającej zbyt mocno. ― Zatem poprowadzę panienkę, po coś tutaj jestem.
Ukłonił się z nienaganną elegancją i niemal natychmiast ruszył, prowadząc swą partnerkę w głąb tłumu, jakby sam parkiet rozstępował się przed wdziękiem tego zaproszenia. I może nie była jeszcze pewna własnych kroków, może wahała się w sobie, lecz w jego oczach to właśnie było satysfakcjonujące ― ta chwila miękkiej niepewności, zanim ciało zaufa rytmowi. Subtelnie ujął jej dłoń, drugą lokując z wyczuciem na smukłej talii, bez roszczeń, bez pośpiechu; ruszyli wolno, wolniutko, jakby czas zgodził się na ich warunki. Potem tempo przybrało na oddechu, krążyli już szybciej, w półletargu, w krainie pozbawionej wad i ostrych krawędzi, gdzie świat zewnętrzny tracił znaczenie. Kobieca stópka niekiedy nadepnęła na jego but ― drobne potknięcie, ledwie zauważalne ― lecz nie miało to żadnej wagi. Przeciwnie, stało się częścią tej intymnej narracji ruchu, zapisem uczenia się siebie nawzajem bez słów.
― Jest Pani doskonała... ― szepnął cicho do jej ucha, lekko wprawiając w ruch wokół jej własnej osi. Był zadowolony. I dumny, choć spodziewał się może lekkiego rozczarowania ― tego cichego zawodu, który czasem towarzyszy oczekiwaniom. Nie doznał go jednak. Zamiast tego poczuł coś łagodniejszego, pełniejszego: zgodę na niedoskonałość, która w tańcu nabierała kształtu harmonii.


zt dla Mel <3
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 02-02-2026, 11:05 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.