• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Rozgrywka > Mgły czasu > Izba Pamięci > 14.05.1960 | Pain makes you stronger
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
04-02-2026, 21:37

Pain makes you stronger
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
05-02-2026, 08:06
Pytała, co w jej życiu ze wszystkich rzeczy było główną osią, wokół której obracał się sens ― a odpowiedź rodziła się w niej ciężka, bolesna, nieuchronna: śmierć i miłość. Dwie siły równorzędne, dwa drapieżniki o różnych oczach ― jednej czarnych jak noc bez dna, drugiej modrych, łudząco jasnych. Bała się obu jednakowo, bo obie należały do niej, wrosły w ciało jak bliźniacze nowotwory istnienia. Były jej miłostkami i dewiacją, nie do rozdzielenia, splecione na poziomie instynktu.
Serce bolało, gdy rwało postument duszy na dwoje, trzaskiem suchym, niemal anatomicznym. Dwie śmierci okazały się katuszą dla całego ciała ― studziły temperament, wyjaławiały usposobienie, odbierały kobiecą miękkość, pozostawiając jedynie funkcję przetrwania. Markotniała stopniowo, metodycznie, chowając rozpad za fasadą uśmiechu. Wyrządzała sobie krzywdę z wyrachowaną konsekwencją, bo łatwiej było dokładać cierpienie niż przyznać się do pęknięcia. Ból nie był epizodem ― był procesem, rytmem regulującym oddech i codzienny ruch. Z lica jeszcze nie zeszła mara czerni trumny. Widmo garści ziemi wciąż spadało w pamięci z głuchym dźwiękiem, a ostatnie „żegnaj, braciszku” rozcinało deszczowe firmamenty nieba jak rana. Siostra zniknęła. Ojciec zniknął. Zostawili ją samą ― na wyparcie emocji, na zduszenie boleści w pracy, w mechanicznej powtarzalności dni, w pierwszym pochyleniu ciała ku odpoczynkowi pod obcym niebem, na innym kontynencie. Samotność nie była pustką, lecz naciskiem, który formował ją od środka, jak kości formują się w łonie.
Czemu zgodziła się właśnie na niego? Bo był jak rana, która obiecywała sens. W obecności mieszały się instynkt i obietnica, dominacja i czułość balansująca na krawędzi okrucieństwa. Dała się, bo pragnęła jeszcze raz poczuć życie, nawet jeśli ceną miało być kolejne umieranie. Jej kobiecość nie była łagodna ― była ostrzem, które świadomie prowadziła w głąb, sprawdzając, jak daleko można zajść, zanim zabraknie krwi.
Między krótkimi wersami lakonicznych odpowiedzi a statecznym spoczynkiem ciała, który nigdy nie był prawdziwym odpoczynkiem, zaczytywała się w elegie najfrasobliwsze ― o śmierci dwojako, rozpisanej na warianty i powroty, kuszącej umysł kolejnym, dotliwym upadkiem. Czytała, bo mogła; czytała, bo musiała. Każde zdanie działało jak klin wbijany między żebra, usztywniając klatkę piersiową bólem, który nie pozwalał oddychać do końca. Im bardziej bolało, tym natarczywiej łaknęła odpowiedzi: kto i dlaczego odebrał życie temu najbliższemu, temu jedynemu mementum istnienia, które trzymało ją w doktrynie normalności pośród rodzinnej spiekoty i przemilczeń. Dlaczego właśnie on. Dlaczego jej. Pytania krążyły jak drapieżne ptaki, nie znajdując miejsca do lądowania. Umysł zapętlał się w rekonstrukcjach, w drobiazgach, w wyobrażeniach o ostatnim oddechu, o sekundzie granicznej, gdy ciało jeszcze walczy, a świadomość już się rozszczelnia. Śmierć przestała być abstrakcją ― stała się strukturą, modelem, który można było rozbierać na części, choć żadna z nich nie przynosiła ulgi.
― Nie myślę ― znowuż skłamała w liberii przeinaczenia zgłoskowych faktów. Kłamstwo miewało zbyt krótkie nóżki, jeśli do starcia dochodziło właśnie z tymże mężczyzną. Wzdrygnęła się nagle, niemal prozaicznie, czując ruch tuż obok. Ciepła dłoń dotknęła odsłoniętej fasady ramienia ― gest nieinwazyjny, a jednak przeszywający, bo nieproszony. Nim zdążyła unieść wzrok, pojawiła się niema gestia pytania: co się dzieje, dlaczego milczy, czy jeszcze oddycha w tym samym rytmie co świat. Tęczówki spotkały się na ułamek sekundy, zanim osiadł obok, zbyt blisko, zbyt pewnie. ― Czego dowiedziałeś się z tak ważnego wezwania do stawiennictwa, hm? ― Przerażające było to, jak panicz Lestrange potrafił ją wyczuć ― jakby jej pęknięcia emitowały zapach, jakby rozpacz miała własną temperaturę, zdradzającą obecność w chwilach najbardziej krytycznych. Biada jej, biada ― pomyślała, czując, że ta bliskość nie przynosi ukojenia, lecz zwiastuje kolejną próbę. ― Oczekują Twego powrotu? ― Tamci, Twoi, rodzina, którą tak pomijał w zgłoskach wybiórczych segmentów próżnych rozmówek. Nie wiedziała, czy wiedzieć nie chciała, bądź by zapomniał o perswadzie rozmowy o niej samej. Literatura spoczęła bezpiecznie gdzieś obok, zapomniane; nogi na powrót wprawiły w ruch ukojny gorąc wody i wzrok spoczywał w pustce tuż przed nią: nie chciała widzieć i czuć. Teraz, nic.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Lorcan Lestrange
Akolici
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
06-02-2026, 19:02
Wiosenne słońce przypiekało z lekka odsłonięte fragmenty skóry człowieka, który przywykł do znacznie zimniejszych miejsc z całą pewnością, jednak śródziemnomorski klimat wpisywał się w coś, do czego można było przywyknąć z ochotą. Tutejsza kuchnia, kultura i ludzie, byli zupełnie inni od tego, co znał z rodzinnych ziem, czy Skandynawii, nawet Bułgarzy byli pod tym względem znacznie surowsi – ostrzejsi w stylu bycia, niż ludzie z tego małego wyspiarskiego kraju, należącego do królestwa Wielkiej Brytanii, choć powiew rewolucji i chęć niezależności odbijały się echem, nawet wśród magicznej społeczności tutejszych czarodziejów. Zapędy tej odrębności nie przeszkadzały jednak w pracy Lestrange, ten nic sobie z tego nie robił, wręcz przeciwnie z kilkoma tubylcami wszedł w skomplikowaną wymianę uprzejmości zjednując ich sobie w prezentowanych poglądach przekonując, że wyłącznie przyświecają mu naukowe aspiracje, bez dna politycznego. Co nie wykluczało, iż oczy i uszy, a także umysł miał gotowy do wychwytywania informacji, które później przekaże do ministerstwa.
Listy… zaskoczyła go nimi. W piachu, pyle, wśród echa przeszłości skrywającej grobowce poległych tu magów o aspiracjach godnych zakonów rycerskich. Wisząca nad głową tragedia pamiętająca jeszcze wspomnienie tej wcześniejszej, jakby los kpił sobie okrutnie z tej kobiety, narzucając jej, co rusz nowe ciężary nie patrząc na konsekwencje, które to w przyszłości przyniesie – współczuj jej, bo sam z podobną stratą się zmierzył, lecz nie poznał jej myśli; nie rozumiał momentami sensu wypowiadanych w żałobnym tonie słów, które dotykały, lecz nie niosły żadnego wydźwięku, jakby ich autorka gasła w oczach, a głuche wołanie o pomoc niknęło wraz z nią.
Nigdy jeszcze nie widział jej w takiej stanie… tak zmęczonej życiem. Niechętnej wobec tego wszystkiego, co ich co dnia otaczało. Starał się dzielić czas pomiędzy pracę, a Melusine, bywało, że całkowicie tracił z oczu zajęcie, ale wówczas ona tym swoim nieprzejednanym wzrokiem go prowokowała, by nie gubił sensu swojego powołania. To prawda – ona nie ucieknie, ale zabytki i artefakty czekające na odkrycie przez wieki również tego nie zrobią, i mogły jeszcze kilka dni poczekać, nim je wyciągnie z piasków zaklętych skrzyń.
Próbował wielu metod, by odciągnąć myśli smutne sprzed jej horyzontu. Wieczorne spacery po urokliwych miasteczkach Malty; kolacje przy winie i świecach; pikniki na klifach z widokiem na morze. Starał się, nie oczekując niczego. Po prostu płynął z nurtem, tak aby nie czuła się przy nim, jak w więzieniu, jakiegokolwiek obowiązku, a dobrowolnego wypoczynku. Dając jej kolejne tomy ksiąg, które wpadły mu w ręce, podczas kilku tygodni spędzonych na wyspie liczył, że opowieści zaklęte na pożółkłych od kurzu stronach uśmierzą ból.
Dużo milczeli… wiele grali w magiczne szachy, co było zawsze ich formą komunikacji. Specyficzną i dość niecodzienną, ale potrafił wyłapywać różne niuanse siedzące, gdzieś tam w umyśle tej nietuzinkowej kobiety.
Nie liczył już razy, gdy łapał ją na marnych kamuflażach słownych po którymś razie, znudziło mu się, kiedy uprzedził ją na samym wykroku. Jakby złapał pewną myśl galopującą na skrzydłach obojętność i z miejsca dostosował umysł do tych wybiegów. Jednocześnie uderzał nie słowem, a czynami, gestami w inne struny jej osoby, aby wydobyć jakąkolwiek melodię prawdy, tego, co w istocie siedziało jej na duszy. Bo w tym przypadku nawet alkohol nie pomagał, choć to jedna z najprostszych metod – zapomnienia lub jak w tym przypadku względnej otwartości.
— Nie, jeszcze mam trochę czasu… nim upomną się o moją obecność. — Uśmiechnął się z przekąsem, mógł znikać nieraz na kilka tygodni, a nawet miesięcy, lecz gdy działo się coś pilnego, a raczej wymagało jego obecności, to zawsze pisał ojciec, tym swoim charakterystycznym tonem, który nie przyjmował odmowy, a jednocześnie nie zdradzał niczego, co powinien, był wiedzieć. To matka zawsze była jego wybawicielką w takich chwilach i kreśliła sytuacje strategicznie, bez upiększeń, a opierając się na chłodnej logice, w jakiej drzemała jednak cieplejsza nuta, zrozumienia dla swego drugiego syna.
Dotknął jej ramienia z lekkością i usiadł obok; gestem dłoni mimowolnie głaszcząc i odgarniając z ramienia jej bujne włosy.
— Możemy tu zostać, ile tylko chcemy, nikt nas nie ściga — uśmiecha się, patrząc przed siebie, by po krótszej chwili wrócić czekoladowymi tęczówkami do jej profilu: — Nigdy od ciebie niczego nie wymagałem. I nigdy nie będę niczego wymagał, chcę wyłącznie dać ci to, czego w tej chwili oczekujesz, nawet jeśli jest to cisza — uśmiech, nieznacznie gaśnie po słowach, ale jego spojrzenie nie ucieka, pozostaje w miejscu, a oczy wyrażają znacznie więcej emocji, niż wypowiedziane słowa.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
07-02-2026, 16:31
Robił zbyt wiele, a przecież nie był zobowiązany do niczego ― i to właśnie budziło w niej niepokój. Czemuż bezinteresowność nim rządziła, jakim prawem wkraczała w przestrzeń, która od dawna nauczyła się funkcjonować w niedostatku dobra? Nie wiedziała. Upatrywała w tym cienką nić podstępnej zagwozdki, niewidoczny haczyk, który musiał gdzieś istnieć, bo tak podpowiadał instynkt wytrenowany na stratach.
Czemu?
Pytanie wracało uparcie, drażniąc umysł.
Nie musiał odpisywać na lakoniczność jej słów, na list, w którym nieporadnie utwierdzała fakt, że potrzebowała kogokolwiek mniej znanego, kogoś spoza kręgu wspomnień, by nie tkwić w szarej Anglii, by uciec jak najdalej od myśli i widm. A widma miały ciężar ― niknąca w obmokłej fasadzie ziemi trumna z jej bratem, cisza i stateczność ojca, który zawiesił jej wargi jednym słowem: milcz. I tyle. Nic się nie wydarzyło dalej, nic ważniejszego, bo wedle tej logiki każdy silny musiał milczeć. Do silnych nie należała ― błądziła w odmętach uczuć, które wydawały się bzdurne, niezborne, a przecież zbyt głośne, by je zignorować. Ratuj ― pomyślała niedawno jeszcze, bezgłośnie. I uratował. Zaprosił ją tam, gdzie praca pętała mu dłonie i czas, gdzie każdy dzień był dialogiem z przeszłością, z zamierzchłymi frazesami czasu i przodków. Było w tym coś na kształt magii, pięknej i nieoczywistej, jakby los na moment zapomniał o swoim okrucieństwie. Pozwoliła sobie uwierzyć, że czasem ratunek nie musi mieć ceny wypowiedzianej na głos.
― Tu es charmante... ― Mruknęła powątpiewająco, choć w tym cichym dźwięku kryło się namaszczenie nieposzlakowanej czułości względem niego ― delikatnej, niemal wstydliwej, jakby sama nie była pewna, czy wolno jej ją okazywać. Zanudzała go, och, najpewniej; myśl wracała z uporem, bo obecna sytuacja tak bardzo różniła się od spamiętanych dni w Bergen. Tam było zapomnienie w jego ramionach, biesiadne stąpanie po pięknym otoczeniu i spokój, który nie domagał się wyjaśnień. Tutaj wszystko miało inny ciężar, inny rytm; bała się, że obecność stanie się nadmiarem. ― Powtarzalne alegorie potrafią znudzić, widzę to... Nie musisz tłumaczyć.
Mogła go nudzić. Znudzić. Prawda? Pytała w myślach, pozwalając, by niebieskie spojrzenie prawiło mu doraźniejsze tezy, niż kiedykolwiek odważyłaby się wypowiedzieć na głos. Pozostawała jej dywagacja; miękka, pełna zawierzeń i niedopowiedzeń. Nie chciała żądać zapewnień; wystarczało jej obserwować, jak reaguje, jak milczy, jak trwa. Lestrange był człowiekiem zadziwiającym w swojej stateczności, a zarazem nieprzewidywalnym w kołowrocie możliwych sytuacji. Potrafił być skałą i prądem jednocześnie ― czymś, co daje oparcie i czymś, co potrafi porwać bez ostrzeżenia. I właśnie to w nim podziwiała najbardziej: tę zdolność istnienia poza prostymi definicjami, poza jej lękami o to, czy jest wystarczająca.
― Jak sobie poradzić z... tą okropnością? ― Bólem. Odrętwieniem myśli, apatią ciała, chęcią kolejnej i kolejnej destrukcji. Wiedział. Znał smak śmierci ― perfidny i butny, który osiada na języku jak metaliczny osad i nie daje się wypłukać żadnym oddechem. Cholera. Ta wiedza nie potrzebowała słów; istniała w sposobie, w jaki milczał, w napięciu ramion, w ciężarze spojrzenia, które widziało zbyt wiele. Mocniej ścisnęła dłoń, aż paznokcie wbiły się w struktury delikatnego naskórka, jakby chciała sprawdzić, czy to jeszcze żywe ciało, czy już tylko wspomnienie ciepła. Przegryzła policzek, czując rdzawy smak ― znak, że ból wciąż potrafi zakotwiczyć ją w teraźniejszości. ― Pożera mnie to, niszczy...
Znów powróciło perfidne widmo stawiennictwa przegranej nad dumą; to uczucie znała aż nazbyt dobrze. On także je znał. Wszak niedaleko jeszcze w czasie stracił żonę ― tak mawiał, a inni w Anglii gmerali przy tej historii szeptem, dopisując własne interpretacje. Strata była jak cień, który nie odkleja się od stóp, bez względu na to, jak daleko się idzie. Niespodziewanie oparła czoło o jego ramię. Błaganie i przeprosiny jednocześnie ― za własną bezsilność, za to, że nie potrafiła być lżejsza, mniej pęknięta.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Lorcan Lestrange
Akolici
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
07-02-2026, 20:34
Doceniał dialog milczenia, który potrafili wieść godzinami w oparciu wyłącznie o gesty i spojrzenia – rozumieli się w tych najprostszych kwestiach, a czasem sięgając w dal łapali akceptację na płaszczyznach znacznie głębszych i docierających głębiej ich samych. Słowa jak się okazywało bywały zbędne w ich komunikacji, bo potrafili przekazywać informacje na inne sposoby, to budowało więź – scalało dwie dusze, które tak szalenie się od siebie różniły.
Nigdy wprost nie nazwał ich relacji, nikomu o niej nie mówiąc, tak jakby chciał ten aspekt życia zostawić wyłącznie dla siebie – zaborczy w tej materii, a może wyłącznie kierował się kulturą, wobec partnerki. Nie traktując jej jako obiekt zachwytu i dźwignię zasadnych komplementów i pobudzania zazdrości w męskim gronie. Wręcz było odwrotnie, zawsze niezwykle skryty w emocjach, którymi otaczał bliskich, tak nad nią roztaczał szczególną pieczę – bezpieczeństwa. To była ich baśń, czasem pełna miłostek i śmiechów, a czasem chwil takich, jak te w ostatnich dniach, gdy żałoba spowija oba serca, lecz nie rozbija ich o skały, a scala relację, którą dzielili.
Nie rozumiał, tego, dlaczego właśnie Ona, co w niej było takiego, czego nie dostrzegał w żadnej innej kobiecie. Po prostu akceptował ten fakt, jako jeden z nielicznych, których nie próbował rozwiązywać, jakby ta zagadka miała pozostawać tajemnicą do końca jego życia. Akceptował taki scenariusz, tak autentycznie zwyczajnie. Bez zaglądania pod dywan, jakie brudy tam się kryją.
Milczał skryty za nieodgadnionym wyrazem gasnącego uśmiechu wtopionego w głębokie zaniepokojenie. Wzrokiem balansował na skraju jej profilu, a horyzontem. Czując na twarzy przyjemny wiosenny wietrzyk od morza, który wraz z charakterystycznym szumem fal potrafił uspokajać i gasić nerwy. Przychodził na wybrzeże, by pobyć sam, czasem, aby pomyśleć, o tym, co było i co jest. Chciał wierzyć nieraz naiwnie, że stałym elementem jego życia będą te spotkania w dzikich zakątkach świata. To było – owszem, bardzo naiwne. Ale każdy miał prawo do marzeń, prawda? Nawet on, człowiek wychowany pod okiem surowej dyscypliny od maleńkości dźwigając ciężar nazwiska z historią, kształtowany wedle wizji rodziciela, aby nigdy nie przynieść rodzinie wstydu na arenie towarzysko-politycznej. Nawet jeśli z tą drugą niewiele miał wspólnego, to grał swą rolę – zawsze skutecznie, bez żadnych niedomówień — spełniając, wolę z góry narzuconą.
Westchnął łapiąc w nozdrza morskie powietrze.
— Nie mam na to lekarstwa, bo to, co powiem… o sobie, to kompletna wariacja — przygryzł wargę w zamyśleniu, jakby walczył z tym odsłonięciem swojej przeszłości dla dobra jej przyszłości. Wiedział, że może przed nią pokazać słabość, nigdy go nie zdradzi i nie wykorzysta tego przeciw niemu, bo nawet jeśli nie nazywali tej relacji, to łącząca ich więź była ponadto, co zwykle kochankowie sobie szeptali przy zapewnieniach długotrwałej wierności. Wolna dłoń poszukała oparcia na kamiennym podłożu, a ta, która zaczepiła się o ramię partnerki, przetarła lekko linię pleców, by osiąść lekko na biodrze w sposobie nienachalnym, dalekim od dominacji, tak zwyczajnie z lekkością.
— Katowałem się; szukając bólu fizycznego, który zagłuszy ten w sercu… ech, głupota, ale poczucie winny, bezradność mnie dobijały — patrzył przed siebie po horyzont — nie znam lekarstwa, a bójki i alkohol nie pomagały. Niektórzy twierdzą, że czas goi rany, może trochę je zabliźnia — jego szczęka drgnęła lekko, jakby poczuł na języku jakąś gorycz. — Pomógł mi jeden przyjaciel, chociaż nie nazwałbym go tak w jego obecności. Jego postawa, ta obojętność połączona z surowością sprawiały, że podczas wspólnych sparingów pozbyłem się bezsilności, akceptując fakty — wrócił spojrzeniem do Melusine: — płacz, krzycz, odreaguj to, a następnie spróbuj zaakceptować, jestem przy tobie, jeśli tego potrzebujesz — próbował ją zrozumieć, bo każdy na swój sposób przechodził przez te piekło. Gryzło go, że nie potrafił jej pomóc, mógł otworzyć się wyłącznie ze swoimi przeżyciami, by wiedziała, że było coś później, gdy to cierpienie, już przeminie. Akceptacja śmierci Persephone wywołała w nim lawinę sutków ubocznych, która w konsekwencji sprawiła, że stał się kimś innym, czasem wobec siebie samego obcym. A jednocześnie odblokował potencjały, po jakie w innych okolicznościach by nie sięgnął.
Była pierwszą osobą, której to wszystko powiedział.
Uśmiechnął się w duchu, kwaśno.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
07-02-2026, 22:47
Nie, nie mogła się zatrzymać ― bo zatrzymanie oznaczałoby skamienienie, a ona wolała rozpad, nawet jeśli bolał jak otwarte złamanie sensu. Każdy ruch był więc gwałtem zadanym ciszy: przewrócony stół, pęknięta ceramika, szkło kruszone na drobne jak myśli, których nie da się już poskładać. W tym mieszkaniu wciąż unosił się zapach jego obecności ― atrament, sól, stare drewno ― jakby brat tylko wyszedł po oddech i miał wrócić, by skarcić ją za chaos. A przecież prawo było szybkie, bezduszne; śmierć jeszcze szybsza. Tylko pamięć nie znała terminów.
Słuchała morza, bo morze nie pyta. Uderzało w skały jak serce w klatkę, uczyło ją rytmu trwania bez obietnicy. Gdzieś poniżej, w rozpadlinie, dźwięk niósł się jak pieśń dla tych, którzy nie potrafią przestać czuć. A on ― obecny, ciężki, ciepły ― oddychał obok, jakby samym istnieniem stawiał zaporę przed jej rozsypką. Miał kogoś.
― Zdewastowałam jego mienie... To, co prawnie mi przypisano ― Jaźń krążyła wokół bólu jak drapieżnik wokół rany, nie po to, by ją zagoić, lecz by sprawdzić, czy jeszcze krwawi. Dewiacja była tu tylko nazwą dla desperacji; destrukcja ― dla modlitwy, która nie znalazła adresata. W dotyku powietrza, w powłóczystym ruchu dłoni, w milczeniu zawieszonym między nimi, wyczuwała substytut prawdy; każdy inaczej potrafił czuć. ― Nie potrafię już płakać, jednocześnie coś ściska mi gardło. Widzę tą samą marę, blade oblicze spoczywające w pudle... Ty miałeś wsparcie, ja nie potrafię mówić... ― Wstydem przyznać, że nie potrafiła tegoż nazwać. Rozumiał ją czy tylko odgrywał zrozumienie ― tego nie była już w stanie rozstrzygnąć. Łudziła się własnym pozytywizmem jak opatrunkiem przyłożonym do rany, która od dawna wymagała rozcięcia, nie pocieszenia. Faktyczność uderzyła nagle, ciężko, jak obuch istnienia, który nie pyta o gotowość. Zadrżała, gdy palce zacisnęły się mocniej na jego odzieniu, a pod skórą zapłonęła łuna krwi ― drobne przebicie, nic nieznaczące dla ciała, a jednak wystarczające, by umysł zawył ostrzegawczo. ― Pragnę nic nie czuć, jak trup.
Ból był prosty.
Uczciwy.
Nie jak myśli.
Łzy spływały po bladym licu bez oporu, jakby twarz utraciła prawo do sprzeciwu, a wiatr ― niepojęcie uważny ― cofnął się o krok, rozgarnął kosmyki i pozwolił im opaść miękko na ramiona, jak dłonie, które nie śmiały dotknąć. Nie prosiła o tak wiele, prawda? Tylko o prawdę, która nie wymagałaby tłumaczeń, o gest, który nie byłby próbą, lecz decyzją. Ufała ― a może tylko desperacko chciała zaufać, bo zaufanie było ostatnim językiem, jakim jeszcze potrafiła mówić bez ironii.
Błagała doraźnie ― nie jego, lecz samą możliwość ulgi. W tym błaganiu snuła opowieść o własnej prawości, o wyborach, które miały sens w chwili podejmowania, choć teraz obracały się przeciw niej jak źle wyostrzone ostrza. Niech usunie. Niech wyrwie. Wspomnienia, jaźń, całe to splątane archiwum strat i pragnień, by mogła wreszcie wciągnąć powietrze głęboko, bez tego piekącego oporu w piersi. Oddychanie nie powinno boleć. ― Zrób to; zajrzyj i zdewastuj to... ― Patrzyła na niego z mieszaniną nadziei i lęku ― bo jeśli potrafił, jeśli rzeczywiście mógł sięgnąć tam, gdzie ona sama bała się zaglądać, oznaczało to koniec iluzji. Legilimencja nie była darem; była naruszeniem. Rozcięciem zasłon, za którymi kryła się jej najintymniejsza deformacja. Wiedziała, że gdyby wszedł, zobaczyłby wszystko: gniew przebrany za rozsądek, miłość udającą lojalność, rozpacz stylizowaną na siłę. ― Ty jeden mi nie odmawiaj, błagam.
Uczucia kłębiły się w niej jak zjawiska bez nazw, zbyt złożone, by dało się je sprowadzić do prostych definicji. Była pragmatyczna, tak ― lubiła porządek pojęć, klarowność intencji. Tymczasem to, co w niej rosło, wymykało się klasyfikacjom, było półtonem między pragnieniem a rezygnacją. Wiedziała, jak łatwo grać role. Każdy głupi potrafił udawać aktora, każdy głupi maskować pustkę głośnym uwodzeniem, teatralną zbrodnią spojrzeń i obietnic bez pokrycia. Gardziła tym. Gardziła powierzchownością, która myli intensywność z głębią. Dlatego właśnie ten jeden raz ― być może ostatni ― prosiła naprawdę. Bez gry, bez kostiumu, bez zabezpieczeń. Prosiła, by nie musiała zgadywać, by nie musiała analizować milczeń i półgestów jak szyfrów wojennych.
Skoro nic nie wzmacniało tak, jak prawda...
Ufam Ci.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Lorcan Lestrange
Akolici
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
08-02-2026, 11:40
Dźwięk słów opadał swobodnie w przestrzeń zasklepioną ciszą, w której szum morza dominował wybijając się, ponad wszystko inne, a jednocześnie w swym charakterystycznym brzmieniu nie występował ponad doskonale utarte ramy. Czuł, jak otwiera się przed nią z kolejnych warstw tajemnic, jakie trzymał wyłącznie dla siebie. Te przeżycia spisywane w mrocznych chwilach jego życia, były niejednokrotnie warte tego, aby je ocenzurować. Wykreślając niewygodne fragmenty, ale nie robił tego, celowo. Wiarygodność, konsekwencje ludzkich pomyłek, to najzwyczajniejsze w świecie błądzenie po omacku, było częścią ich natury, każdy miał do tego prawo i ocenianie tego z perspektywy czasu dawało Lorcanowi możliwość wyciągnięcia wniosków. Miał nadzieję, ba liczył na to w cichości ducha, że Melusine, będzie pielęgnowała pamięć o bracie, a także o matce, lecz trwanie w żałobnej aurze – złości, bezsilności, apatii – wyniszczało nas. I nawet jeśli jego myśli brzmiały brutalnie, a słowa pozbawione upiększeń wypływały z ust, tak sam nawet w tej chwili dzielonej wszak z nią, wciąż wyczuwał pulsujący podskórnie gniew, wobec niesprawiedliwości, która odebrała mu żonę. W tamtych dniach wściekłość zaślepiała, była jedynym sensem egzystencji, bo dla świata poza tymi ramami miał wyłącznie pogardę. Był jak letnia burza po upalnym dniu, niesiona na chłodnym zdradliwym wietrze z oddali kontrastująca silnie na tle złotych łan zbóż i ginącym błękicie nieba. Gdyby wymiar sprawiedliwości nie działał w tej sprawie, tak szybko, to wymierzyłby karę śmierci osobiście – mordercy. Ta myśl była klarowna, pozbawiona upiększeń, wytoczona w paradoksalnej do stanu trzeźwości umysłu.
I ona była burzą – istnym chaosem; uczuć, emocji, które zamknięte w klatce wrażliwej przestraszonej dziewczyny, były gdzieś tam na dnie – skryte przed światem, bo tak została wytresowana przez ojca, otoczenie i rodzinę. Doświadczenia życiowe odbijały się piętnem boleści na powierzchni serca, zadając torturę, która wybrzmiewa w głosie; nie bezpośrednio, ale w końcówkach sylab, gdzieś w mowie ciała, drzemie. Dostrzegał te zmiany; widział znacznie więcej, niż mogła, tego oczekiwać nieraz łapiąc myśl, że potrafił odgadywać jej emocje, bez wypowiedzenia choćby słowa, tak naturalnie, całkowicie zwyczajnie – czuł ją.
Uśmiechnął się lekko, kącikami ust na słowa o tym, co uczyniła. Mógł się tego spodziewać, była do tego zdolna, co więcej odczuwał specyficzną ulgę na myśl, że potrafiła ten gniew wyrzucić z siebie w tak prostym, prymitywnym wyrazie przesłaniającym widmo poniesionej straty.
Wsparcie…
— Wiem, jak się czujesz — słowa sucho zabrzmiały; inaczej niż dotychczas. Śmierć Persephone, utrata brata; naznaczona widmem rodzinnego nieporozumienia i brakiem akceptacji, gdzie winą obarczał ojca, najstarszego brata i siebie samego. Bezsilność, która wyłamywała palce ze stawów za każdym razem, gdy myślał o tym, jak wiele mógłby naprawić, gdyby wiedział i widział więcej. W tych chwilach poczucie głębokiej apatii napływało na niego, jak kurtyna nocy otulając i zamykając przed światem. Był tylko on i cisza.
Pierwsze łzy, diamenty w świetle słońca – migoczące, gdy spływały po linii żuchwy i spadały w przestrzeń między nimi. Nie można było tego powstrzymywać, a wyłącznie dłoń obejmująca partnerkę, mogła sięgnąć jej ręki, aby to na niej mogła wyładowywała nerwowość. Był jej oparciem i filarem.
Niemal niezauważalne skinienie głowy – pewność rysująca się w czekoladowych oczach, teraz znaczących się mocniej; mroczniej. Tak jakby wiedział, co należy zrobić i w ułamku sekundy podjął stosowną decyzję. Szala zaufania – pomost łączący umysły. Zrozumienie, kryjące się w chaosie myśli, jakie ją wyniszczały od środka, czy znajdzie lekarstwo? Nie, nie szukał go. Bo wiedział, czym ono było, lecz akceptacja i zrozumienie, tego, przez co przechodziła ona – tak dzielna, a jednocześnie tak krucha, budziło w nim przejawy najwyższej troski.
Klasycznie elegancka, ciemna różdżka pojawiła się w dłoni mężczyzny, gdy ten spojrzeniem odnalazł jej wzrok. Słowa Melusine dźwięczały echem rozpaczy w jego głowie – pozwolił im wybrzmieć, trwać – świadomy tego, że zostaną z nim na zawsze we wspomnieniach. Ledwie niezauważalne skinienie głowy zdradzał zgodę na to – ufała mu.
— Legilimens — wypowiedział szeptem; lekko i miękko, tak jakby zaczynał modlitwę błagalną do starych bogów.
Mgła utkanych wspomnień, te niczym fotografie przecinały przestrzeń w zawieszeniu, dostrzegał i rozumiał wszystko, to czego ta doświadczała. Pobojowisko w mieszkaniu… trumna z ciałem brata zapadająca się w wilgotnej ziemi… ostatnie pożegnanie, a później apatia, strach, pustka. Kreacja kobiety silnej, dla dobra rodu, która łamała się wewnętrznie pod naporem niewypowiedzianej boleści, tych wszystkich nagromadzonych emocji. A jednak w tym wszystkim, dostrzegał zarysy; znane mu w profilu jej osoby, ten charakterystyczny błysk w oku – ta determinacja. Była niczym niezmordowany wilk na tropie zwierzyny – nawet jeśli zraniona, tak wytrwale osiągnie celu, charakterna, silna, wytrwała, gdzieś między kalkami wspomnień i szeptami myśli, dostrzegalna intencja pomocy wypływała jasnym światełkiem ciepła.
Uścisk dłoni, gdy wypełnił pustkę między ich ciałami. Palce silnie splotły się w węźle naznaczonym i przypieczętowanym krwią i ciepłem.
— Jesteś ze mną bezpieczna
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
08-02-2026, 19:29
Rozumiał ― a to rozumienie nie miało w sobie ani litości, ani pobłażania. Wiedział i nie dyskredytował jej istnienia pod żałobnym woalem, który nosiła jak skórę po kimś innym, jeszcze ciepłą, jeszcze nie do końca obcą. Trwał i był, chociaż nie winien był tego robić; jego obecność była wyborem wbrew rachunkowi strat. Bo kimże ona była, by rościć sobie prawo do drobnych gestów wobec kobiety już nieobecnej, a jednak wciąż zapisanej w przestrzeni między nimi ― nie jako mit, lecz jako fakt: dobra rozmówczyni, dobra kochanka, ktoś więcej niż zbiór łóżkowych ekscesów.
Ich wspólność rodziła się gdzie indziej. W szachach, gdzie potyczki kończyły się nie zwycięstwem, lecz zawieszeniem broni; w gmeraniu nad historiami faktów, gdzie prawda była ruchoma, a interpretacja ostrzem. To było bliższe, bardziej intymne niż dotyk. Wielbiła widzieć jego skrzywienie ― ledwie uchwytny grymas, gdy odkurzał mowę niezbyt francuską, łamiąc ją akcentem, jakby język sam stawiał opór temu, co chciał wyrazić. Albo gdy ona łamała jego obronę wierszami, w języku kochanków literackich, spragnionych sensu bardziej niż spełnienia. Były chwile, gdy zbywał ją namaszczeniem własnych warg ― nie pocałunkiem, lecz jego zapowiedzią, znakiem przynależności, który dyskryminował codzienność jedną chwilą ciszy. Tą ciszą, która zapadała zawsze, gdy się widzieli, jakby świat musiał na moment zamilknąć, by zrobić miejsce czemuś pięknemu, choć nienazwanemu. W pauzie nie było winy. Była świadomość.
Gdzieś w pamięci zakołysało, jakby echo obcego kroku na kładce świadomości, gdy ostatnim razem próbował wejść do jej głowy. Wtedy odkryła przypadkiem perswadę jego umiejętności ― nagą, bezwstydną w swej skuteczności ― i wściekłość wybuchła w niej gwałtowna, pierwotna. Chciała go udusić nagością dłoni, nie ciała, lecz intencji; odciąć umysł od świata na cztery spusty, zamknąć wszystkie wejścia, spalić mosty neuronów. Tamta ona była jeszcze ostrzem. Reakcją. Teraz była raną, która nauczyła się oddychać. Tym razem pozwalała. Więcej ― prosiła. Zamknęła oczy, jak zamyka się drzwi w burzy, i nadkładała przed nim cały ciężar ostatnich tygodni: stratę, zmęczenie, nocne nawroty żalu, który nie pytał o porę. Los mógł ją dewastować do woli, mógł ją zdradzić Lestrange, jeśli taka była kolej rzeczy ― lecz buńczuczny duch miał na nowo się odrodzić.
Pierwsza chwila była nieprzyjemna. Instynkt krzyczał, by się odciąć, zablokować, nie ruszać ani jednej myśli. Czuła, jak coś w niej próbuje zatrzasnąć wrota, jak mięsień pamięci napina się do obrony. Nie zrobiła tego. Została. Pozwoliła, by segmenty umysłu puszczały jeden po drugim, jak stare zamki, które w końcu uznają porażkę. Mary wychodziły z mroku kolejno ― obrazy, impulsy, lęki ― uległe nie dlatego, że słabe, lecz dlatego, że zmęczone walką.
― Współczuję tym... których masz w zwyczaju torturować ― Impas sprzeniewierzenia opadał powoli, gnuśnie, jak ciężka mgła po dolinie, którą czas musiał przejść pieszo, bez skrótów i litości. Każda minuta była bolesna, szorstka, nieprzyjazna ― ale konieczna, by napięcie w końcu straciło ostrość. Głowa uleciała jej w bok niemal odruchowo, jakby ciało wiedziało wcześniej niż myśl, gdzie szukać schronienia. Skryła twarz w zakamarku męskiej szyi, w tej osobliwej niszy bliskości, która nie obiecywała rozwiązań, lecz oferowała ochronę przed nadmiarem świata. ― Niebezpieczna z Ciebie persona, Monsieur Lestrange... ― mruknęła niemrawo, opatulając męską posturę dłońmi w mocniejszy ucisk. ― Przepraszam.
Zostań, tak po prostu.
Zaś ostatnie łzy ulatywały w zamyśleniu, czy oczyszczeniu?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 10-02-2026, 08:06 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.