• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Organizacja > Akta postaci > Zaakceptowane > Czarodzieje > Darcy Lovegood
Darcy Clea Lovegood
Obrazek postaci
Dusza
Personalia rodziców
Philibus i Rosemary (zd. Harrison)
Aspiracje
Samodzielne prowadzenie hodowli ropuch, pogłębienie umiejętności animagii
Amortencja
Drewno, sosna, wilgotny mech, słoma, czarna kawa
Różdżka
11 cali, sztywne drewno klonowe, rdzeń z włosia z ogona jednorożca
Hobby, pasje
Herpetologia, nowinki magimedyczne, krzyżówki, powieści detektywistyczne, pszczelarstwo
Bogin
Rozkładające się ciało męża
Umysł
Data urodzenia
16 kwietnia 1938
Miejsce urodzenia
Dolina Godryka, Anglia
Miejsce zamieszkania
Obrzeża Hogsmeade, Szkocja
Język ojczysty
Angielski
Genetyka
Czarownica
Ukończona szkoła
Hogwart, Gryffindor
Zawód
Hodowczyni magicznych ropuch
Czystość krwi
Półkrwi
Status majątkowy
Stabilna sakiewka
Ciało
24
164
52
Wiek
Wzrost
Waga
brudna zieleń
wypłowiały brąz
Kolor oczu
Kolor włosów
Budowa ciała
Dość wysoka i smukła, nadal nosząca na sobie znamiona walki z mentalną niechęcią do jedzenia. Pociągła twarz, długa, łabędzia szyja, dłonie o odrobinę chropowatych od pracy opuszkach.
Znaki szczególne
Poza kilkoma małymi i bladymi bliznami rozsianymi po ciele - brak. Dzięki animagii przybiera postać jeża o buro-beżowych igłach, z charakterystyczną różową plamką na czubku nosa.
Preferowany ubiór
Swobodny i nierzadko nastawiony na pracę, więc taki, którego nie będzie szkoda, jeśli zabrudzi się bez szansy na dopranie. Ciepłe koszule flanelowe i swetry, trochę sprane już spodnie, wygodne buty, które nadają się też do leśnych wędrówek. W przypadku wyjść do miasta nosi ich ładniejsze warianty.
Zajęty wizerunek
Maya Hawke
Obrazek postaci

1938 - Narodziny 

Wrzawa, szmer, pogłos, chichot. To pierwsze, co poznałam, przychodząc na świat w domu, który nazywaliśmy Kryjówką, położonym w północnej części Doliny Godryka. Mama zawsze twierdziła, że mój poród poszedł jak z płatka, a ona prawie nie odczuła mozolnego, letargicznego nadejścia dziecka rozpierającego jej ciało, powodu, dla którego w dzieciństwie z czułością nazywała mnie Susłem. Jej organizm przywykł do wydawania zdrowego potomstwa: kiedy w Kryjówce rozległ się mój pierwszy szloch, usłyszała to siódemka nieco starszych dzieci, zaglądając z zaciekawieniem przez uchylone sypialniane drzwi. To już?, pytała w kolejności druga najmłodsza latorośl, wystraszona tym, co działo się w pokoju. Już, ptaszyno, odpowiedziała matka, zapraszając do środka swoje pociechy. Wygląda jak żaba, stwierdził starszy o trzy lata brat, patrząc na pucołowatą, fioletowawą buzię niemowlęcia, którym byłam, za co zarobił od najstarszej siostry kuksańca pod żebra. Mama jedynie uśmiechnęła się, w łuk warg wkładając całą miłość do naszej ósemki, jej największej dumy, największego osiągnięcia. Lata temu obiecała ojcu dużą rodzinę i spełniła tę przysięgę, pozwalając mi łapać w małą piąstkę kosmyki jej włosów, jak gdyby były one najpiękniejszą girlandą, którą kiedykolwiek widziałam. Pewnie tak było. Nawet gdybym próbowała, nie dałabym rady odtworzyć farbami płomiennego koloru jej włosów, intensywnego i przywodzącego na myśl ogniska, które latem często rozpalaliśmy w ogrodzie; zawsze żałowałam, że w porównaniu do matczynej czupryny odziedziczyłam mysie, wypłowiałe pukle mojego ojca, ale niestety genów się nie wybiera. 

1938-1949 - Dzieciństwo 

Kryjówka była położona kilka przecznic od sklepu prowadzonego przez Philibusa Lovegooda, tatę, który sprawował pieczę nad menażerią magicznych stworzeń, najczęściej kugucharów, czarodziejskich ropuch, żabocików i lelków wróżebników. Nigdy nie zapomnę, jak odwiedzany przeze mnie sklep (właściwie od momentu, gdy nauczyłam się chodzić) pęczniał od ich melodii, kiedy zanosiło się na deszcz. Przywodziło to na myśl witą przez naszą ósemkę harmonijną kakofonię, wżartą w ściany, w podłogi i okna; na wszystkim odciskaliśmy naszą obecność, wiecznie w ruchu, w zabawie. Rosłam bowiem jak na drożdżach, goniąc wzrostem starszą siostrę, która poczuwała się w obowiązku bycia moją opiekunką z racji wieku, mimo że sama starsza o niespełna rok. Parzysta liczba pozwalała nam na grupowanie się w dwa oddziały, które przemierzały ogród w partyzanckiej bitwie, z dumą dzierżąc patyki imitujące różdżki; jeden ze starszych braci pojawiał się na polu walki ze starą miotłą mamy, nazywając się generałem, który zamierzał doglądać swoich oddziałów z przestworzy. Uwielbiałam te zabawy, choć gdy byłam mała, nie do końca pojmowałam zasady, które ustalaliśmy, i po prostu biegałam za starszym rodzeństwem, wymachując kijkiem. Były to rzadkie chwile, kiedy mama mogła zaszyć się w wyciszonym zaklęciami domu i odpocząć od ósemki wiecznie rozrabiających latorośli, aczkolwiek czas, który mogła przeznaczyć na siebie, zazwyczaj poświęcała gotowaniu obfitych posiłków, by wszystkich nas wykarmić. A nie było to prostym zadaniem - nie wiodło się nam zbyt dobrze. Sklep przynosił akurat tyle dochodu, byśmy nie przymierali z głodu, jednak rzeczy, które dostawaliśmy, w naturalny sposób przechodziły z jednego dziecka na drugie. Przywykłam do noszenia butów po starszych siostrach, do znoszonych, ale nadal zadbanych swetrów, do odrobinę postrzępionych szalików i pogubionych rękawiczek, przez co zawsze nosiłam je nie do pary. 
To, że nie mieliśmy za wiele, nigdy nam nie przeszkadzało. Rodzice wpoili nam szacunek, dzięki któremu rzeczy otrzymywały długie i dobre życie. Grymasiła tylko Xenophilia, druga najstarsza siostra, często wszczynająca kłótnie wrzące pod dachem Kryjówki o to, jak bardzo odstawała od koleżanek mieszkających w wiosce; nie podobało mi się, że krzyczała na rodziców, nie rozumiałam też powodu jej rozterek, dlatego w ramach małego upomnienia często wkładałam pod jej pościel złapane w ogrodzie żaby. Nie przypadało jej to do gustu. 
Urodziny były jedyną prawdziwą kością niezgody między mną a rodzeństwem. Nie lubiłam tego, że celebrowali je samotnie; dlaczego nie mogłam robić tego z nimi? Czemu nie mogłam być jubilatką osiem razy w roku? Zazwyczaj siedziałam wówczas naburmuszona przy stole, z rękami założonymi na piersi i wydętymi policzkami, i jeśli ktoś nie pozwolił mi zdmuchnąć świeczek z tortu razem z nim, dąsałam się aż do wieczora. Ten jeden raz był jednak szczególny. Miałam już prawie cztery lata, niebawem miałam obchodzić własny jubileusz, ale widok starszego brata nachylającego się nad ciastem tak, że okulary zjeżdżały mu po nosie, kiedy rodzeństwo kończyło śpiewać na jego cześć, tak mnie poruszył, że iskry dziecięcej magii wystrzeliły z mojego ciała, przeistaczając ciasto w balon, z którego uchodziło powietrze. Wzniósł się w górę i pędził przez całe pomieszczenie, aż ostatecznie wylądował na ścianie, wracając do swojej pierwotnej postaci. Mimo tego, jak zniweczyłam jej cukierniczą pracę, mama była ze mnie dumna, obiecując, że jutro upiecze jeszcze jeden tort; ja jednak popłakałam się przez myśl, że zniszczyłam ten konkretny słodycz, i na resztę dnia zaszyłam się w sypialni, zawstydzona swoim zachowaniem. Nie umiałam przez to docenić pierwszych podrygów magii, dopiero gdy tata wrócił do domu wziął mnie na kolana i wytłumaczył, że Rufus, jubilat, i mama wcale się na mnie nie gniewają, a to, co mnie spotkało, było powodem do radości i dumy. Pocałował mnie wtedy w czoło i zachęcił, żebym przełamała zakłopotanie i znalazła swoje rodzeństwo - wszyscy pomogliśmy wtedy mamie z upieczeniem dyniowych babeczek. Nazywaliśmy się Drużyną, a w Drużynie nikt nie potępiał swoich.

1949 - List z Hogwartu 

Osiem rodzajów magii dziecięcej w jednym domu to stanowczo za dużo, ale fakt faktem, od tamtego dnia nasze podwórkowe bitwy nabrały kolorów. Nie byłam już jedynie biernym żołnierzem, zamiast tego mogłam rozświetlać koniec patyka zimnym ogniem i udawać, że rzucam potężne zaklęcia, mające zmienić bieg wydarzeń. Mamie nie podobało się to, w jak wojenną spiralę wpadły nasze zabawy, dlatego kiedy wychodziła z domu, żeby odpocząć na ławce przy szopie, odruchowo zmienialiśmy motyw, tym razem wcielając się w poszukiwaczy skarbów i zaklinaczy potężnych magicznych bestii (czyli psidwaka i gnomów ogrodowych, które zalęgły się przy płocie). Pobierałam podstawową edukację u poczciwego sąsiada zza płotu, dobrego przyjaciela rodziców i pasjonata historii magii, który przy okazji uczył nas matematyki i ortografii, abyśmy do Hogwartu nie trafili jako kompletne głąby. Część z nas już znikała na dziesięć miesięcy w murach szkockiego zamku, który zamiast smakować ekscytacją, kojarzył mi się ze złem koniecznym. Po co miałam dokądkolwiek wyjeżdżać? Byłam najszczęśliwsza mając u boku rodziców i rodzeństwo, nie potrzebowałam żadnego zamku, żadnej Wielkiej Sali, żadnych gadających obrazów i żadnych egzaminów, nie podobało mi się to, że nikt nie zapytał mnie o zdanie. Mama tłumaczyła, że Hogwart to fantastyczna przygoda, tata perorował, ile ciekawych doświadczeń naukowych będę mogła tam znaleźć, starsze siostry opowiadały mi o swoich koleżankach i wieczorach spędzanych w dormitoriach, ale to niczego nie zmieniło: kiedy przyszedł list zapraszający mnie na pierwszy rok próbowałam przegonić sowę z parapetu, nie odebrawszy wiadomości, ale ona ku mojej udręce unikała machających dłoni z gracją, aż zmęczyłyśmy się obie. No nic, tego wyroku jak się okazało nie sposób uniknąć. Pocieszała mnie tylko myśl, że kiedy pociąg odjedzie ze stacji i zawiezie mnie w szkolne ramiona, będę miała obok siebie starsze siostry i starszych braci. 
Każdy z nich próbował umilić mi pierwsze oficjalne zakupy na ulicy Pokątnej, niestety - bez skutku. W przeszłości często bywaliśmy w kupieckiej alei, zdążyłam się więc z nią oswoić i nie przyjęłam okazji kompletowania własnej wyprawki jako niczego rewolucyjnego. Podobno szłam z dłonią mocno zaciśniętą na fragmencie maminej spódnicy i ciskałam z oczu tak przeraźliwe gromy, że tata wewnętrznie palił się ze wstydu, tłumacząc zaprzyjaźnionym małżeństwom z podekscytowanymi pociechami, że nie czułam się najlepiej, pewnie jakieś przeziębienie, w końcu dzieci miewają problemy z odpornością… Dobre sobie, nic mi nie dolegało! Po prostu nie chciałam zostawiać ani rodziców, ani domu, ani podwórka, ani kundelka, którego przygarnęliśmy kilka miesięcy wcześniej, ani menażerii, ani w ogóle niczego. Ostatnią nadzieję rodzice pokładali w zakupie mojego szkolnego towarzysza, zupełnie własnego zwierzęcia, które mogłam wybrać ze sklepu taty. Sowa, kuguchar albo ropucha, wybór, który powinien teoretycznie mnie zachwycić, a nawet na to grymasiłam i z ociąganiem patrzyłam na kojce oraz klatki w menażerii. Próbowałam stłumić wszystkie związane z tym pozytywne emocje. Nie chciałam czegoś, co mogło jakkolwiek umilić mi rok w Hogwarcie, nie chciałam żadnej bystrej sowy, sprytnego i miękkiego kota ani płaza o okrągłych i mądrych oczach, nie chciałam wymyślać im imion ani się do nich przywiązywać. Tata w końcu stracił cierpliwość i zdecydował za mnie, wręczywszy niepocieszonej latorośli klatkę z puchaczem. 

1949-1956 - Hogwart 

Kilka pierwszych miesięcy w Hogwarcie przypominało udrękę. Szybko uznałam zamek za zbyt wielki, żeby ktokolwiek zdołał zapamiętać bieg arterii korytarzowych, przestałam lubić kolor czerwony przez umieszczenie mnie w Gryffindorze przez Tiarę Przydziału, uczty uważałam za przesadne, bo w przepychu nie mogłam na nic się zdecydować, a rodzeństwo, w którym pokładałam nadzieję, odleciało niczym jesienne liście do swoich grup i przyjaciół. Życie pierwszy raz toczyło się obok mnie, nie ze mną, czy tego chciałam, czy nie. Nadąsaną miną odrzuciłam od siebie koleżanki, które z początku próbowały dać mi szansę, aż w końcu przeistoczyłam się w obiekt żartów głównie ze względu na sylwetkę, której daleko było do szczupłości większości dziewczynek. Surowe komentarze szwendały się za mną jak cień, wolałam chodzić korytarzami z opuszczoną głową, żeby nie musieć wstydzić się za to, jak wyglądam, bo szyderstwa łatwiej było znieść, kiedy się ich nie widziało. Waga nigdy dotąd nie była dla mnie problemem, lecz w Hogwarcie pojęłam, jak wieloma epitetami można zostać określonym, mając kilka kilogramów więcej. Dynia. Hipokampus. Gruby Mnich. Buchorożec. Może gdybym od początku była milsza… Na pewno, nie wszystkie z nas były smukłe jak miotły, a jednak ja jako jedna z nielicznych nie miałam wokół siebie prawie nikogo, do kogo mogłabym się odezwać. Przy rodzeństwie próbowałam nie pokazywać, że dzieje się coś niedobrego, zmyślałam nawet w listach do rodziców, żeby ich nie martwić - naszkicowana atramentem Darcy była wesołym i otwartym dzieckiem, nie zahukaną na własne życzenie marudą. A kiedy docierały do mnie ich szczęśliwe odpowiedzi, wyobrażałam sobie świat ich oczami: mnie otoczoną wianuszkiem koleżanek, uśmiechniętą, zajadającą się cukierkami z Miodowego Królestwa, chwaloną przez profesorów za dobre stopnie, może z zalążkiem jakiejś młodocianej sympatii na horyzoncie… Tamta Darcy musiała być całkiem w porządku. Dlaczego nie mogłam po prostu wcielić się w jej rolę? 
Prawda wyszła na jaw podczas wakacji po pierwszym roku nauki. Rodzice zauważyli, jak przygasłam, nawet rodzeństwo zwróciło uwagę na to, że nie miałam ochoty tak często wychodzić na podwórko, żeby bawić się w nasze absolutnie frywolne gry. Pewnego wieczoru mama przyszła do pokoju, który dzieliłam ze starszą siostrą, i korzystając z chwili samotności wciągnęła mnie na swoje kolana, choć upierałam się, że jestem już na to za stara. Spytała, co takiego działo się w szkole, bo nie mogłam dłużej udawać, że wszystko wyglądało kropka w kropkę jak w listach. Wtedy nie wytrzymałam: łkając w sweter mamy opowiedziałam jej o fatalnych początkach i samotności odczuwanej w zamku, o tym, że zachowałam się jak niemądra rzodkiew i odepchnęłam od siebie ludzi, którzy szczerze chcieli mnie poznać. Wyznałam jak mnie nazywają, jak zawstydzona czuję się przez własne ciało, a mama gładziła mnie po tyle głowy i całowała w skroń, zapewniając, że poradzimy sobie z tym podknięciem. Tego dnia mama zwołała żeńskie zebranie, zaprosiła do pokoju moje siostry i zachęciła, żebym przyznała się przed nimi do swoich trudności, mimo że okrutnie się tego krępowałam. Ale przecież byłyśmy Drużyną, a w Drużynie, jak się zarzekaliśmy, nikt nie potępia swoich - i tym razem także tego nie uczyniły. Zamiast wytykać mi głupotę i gburowatość, przerzucały się pomysłami na to, jak poniewczasie mogę wkupić się w łaski pozostałych Gryfonek, Xenophilia wypisała nawet na pergaminie to, czego kategorycznie powinnam unikać podczas posiłków w Wielkiej Sali, żebym straciła trochę niepotrzebnej wagi. Rok młodsza od niej Fawn obiecała, że zajmie się moją kondycją, a moja twarz nieśmiało rozpromieniła się refleksami nadziei, że Hogwart przestanie być dla mnie piekłem. 
Zdumiało mnie, że pomysły mamy i sióstr zaczęły działać. Moja sytuacja nie poprawiła się z dnia na dzień, koleżanki zareagowały podejrzliwością na moje próby spóźnionego przełamania lodów i ten stan rzeczy trwał miesiącami, jakbym okazała się nowym gatunkiem zwierzęcia, z którym nie do końca wiedzą, jak sobie poradzić. Najpierw zdobyłam jedną przyjaciółkę, potem kolejną, a pod koniec roku mogłam już wymienić kilka imion i nie udawać w listach do rodziców, wybierając je przypadkowo; wskazówki Xenophilii pozwoliły mi nawet zgubić kilka kilogramów i przestałam krępować się samym przebywaniem wśród ludzi, na trzecim roku podniosłam wzrok z kamiennej podłogi i odważyłam się zerkać na innych bez obaw, że patrzą na mnie i odbierają jako buchorożca. Wreszcie czułam się dobrze, pogodzona z opuszczaniem domu i nauką w Hogwarcie, z wyborem Gryffindoru przez Tiarę Przydziału, z moją rosnącą sympatią i ekscytacją zajęciami transmutacji, z podnoszeniem ręki, kiedy mogłam udzielić odpowiedzi na pytanie podczas opieki nad magicznymi stworzeniami, a także pełnego podziwu obserwowania szkolnej pielęgniarki, jeśli lądowałam u niej przez napadającą mnie słabowitość. Niestety popadłam ze skrajności w skrajność: jadłam teraz tak mało i tak rzadko, że czasem brakowało mi sił na zwykłe funkcjonowanie w ciągu dnia. Iphigenia, rok starsza ode mnie siostra, szybko zauważyła, że coś jest nie tak i od tamtej chwili czułam na sobie jej przenikliwy, sokoli wzrok przy każdej uczcie. 
Częste wizyty w Skrzydle Szpitalnym podsunęły mi pomysł na przyszłość. Choć od dzieciństwa zarzekałam się, że chciałabym pracować ze zwierzętami jak tata i co roku w wakacje pomagałam - podobnie jak reszta rodzeństwa - w sklepie przy magicznych stworzeniach, tym razem doszłam do wniosku, że moim powołaniem mogłoby być leczenie ludzi. Wtedy zaczęłam naprawdę porządnie przykładać się do nauki, marząc o stypendium na Evershire College of Arcane Arts: liczyła się dla mnie każda ocena, a dzięki temu, że wcześnie zaczęłam pilnować swoich wyników, miałam jeszcze trochę czasu do rygorystycznego przygotowania się do egzaminów końcowych. Rezultat okazał się więcej niż satysfakcjonujący i poczułam dumę, kiedy składałam dokumenty do uniwersytetu, jak na szpilkach oczekując wyników i ostatecznej listy przyjętych kandydatów. 

1956-1958 - Urwane Ars Sanatio 

Konkurencja nie była mała, chyba każdy marzył o kontynuowaniu nauki na drugim stopniu, więc mimo nadziei próbowałam wytłumaczyć sobie, że świat się nie skończy, jeśli mnie nie zaakceptują. Ale Evershire zdecydowało, że Darcy Lovegood ma prawo pojawić się na ich progu i zacząć naukę na kierunku Ars Sanatio - czytając oznajmiający to list pierwszy raz upiłam się ze szczęścia nalewkami z barku rodziców, razem z resztą rodzeństwa, która potem musiała dzielić ze mną matczyną reprymendę.
Magiczny uniwersytet był diabelnie wymagający. Przypominał wiecznie głodną bestię, którą należało karmić krwawicą nauki, determinacji i skupienia; na szczęście radziłam sobie całkiem nieźle, odznaczając się naturalnym talentem do magii leczniczej. Gorzej szło mi z eliksirami, dlatego po zajęciach pobierałam dodatkowe korepetycje u starszych studentów, przeważnie stypendystów jak ja, z którymi mogłam znaleźć wspólny język. Po zajęciach większość czasu poświęcałam nauce, wnikliwie studiowałam anatomię, zapamiętywałam treść wykładów w najdrobniejszych szczegółach, a na zajęciach w pocie czoła doskonaliłam czary z magii leczniczej. Miałam szansę stać się uzdrowicielem z prawdziwego zdarzenia, pomagać cierpiącym, być ostatnim bastionem stojącym pomiędzy pacjentem a czekającą na niego kostuchą - gdyby nie jedno przypadkowe spotkanie. Jeden błysk w oku, jeden uśmiech, jedno imię przebijające się przez głośną wrzawę potańcówkowej muzyki: Felix Diggory, tak się nazywał. Rok starszy Gryfon, którego przypomniałam sobie z Pokoju Wspólnego, w czasach szkoły zwracaliśmy na siebie bardzo mierną uwagę, ale tamtego wieczoru coś zaiskrzyło. Następnego dnia zaprosił mnie na herbatę i pączka, wspominaliśmy Hogwart, dzieliliśmy tym, kim staliśmy się po ukończeniu nauki na pierwszym stopniu. Okazało się, że po długich miesiącach spędzonych na pracy w różnych rezerwatach, posypujących jego ciało bliznami, o których nie chciał opowiadać za wiele, całkowicie poświęcił się rodzinnej hodowli magicznych ropuch, na co odpowiedziałam, że mój ojciec byłby zachwycony, a Felix zapytał, czy kiedyś będzie mógł go poznać - kto by pomyślał, że po kilku miesiącach zwróci się do poczciwego Philibusa Lovegooda o moją rękę? Polubili się, dobrze to przewidziałam, ja zaś przepadłam w miłości do niego, gotowa na wspólne ułożenie jednej życiowej ścieżki. Nie przewidziałam jedynie, że byłoby wskazane, żebym zamiast uzdrowicielskiej kariery zajęła się tym, czym zajmował się Felix. Poruszył tę kwestię pewnego wieczoru i choć bardzo się wtedy poróżniliśmy, ostatecznie niedługo później złożyłam rezygnację w Evershire, a po ślubie przeprowadziłam się do jego rodzinnego domu, pijana miłością, dla której byłam skłonna pogrzebać własne marzenia. Rodziców i rodzeństwo zapewniłam, że właśnie tego chcę, że dzięki temu będę szczęśliwa, wdzięczna, że nikt nie próbował odwieść mnie od pomysłu kompletnego przemeblowania mojego życia. 

1958 - Hodowla ropuch 

Niesamowicie dużo dowiadywałam się od dziadków Felixa. Za czasów ich młodości interes szedł świetnie, teraz nieco wytracając dawne tempo. Potrzebowaliśmy nowych pomysłów i świeżej, młodej krwi, którą stanowili on oraz jego rok młodszy brat, Caleb, czarodziej, którego uznałam za dość ponurego i introwertycznego, jako że notorycznie schodził mi z drogi i znikał, jeśli chciałam o czymś z nim porozmawiać. Dziwne, w szkole całkiem się lubiliśmy i nigdy nie posądziłabym go o to, że wyrośnie na mruka. Stanowił swego rodzaju czarną owcę, ponieważ dziadkowie przyjęli mnie ciepło, z miłością, jakbym była ich ukochaną wnuczką. Razem z babcią grywałam wieczorami w karty, pielęgnowałyśmy kwiaty, robiłyśmy przetwory na zimę i wymieniałyśmy się książkami, a z dziadkiem większość czasu spędzałam na terenie hodowli, ucząc się o specyfice i preferencjach wszystkich gatunków magicznych ropuch, a także wielu innych gatunków, o których on jako naczelny rodzinny gawędziarz uwielbiał opowiadać. Uwielbiałam łagodność ich spojrzeń, sękate wiekiem dłonie, uczuciowość, z jaką się do siebie zwracali, uwielbiałam w jaki sposób patrzyli na swoich wnuków i gotowi byli skoczyć za nimi w ogień. To kojarzyło mi się z moim domem i Drużyną, dlatego cieszyłam się, że weszłam do tak ciepłego świata, mimo że moje małżeństwo... nie było idealne. Felix miał bowiem tendencję do znikania. Wyruszał na samotne wyprawy do lasu, z których nierzadko wracał ze świeżymi otarciami, blady, zmęczony i nerwowy, rzucający przez ramię dziwnie powłóczyste spojrzenia, jakby nie był pewien, czy coś za nim stamtąd nie przypełzło. Pytałam go, co się dzieje, ale mąż zwykle milczał, ewentualnie wymawiał się nierównościami terenu albo nieudanym polowaniem. Jego ciało, już wcześniej będące pejzażem blizn, stało się tak nimi poszatkowane, że serce krajało się w piersi, ilekroć stawał przy mnie bez ubrania. Wiedziałam, że coś przede mną ukrywa, i z perspektywy czasu powinnam była bardziej zabiegać o dostęp do prawdy, wtedy jednak chyba bałam się, co znajdę za fasadą jego samotni. Co mogło być tak okropne, że wracał do mnie poturbowany, jakby ktoś celowo zrobił mu krzywdę. Podpytywałam o to dziadków i choć martwili się o niego jak ja, Felix niczego im nie wyjawił.

1958 - Animagia 

Dziadek Diggory szybko wtajemniczył mnie w swój sekret. W jednej chwili stał przede mną w swojej ludzkiej postaci, poczciwy staruszek o długiej brodzie i szeroko rozstawionych oczach przykrytych okularami, a w następnej brązowo-zielona żaba o mądrym spojrzeniu. Chyba do końca życia będę pamiętać szok, którego wtedy doznałam, bo nigdy nie zdarzyło mi się zobaczyć przemiany animaga - a kiedy już to zobaczyłam, nie mogłam pozbyć się marzenia, żeby potrafić to samo. Dziadunia nie trzeba było długo przekonywać, ze śmiechem przyznał, że pokazał mi swoją płazią formę, bo przewidywał, że roznieci tym moje ambicje i pragnienia. Od wtedy rozpoczęłam pilną naukę pod jego kuratelą. Niemal jak na studiach przykładałam się do każdego etapu: regularnie piłam napar z mandragory, przechadzałam się po lasach przylegających do naszego domu, wsłuchiwałam się w szum wiatru przemykającego między gałęziami drzew, w trzask ściółki pod podeszwami butów, w leniwy trel ptaków, słyszalny głównie podczas słonecznych dni. Jaką postać mogłabym przybrać? Długo nad tym myślalam, szukając odpowiedzi w otaczającej mnie przyrodzie, tak jak instruował dziadek. Podczas burz zamykałam się w sypialni, kładłam na łóżku i po prostu czułam, szukałam odpowiedzi, szukałam zjednoczenia z tym, co mogło być we mnie uśpione. Trwało to długo, zanim nadeszła pierwsza przemiana. Jeż? Kolczaste stworzenie, małe i zwinne, zdolne do schowania się w sobie i wykorzystania samego siebie jako naturalnej obrony, a to dopiero. Nie spodziewałam się, że moja animagia obierze ten kierunek, prędzej obstawiłabym dzięcioła, którego najczęściej słyszałam podczas spacerów, albo kota dachowca, zwykłą przybłędę burego koloru, dlatego kiedy udało mi się bezpiecznie odmienić po niecałym kwadransie, powiedziałam dumnemu dziadkowi, że to “chyba najfajniejsze zwierzę, na jakie mogłam trafić”. Roześmiał się wtedy prostodusznie, poprosił, żebym opowiedziała mu o swoich doświadczeniach, a wstęga nowej, głębszej więzi zacieśniła się wokół nas, dając nam coś, co stało się naszym małym zwycięstwem. Mąż, zaskoczony sukcesem, bardzo mnie pochwalił, a widokiem kobiecego ciała kurczącego się do małej kolczastej istoty zawsze potrafiłam wydostać chrapliwy chichot z jego gardła. Pracę w hodowli zaczęłam wykorzystywać czasem za formę treningu, brodziłam między ropuchami w animagicznej postaci, sprawdzając, co będę musiała uzupełnić w zagrodach ropuch, a każdy miesiąc otwierał mnie na głębsze zrozumienie nowej zdolności. Niebawem mogłam utrzymać magię w sobie przez godzinę, potem przez dwie, potem przez trzy…

1959 - Likantropia męża 

Zaczęłam podpytywać Felixa o powiększenie naszej gromady. Mogliśmy sobie na to pozwolić, mieliśmy środki, czas, stabilizację i bezpieczeństwo, odpowiadało mi też, że Caleb zdecydował się na wyprowadzkę, nigdy nie czułam się przy nim zbyt komfortowo przez dziwny sposób, w jaki mnie traktował. A teraz zyskałam poczucie, że przestrzeń, którą pokochałam, może być nasza - i naszego maleństwa, kiedy powiodą się nasze próby. Mąż jednak nie chciał o tym słyszeć, a nieco ponad tydzień później zaczął zachowywać się… dziwnie. Jeszcze dziwniej, niż wcześniej. Wydawał się osowiały i markotny, rzadko odzywał się niepytany, pewnie martwił się o to, jak jego brat radzi sobie na własną rękę, tym większe stało się moje zdziwienie, kiedy dostałam list od Caleba z prośbą o spotkanie sam na sam. Miał jakieś kłopoty? Coś, czym nie chciał się dzielić z bratem? W takim razie dlaczego ja? Nie lubił mnie, mógł porozmawiać z dziadkami, mimo ich coraz bardziej podupadającego zdrowia… Zgodziłam się jednak, a to, czego się dowiedziałam, absolutnie mnie zmroziło. Zarzucał Felixowi coś obrzydliwego. Twierdził, że mąż, którego kochałam, przy którym kładłam się spać i budziłam, zataił przede mną fakt zarażenie wilkołaczym przekleństwem. Oszukiwał mnie, był niebezpieczny, nie spędzał pełni tak, jak powinien, nie mogłam tego słuchać. Wrzasnęłam na Caleba, pytając, czemu nam to robi, czemu opowiada o bracie tak podłe bzdury, a potem kazałam mu się wynosić, jemu i kłamstwom, którymi próbował mnie nakarmić. Z wypiekami na twarzy opowiedziałam o tym Felixowi, oburzona i poruszona, na co blady jak ściana mąż warkliwie stwierdził, że Caleb zawsze miał durną fantazję. Nie musiałam się o nic martwić. Nie musiałam się przejmować. Nie musiałam go słuchać. Chyba chciałam mu uwierzyć, bo tak było łatwiej, niż przyznać przed samą sobą, że coś może być na rzeczy, bo mój mąż tak często zaszywał się w swoim lesie, że przypadały na ten czas także pełnie księżyca. Za każdym razem wracał blady, wycieńczony, poobijany. Za każdym razem odrobinę bardziej złamany niż wcześniej. Dopiero kiedy na naszym progu pojawili się przedstawiciele Ministerstwa Magii i przymusem zawarli jego imię i nazwisko w rejestrze wilkołaków, deklarując, że przez jego unikanie obowiązku będą trzymali go na krótkiej smyczy, świat, który dotychczas znałam, runął bezpowrotnie.  
Rozłam między nami trwał przez kilka cichych dni, podczas których próbowałam poukładać w głowie wiedzę o likantropii mojego męża. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego mi o tym nie powiedział, a zarazem rozumiałam doskonale: nigdy nie związałabym się z wilkołakiem, gdybym wiedziała wcześniej o zagrożeniu, którym mógł się stać, zarówno dla siebie samego, jak i dla swojej rodziny. Teraz stało się jasne, dlaczego znikał z domu i w jaki sposób dorabiał się otarć, w jaki sposób innymi bliznami maskował bliznę po ugryzieniu; zażądałam, żeby pokazał mi miejsce, w którym się zaszywał, poszłam tam z nim i na widok łańcuchów, którymi się skuwał, poczułam ich metafizyczny ciężar na samej sobie. Jak od teraz miało wyglądać nasze życie? Co miesiąc miałam się martwić, czy nie wedrze się przez próg, owładnięty szaleństwem i wściekłym poszukiwaniem mięsa do rozerwania? Nie byłam pewna, czy po tym wszystkim nadal potrafię mu ufać, oddaliliśmy się od siebie, a Felix od tamtej chwili nie był już taki sam. Stał się nerwowy, podejrzliwy, wyglądał przez okno w poszukiwaniu przyczajonych w krzakach czarodziejów inwigilujących jego ruchy. Warkliwie odpowiadał na troskę babci i dziadka, raz zasugerował mi nawet, że donoszę Ministerstwu o jego poczynaniach i zamiarach, że szpieguję go na ich polecenie i tylko dlatego z nim zostałam. Bzdura. Pod naszym dachem coraz częściej wrzały awantury, wszyscy próbowaliśmy przemówić mu do rozumu, przysięgaliśmy, że w zakamarkach nie ukryto podsłuchujących uszu, ani że nocą nikt nie zakradał się do środka i nie przeszukiwał jego rzeczy - niestety na próżno. Felix przestał nas słuchać, patrzyłam, jak mój mąż zmienia się na moich oczach nie do poznania, patrzyłam, jak każdego dnia gaśnie i staje się obcą osobą. Wychodził z domu w środku nocy, a ja wypatrywałam go z okna, siedząc jak na szpilkach i nie wiedząc, za ile godzin tym razem wróci; czy wróci w ogóle. W chwilach rozpaczy próbowałam podążać jego tropem jako jeż, ale kiedy mój mąż naprawdę chciał zniknąć, nikt i nic by go nie wytropiło.

1960 - Śmierć męża i samodzielność, hodowla z Calebem 

Moje przeczucia były słuszne: pewnego dnia Felix oznajmił, że nie zamierza wracać. W popłochu upychał rzeczy do plecaka, twierdził, że Ministerstwo na niego czyha, że próbują go zabić, że nigdzie nie jest bezpieczny. Po donosie Caleba, którego oboje nie rozumieliśmy, kompletnie się załamał. Wyszedł tamtego dnia z domu mimo moich próśb i błagań, a kiedy następnym razem go zobaczyłam, było to podczas wizyty potwierdzającej identyfikację jego ciała. Zginął w lesie. Zgubił różdżkę, odwodnił się i nie zdołał odnaleźć drogi powrotnej; patrzyłam na pustą skorupę, którą po sobie pozostawił, i łamałam własne serce rozważaniem, jak bardzo był przerażony i samotny, osaczony w psychozie, która ogarnęła go na zdradę brata. Wszędzie widział wrogów, przymusowy rejestr pomieszał mu w głowie. Wołał nas w gęstwinie, która go połknęła? Oddałabym wszystko, żeby wcześniej go znaleźć, albo żeby chociaż trzymać go za rękę w ostatnich chwilach życia, a zamiast niego obejmowałam jego dziadków, zapłakanych i niedowierzających w to, co się stało. 
Dziadek zmarł niedługo potem. Jego serce nie wytrzymało, umarł we śnie, zostawiając na moich barkach podupadającą na zdrowiu i pamięci babcię oraz całą hodowlę, którą nagle musiałam zająć się sama. Ropuchy nie rozumiały, że żałoba nas rozkrwawia, nadal potrzebowały tej samej opieki, a ja czułam, jakby dziadek ciągle patrzył mi przez ramię i sprawdzał, czy dobrze sobie radzę. Chciałam, by był ze mnie dumny, dlatego zamiast rozpaczać, przelałam swoje emocje w determinację i obowiązkowość. Wykonywałam nawet typowo męskie prace, którymi wcześniej zajmowali się Felix z Calem, i nie pozwalałam sobie na narzekanie. Dbałam również o babcię, która coraz bardziej zamykała się w sobie, jakby dusza zaczęła zatrzaskiwać się w okowach ciała; większość dnia zaczęła spędzać na wpatrywaniu się w okno w ciszy, czasem, jeśli miała dobry humor, dziergała coś jak dawniej. Nie rozmawiała już nawet na temat magicznych płazów, które niegdyś tak bardzo lubiła. 
Dom opustoszał. W ścianach mieszkały same wspomnienia czasów, w których wszyscy byliśmy naprawdę szczęśliwi; pod wpływem impulsu, chcąc odciąć się od likantropijnej stygmatyzacji Felixa, wróciłam do panieńskiego nazwiska, ale nie opuściłam miejsca, które stało się moim małym zakątkiem świata, wręcz przeciwnie, przykładałam się, czasem ponad własne siły, do dbania o posesję, o wnętrze chatki i przede wszystkim o biznes, nie chcąc pozwolić mu upaść. Stałam się zaradna, zaradniejsza, niż kiedykolwiek się spodziewałam. Wypracowałam pewną rutynę, która zaczęła działać i przynosić rezultaty, mechanizm działania domu wrócił na poukładane tory… I właśnie wtedy wrócił do nas Caleb, twierdząc, że ma udziały w hodowli od wujka Alberta, którego nigdy nie widziałam na oczy. Nie ufałam mu, nie po tym, co zrobił Felixowi, dlatego zwróciłam się z prośbą do profesjonalistów o weryfikację dokumentów i po szczegółowym wywiadzie okazało się, że rzeczywiście dzielimy udziały na pół. Wrócił do domu, a ja tak po prostu miałam się z nim liczyć? Z jego zdaniem? Stworzyłam coś, co funkcjonowało bez niego, tymczasem teraz każdą decyzję powinniśmy byli wspólnie uzgadniać. Doprowadzało mnie to do szału, tym bardziej, że od dawna dawał mi odczuć brak sympatii, traktował jak zło konieczne, od którego lepiej uciekać, niż je poznać. Nie mogłam jednak wyrzucić go z domu, tak jak on nie mógłby wyrzucić mnie - dlatego zdarzało się, że sprawdzałam go w animagicznej postaci, próbując upewnić się, czy czegoś nie kombinował.  
Niewiele zostało już z dawnych Drużyn. Niewiele z dawnych marzeń. A ciche, szeptane w noc pragnienie, by cofnąć czas, rosło we mnie wprost proporcjonalnie do goryczy dnia codziennego. 
0
Pozostało PP
mind
0
Pozostało PM
3
0
0
OPCM
Uroki
Czarna magia
11
15
5
Transmutacja
Magia lecznicza
Eliksiry
5
5
10
Siła
Wytrzymałość
Szybkość
Ścieżka I — Magiczne mikstury
Teoria alchemiczna
Eliksiry i maści
Ścieżka III — Opieka nad magicznymi stworzeniami
Hodowla magicznych stworzeń
Wiedza i zrozumienie magicznych stworzeń
Tropienie i śledzenie
Leczenie magicznych stworzeń
Ochrona zagrożonych ekosystemów
Ścieżka VII — Magia uzdrawiania
Anatomia, fizjologia i sekcje zwłok
Pierwsza pomoc
Podstawowa opieka medyczna nad pacjentem
Ścieżka XI — Ekonomia i handel
Zarządzanie finansami
Sztuka negocjacji handlowych
Rozpoznawanie wartości przedmiotów dotyczących profesji postaci
Ścieżka XIII — Szpiegostwo
Skradanie się
Ścieżka XVI — Społeczeństwo i wpływy
Urok osobisty
Sztuka kłamstwa i oszustwa
Odczytywanie emocji i czujność
Ścieżka XVII — Artyzm i twórczość
Szycie
Ścieżka XVIII — Sport
Pływanie
Latanie na miotle
Taniec współczesny
Ścieżka XIX — Technika i rzemiosło
Gotowanie i sporządzanie napojów
Pszczelarstwo
Ścieżka XXI — Magiczna umiejętność
Animagia

drzewko

Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
29-01-2026, 21:12

Witamy na forum Serpens!

Mistrz Gry utworzył dla Ciebie osobisty dział, w którym została umieszczona Twoja skrytka bankowa. Udaj się do niego i opublikuj temat z sowią pocztą oraz umieść tam swój prywatny kuferek. Na start otrzymujesz też od nas skromny prezent – znajdziesz go w swoim ekwipunku.

Możesz już rozpocząć zabawę na forum! Zachęcamy, abyś sprawdził, co Ci się przyśniło, rozeznał się w aktualnych wydarzeniach oraz spytał, kto zaczyna.

Odtąd Twoje słowa, decyzje i sojusze mają znaczenie. Uważaj, komu zaufasz — wężowe języki są zdradliwe. Dobrej zabawy!

Karta zaakceptowana przez: Igor Karkaroff

    Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
30-01-2026, 09:05

Darcy Lovegood

Ekwipunek

pozostałe przedmioty spoza automatycznego ekwipunku

darmowa sowa pocztowa

Historia rozwoju

[31.01.2026] zatwierdzenie karty postaci, +1 transmutacja
    Odpowiedz
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 02-02-2026, 12:30 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.