• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Dorset, Corfe Castle > Sypialnia Iris
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
20-01-2026, 22:01

Sypialnia Iris
Sypialnia tonie w przytłumionym świetle, które przesącza się przez ostrołukowe okna, kładąc na drewnie i tkaninach chłodny, niemal sakralny spokój. Łóżko stoi jak ołtarz codziennego odpoczynku, ciężkie i ciche, otoczone książkami. To przestrzeń snu i myśli, gdzie noc nie przynosi ucieczki - jakby nawet odpoczynek miał tu wymiar refleksji. W powietrzu unosi się miękka woń starego papieru i polerowanego drewna, ale przenika ją subtelny, osobisty akcent - zapach irysa i lawendy, chłodny, elegancki, pozbawiony słodyczy. Tkaniny zatrzymują na sobie ciepło skóry i cień perfum noszonych oszczędnie, z nutą piżma i suszonych ziół.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Amodeus Nott
Czarodzieje
well fed devils behave better than famished saints
Wiek
32
Zawód
Łamacz klątw; badacz run i artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
9
8
Brak karty postaci
24-02-2026, 23:52
4 maja 1962


Drzwi jadalni zamknęły się za nim z cichym, niemal uprzejmym kliknięciem, które nie miało w sobie nic z dramatyzmu chwili, a jednak w jego uszach zabrzmiało jak dźwięk pieczęci przyłożonej do dokumentu, którego treść znana była od dawna, lecz dopiero teraz stała się ostateczna. Nie przyspieszył kroku. Nie miał w sobie potrzeby ucieczki ani gwałtownego odcięcia się od miejsca, które jeszcze przed momentem było sceną konfliktu. Szedł powoli, niemal z namysłem, jak człowiek, który zna drogę na pamięć i wie, że w gruncie rzeczy nie istnieje w tym domu przestrzeń naprawdę neutralna, bo każdy korytarz, każdy próg i każde drzwi pamiętają więcej, niż powinny.
Dom oddychał równym, obojętnym rytmem. Świece paliły się w niszach ścian, ich płomienie trwały w spokojnej, niemal demonstracyjnej stabilności; obrazy wisiały nieruchomo, a długie korytarze pozostawały takie same jak zawsze — stabilne, niezmienne, pozbawione wątpliwości. W tym właśnie tkwiła ich siła. W tej nieporuszonej ciągłości, która nie reagowała na podniesiony głos, na sprzeciw, na pęknięcia powstające przy stole. To miejsce nie uznawało chwilowych wstrząsów. Wchłaniało je, wygładzało, przywracało do porządku, jakby każde zaburzenie było jedynie chwilową niedoskonałością w większym, doskonale obliczonym mechanizmie.
A on przecież rozumiał tę konstrukcję.
Rozumiał ją lepiej, niż chciał przyznać.
Wychowywano go do tego, by widzieć dalej niż chwila. By mierzyć decyzje nie przez pryzmat uczuć, lecz konsekwencji rozciągających się na lata, czasem na pokolenia. By myśleć o rodzie jak o organizmie, w którym jednostka bywa jedynie tkanką podporządkowaną większej całości, czasem wymienialną, czasem poświęcalną, lecz zawsze wtórną wobec struktury. Potrafił dostrzec sens w takim porządku, potrafił nawet podziwiać jego surową logikę — chłodną, konsekwentną, wolną od sentymentalnych ustępstw.
Wciąż nie potrafił przejść obojętnie obok sposobu, w jaki ten porządek był egzekwowany.
Nie treść bolała najmocniej, lecz forma przekazu. Ten charakterystyczny chłód, który zamykał rozmowę, zanim ta zdążyła stać się dialogiem. Redukcja emocji do wartości niemal podrzędnej, jakby były jedynie niedojrzałym szumem, który należy wyciszyć dla dobra konstrukcji. Ich głosy zostały sklasyfikowane szybciej, niż zdążyły wybrzmieć — przypisane do kategorii młodzieńczego wzburzenia, a więc z definicji niewartego realnego uwzględnienia. W tej klasyfikacji nie było miejsca na stanowisko. Była jedynie hierarchia.
Zatrzymał się przy wysokim oknie wychodzącym na ogród. Noc była bezwstydnie spokojna, niemal demonstracyjnie obojętna, jakby świat zewnętrzny nie miał obowiązku uczestniczyć w ich prywatnych wojnach. Oparł czoło o chłodne szkło i przez krótką chwilę pozwolił sobie nie myśleć o niczym konkretnym, jedynie czuć ciężar własnego oddechu, równy i kontrolowany. W odbiciu widział twarz zbyt nieruchomą, zbyt opanowaną — twarz kogoś, kto właśnie przeszedł przez konflikt bez krzyku, lecz nie bez konsekwencji, i kto zaczyna rozumieć, że opanowanie bywa najgroźniejszą formą sprzeciwu.
Nie wrócił do swojego pokoju.
Zamiast tego skręcił w stronę bocznego salonu, gdzie barek stał w półmroku, dyskretny i elegancki, jak wszystko w tym domu. Otworzył go bez pośpiechu, jakby nawet ten gest wymagał zachowania formy. Szkło odbiło światło świec w chłodnych refleksach. Przesunął wzrok po ustawionych równo butelkach, po etykietach, po starannie dobranych rocznikach. Ta symetria była niemal uspokajająca — świat uporządkowany, przewidywalny, zamknięty w ramach, które nie pękają pod wpływem emocji.
Palce zacisnęły się na karafce whiskey.
Ciężar butelki był konkretny, prawdziwy, stabilny — nic w nim nie udawało lekkości ani uprzejmej łagodności. Wyjął dwie kryształowe szklanki; ich cienkie ścianki zetknęły się z cichym, czystym dźwiękiem, który w tej ciszy zabrzmiał wyraźniej, niż powinien. Przez chwilę stał bez ruchu, pozwalając, by chłód szkła uspokoił napięcie w dłoniach. Nie chodziło o zapomnienie. Chodziło o to, by nie zostać samemu z ciężarem, który nie miał jeszcze nazwy.
Ruszył przed siebie bez wyraźnego planu, jakby dom sam prowadził go w miejsca, w których mógłby ją znaleźć.
Oranżeria przyjęła go wilgotnym zapachem ziemi i liści. Księżycowe światło przecinało szklany dach, rozlewając się na posadzce w bladych, geometrycznych plamach. Liście poruszyły się lekko, gdy minął je zbyt blisko, jakby reagowały na obecność, która wniosła do tej przestrzeni napięcie niepasujące do ich spokojnego wzrostu. Ta cisza była inna niż ta w jadalni — organiczna, oddychająca, niewymuszona. Nie było jej tam.
Biblioteka była jeszcze cichsza. Ciężkie regały, oprawne w skórę tomy, fotel przy kominku — wszystko trwało w uporządkowanym bezruchu, jakby nawet wspomnienia miały tu swoje wyznaczone miejsce. Zatrzymał się przy oparciu krzesła, na którym Cassius siadywał najczęściej, i przesunął po nim dłonią. Ten gest nie był sentymentalny. Był pamięcią zapisaną w mięśniach, w przyzwyczajeniu do obecności, która przez lata stanowiła punkt odniesienia.
Zanim zdążył się powstrzymać, znalazł się przed drzwiami jego pokoju.
Stanął przed nimi dłuższą chwilę, z butelką i szklankami w dłoniach, jakby wahał się, czy ma prawo naruszać ciszę, która osiadła tam jak kurz. Nacisnął klamkę. Drzwi ustąpiły cicho. Wnętrze było niemal nienaruszone, jakby czas zatrzymał się tu z premedytacją, jakby najmniejsza zmiana była aktem zdrady wobec przeszłości. Powietrze miało tam inny ciężar — nie tyle duszny, co zagęszczony milczeniem, które przez lata osiadało na meblach, książkach, parapecie, na wszystkim, co pozostało bez właściciela.
Zrobił jeden krok do środka.
Blizna na przedramieniu odezwała się nagle, ostrym, krótkim ukłuciem, które zawsze przychodziło bez ostrzeżenia, jakby ciało pamiętało szybciej niż umysł. Nie był to ból w czystej postaci, lecz sygnał — przypomnienie o chwili, w której coś zostało utracone w sposób nieodwracalny, bez możliwości negocjacji. Ucisk w klatce piersiowej pojawił się równocześnie, głęboki i znajomy, jak echo tamtej nocy, której nie dało się zamknąć w jednej narracji ani jednym wyjaśnieniu.
Nie potrzebował obrazów — wystarczyło napięcie.
Wycofał się, zamykając za sobą drzwi ostrożnie, jakby obawiał się, że zbyt gwałtowny ruch naruszy kruchą równowagę pomiędzy pamięcią a teraźniejszością. A dziś nie potrzebował duchów.
Kiedy dotarł pod pokój Iris, jego krok był znów równy, kontrolowany. Światło pod drzwiami było subtelne, niemal złote, odcinające się od chłodu korytarza. Przez chwilę stał bez ruchu, wsłuchując się w ciszę po drugiej stronie. Wiedział, że to nie będzie rozmowa o racjach ani o strategii. Wiedział też, że jeśli zostanie sama z tym ciężarem, noc stanie się dłuższa, niż powinna, a milczenie zacznie pracować przeciwko niej.
Zapukał trzy razy, spokojnie i wyraźnie.
— To ja — odezwał się na tyle głośno, by nie było wątpliwości. — Mogę?
Uchylił drzwi na tyle, by wsunąć przez nie głowę, a potem uniósł lekko butelkę i dwie szklanki w półironicznym, lecz czytelnym geście. Na jego ustach pojawił się cień uśmiechu — nie wesołego, lecz świadomego, jakby oboje rozumieli, że niektórych rozmów nie prowadzi się przy winie, które smakuje jak kolacja.
— Uznałem, że przyda się coś mocniejszego od wina.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Iris Nott
Czarodzieje
jesienne róże, róże smutne herbaciane; jesienne róże są jak usta twe kochane
Wiek
25
Zawód
historyk; badacz starożytnych run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
3
Siła
Wyt.
Szybkość
5
12
6
Brak karty postaci
27-02-2026, 12:08
Drzwi do jej sypialni zamknęły się ciszej niż zwykle. Iris nie trzaskała nimi nigdy - nawet teraz, gdy coś w niej domagało się gwałtownego gestu, dźwięku, który rozbiłby napięcie jak porcelanę. Zatrzasnąć je oznaczałoby przyznać, że straciła panowanie. A tego nie mogła sobie pozwolić. Nie tutaj. Nie w tym domu.
Stała przez chwilę oparta plecami o drewno, jakby sprawdzała, czy naprawdę jest już sama. Serce biło jej szybciej, niż powinno. Gniew, który przy stole wydawał się jasny i czysty, teraz rozpadał się na drobniejsze odcienie: wstyd, żal, zmęczenie, coś na kształt ulgi. Wypowiedziała słowa, których nie da się cofnąć. I choć część niej drżała na myśl o konsekwencjach, inna część - cichsza, głębsza - czuła, że nie mogła milczeć dłużej.
A jednak to nie twarz ojca powracała teraz najczęściej.
Nie „przyszłość”. Nie nazwisko Flint.
Twarz George’a.
Zupełnie nie na miejscu w tej przestrzeni. Zbyt żywa, zbyt prawdziwa wobec chłodnej symetrii rodowych ustaleń. Jego głos, kiedy mówił jej imię - bez tytułu, bez dystansu. Jego uważność, która nie miała w sobie kalkulacji. Jego śmiech, tak niepasujący do marmurowych korytarzy i srebrnych zastaw.
I nagła, bolesna świadomość, że to właśnie dlatego jest to niemożliwe.
Nie dlatego, że brakowało uczucia. Właśnie przeciwnie.
W tym domu uczucia nie były walutą. Były błędem w obliczeniach.
Podeszła do toaletki i zdjęła kolczyki z taką precyzją, jakby była to czynność rytualna. Każdy drobny gest przywracał jej kontrolę. Materiał sukni zaszeleścił cicho, gdy usiadła na brzegu łóżka. W pokoju panował porządek niemal nienaruszony - książki ułożone równo, zasłony zaciągnięte, świeca paląca się spokojnie przy biurku. Wszystko było na swoim miejscu. Tylko ona nie była.
George nie był sojuszem. Nie był nazwiskiem, które można zestawić z innym w rodowej księdze. Nie był decyzją podjętą przy stole.
Był wyborem.
A ona nie miała prawa do wyboru.
„Przyszłość”. Słowo powróciło jak echo. Przyszłość jako decyzja podjęta bez niej. Przyszłość jako układ. Przyszłość jako nazwisko, które miała przyjąć, choć jej własne wciąż brzmiało w niej zbyt wyraźnie.
Usiadła przy biurku i otworzyła jedną z ksiąg, choć nie miała zamiaru czytać. Palce przesuwały się po marginesie, po zapisanych drobnym pismem uwagach. Logika tekstu była czysta. Konstrukcja - zamknięta. Świat manuskryptów był uczciwy: twierdzenie, argument, wniosek. Nie udawał dialogu, gdy był monologiem. Nie nazywał przymusu troską.
Gdyby historia była uczciwa, myślała gorzko, zapisywałaby również to, ile razy kobiety milczały w imię „ciągłości rodu”.
Kiedy rozległo się pukanie, nie drgnęła gwałtownie. Jakby czekała na nie od chwili, gdy przekroczyła próg.
To ja. Mogę?
Zamknęła księgę bez pośpiechu, pozwalając, by dźwięk opadających stron wypełnił przestrzeń między nią a drzwiami. Przez krótką sekundę rozważała odmowę. Nie dlatego, że nie chciała go widzieć - przeciwnie. Właśnie dlatego.
Bo przy Amodeusie nie musiała udawać, że jej serce bije wyłącznie dla obowiązku.
— Wejdź — Odpowiedziała spokojnie. Gdy uchylił drzwi, światło z korytarza przecięło pokój cienką linią. Zobaczyła najpierw jego twarz - już nie napiętą gniewem, lecz skupioną, kontrolowaną. Potem butelkę i dwie szklanki. Ten półironiczny gest sprawił, że coś w niej zmiękło, choć nie pozwoliła, by było to widoczne w pełni.
— Uznaję to za postęp — Powiedziała cicho, unosząc wzrok na niego. — Spodziewałam się debaty, nie alkoholu.
Wstała i podeszła bliżej, by zrobić mu miejsce. Ich ramiona minęły się na ułamek sekundy, zbyt blisko, by było to całkiem neutralne. Czuła jeszcze w nim napięcie - nie to wybuchowe z jadalni, lecz to cichsze, które zostaje po zrozumieniu, że nie wygra się rozmowy.
— Matka będzie udawać, że nic się nie stało — Dodała ciszej. — Ojciec również. Jutro przy śniadaniu wszystko wróci do porządku. A my mamy zrobić to samo.
Nie patrzyła na niego, gdy to mówiła. Skupiła się na nalewanej whiskey, obserwując, jak bursztynowy płyn wypełnia szkło. Drżała minimalnie - tak, że tylko ktoś, kto znał ją od lat, mógł to zauważyć.
— Dziękuję, że nie pozwoliłeś mu mówić o Cassiusie w ten sposób — Wzmianka o starszym bracie sprawiła, że jej głos lekko zadrżał. Uniosła wzrok na twarz Amodeusa - tym razem nie było w nim ostrości. Było coś bardziej kruchego. Przez chwilę milczała, a potem dodała, ciszej: — Boję się, braciszku...
To wyznanie zawisło między nimi ciężej niż wcześniejsze oskarżenia. Nie było teatralne. Nie było dramatyczne. Było czyste. — Nie Leopolda. Nie małżeństwa nawet — Zrobiła krótką pauzę. — Boję się, że jeśli zgodzę się raz bez sprzeciwu, przestanę rozpoznawać, gdzie kończę się j a.
Zawahała się.
— I boję się… — Dodała niemal szeptem. — …że już zaczęłam mieć coś, czego nie powinnam mieć.
Nie powiedziała jego imienia. Nie musiała. Wzięła szklankę, ale nie wypiła od razu. Stała blisko niego, wystarczająco blisko, by ich oddechy niemal się wyrównały. W końcu usiadła na brzegu łóżka, wzrokiem wskazując mu miejsce obok siebie. Czując się swobodniej, podciągnęła jedną nogę pod pośladek i rozpięła dwa pierwsze guziki sukni, które zapięte sprawiały, że odczuwała duszności i dyskomfort.
Jej palce zastukały w szkło, z którego pociągnęła sowity łyk. Jeśli miała przed kimkolwiek uzewnętrzniać się, to tylko przed jedyną osobą na tym świecie, która rozumiała i znała ją najlepiej. Nie wiedziała jednak, czy powinna robić to w pełni - właśnie dziś.
— Co… co uważasz o czarodziejach półkrwi lub pochodzenia mugolskiego?
Pamięć jest jedyną formą władzy, której naprawdę się boję.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Amodeus Nott
Czarodzieje
well fed devils behave better than famished saints
Wiek
32
Zawód
Łamacz klątw; badacz run i artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
9
8
Brak karty postaci
05-03-2026, 20:59
Zatrzymał się na moment w progu, zanim wszedł do środka. Nie było w tym wahania — raczej odruch, który przez lata wykształcił się w nim niemal niezauważalnie. Krótka pauza pozwalająca ocenić przestrzeń, zanim stanie się jej częścią. Jego spojrzenie przesunęło się powoli po wnętrzu, tak jakby każdy pokój miał własny nastrój, własną temperaturę i historię zapisaną w drobnych detalach.
Dopiero potem zrobił krok naprzód.
Drzwi zamknęły się za nim miękko, niemal bezgłośnie, jakby nawet zawiasy w tym domu nauczyły się dyscypliny i powściągliwości.
— Nie mam już dziś siły na kolejne intelektualne potyczki — powiedział w końcu spokojnie. — Zwłaszcza na takie, w których druga strona nie ma najmniejszego zamiaru słuchać.
Jego głos nie był zmęczony w zwyczajnym sensie. Raczej wyciszony po starciu, które przestało być walką, a stało się jedynie demonstracją hierarchii.
Podszedł do niewielkiego stolika stojącego przy łóżku i odstawił butelkę oraz szklanki. Kryształ zetknął się z drewnem z cichym, głuchym stuknięciem, które na moment zagłuszyło ciszę między nimi. Jego koszula nie wyglądała już tak, jak przy kolacji — dwa górne guziki pozostawały rozpięte, jakby w drodze do jej pokoju przestał przejmować się drobną formalnością stroju. Rękawy miał podwinięte niedbale do łokci, odsłaniając przedramiona, na których w świetle świecy można było dostrzec kilka starych, bladawych blizn przecinających skórę w nieregularnych liniach. Nie były świeże, nie były też czymś, czym się chwalił. Były po prostu częścią ciała, śladem rzeczy, o których w tym domu mówiło się rzadko i niechętnie.
Przez chwilę obracał karafkę w dłoni, obserwując, jak bursztynowy płyn przesuwa się ciężko w szkle, odbijając światło świecy. Gesty miał spokojne, niemal powolne, jakby każde z nich wymagało świadomego opanowania. Otworzył karafkę i nalał whiskey do dwóch szklanek z dokładnością niemal laboratoryjną. Strumień płynu wypełniał szkło powoli, a gdy przestał nalewać, obie porcje były niemal identyczne.
Jedną z nich podał Iris.
— Proszę.
Dopiero gdy sam sięgnął po swoją, pozwolił sobie na pierwszy łyk. Alkohol rozlał się w ustach ciepłem, które powoli schodziło w dół gardła. Na moment przymknął oczy, jakby sprawdzał, czy to wystarczy, by rozproszyć napięcie, które wciąż siedziało gdzieś głęboko pod żebrami. Nie było w tym przyjemności w lekkim sensie — raczej stabilność. Coś, co przywracało ciężar ciału.
Na jej uwagę o jutrzejszym śniadaniu uniósł lekko brew, jakby dopiero teraz przypomniał sobie o istnieniu kolejnego dnia.
— Nie mam najmniejszego zamiaru jutro z nimi śniadać — odparł spokojnie, opierając się lekko o krawędź stolika, zanim znów sięgnął po szklankę. — Jeśli ojciec uzna, że trzeba wrócić do tematu, będzie musiał zrobić to bez porcelany i herbaty.
Powiedział to tonem niemal neutralnym, jakby była to kwestia organizacyjna, nie bunt.
Kiedy wspomniała Cassiusa, jego dłoń zatrzymała się w połowie drogi do ust. Ruch był krótki, lecz wyraźny dla kogoś, kto znał go od lat. Przez chwilę patrzył na powierzchnię whiskey, jakby w bursztynowym płynie można było znaleźć odpowiednie słowa.
Odstawił szklankę na stolik.
— Ojciec nie ma prawa wypowiadać się o nim w ten sposób — powiedział w końcu.
Zdanie było krótkie. Wypowiedziane cicho. I ostateczne.
Nie rozwijał tego. Nie tłumaczył. Były tematy, których nie rozbierało się na części w ten sposób.
Dopiero gdy Iris przyznała, że się boi, jego spojrzenie zatrzymało się na niej dłużej. Między jego brwiami pojawiła się cienka linia, ledwie widoczny ślad skupienia. Przesunął wzrokiem po jej twarzy, jakby oceniał coś, co znał od lat, lecz właśnie zobaczył w nowym świetle. W jego oczach była przez moment ta sama dziewczynka, która kiedyś potrafiła godzinami siedzieć na schodach z książką większą od siebie. A jednocześnie ktoś, kto właśnie stanął naprzeciw ojca przy długim stole.
— Flint — powiedział powoli, jakby ważył to nazwisko. — Znam go z salonów. Nie wygląda na idiotę.
Wzruszył lekko ramionami, lustrując twarz siostry.
— I nie jest też najgorszą partią, jaką można by sobie wyobrazić. Znam co najmniej kilku innych kandydatów, których nazwiska ojciec chętnie widziałby w podobnym układzie.
Sięgnął po szklankę i upił powoli łyk whiskey, pozwalając, by alkohol na moment zatrzymał odpowiedź w gardle. Przez chwilę patrzył na powierzchnię bursztynowego płynu, jakby właśnie tam łatwiej było uporządkować myśli, których nie zamierzał jeszcze wypowiadać na głos.
— Billy obraca się w jego towarzystwie — dodał z cieniem krzywego uśmiechu. — Lub raczej on, w towarzystwie Billego. 
Jego spojrzenie znów spoczęło na Iris. Tym razem dłużej.
— Pomówię z nim. Dowiem się wszystkiego, co trzeba.
Powiedział to spokojnie, niemal rzeczowo. Nie brzmiało to jak obietnica. Raczej jak naturalna konsekwencja.
Na moment zamilkł. Jego spojrzenie przesunęło się po pokoju, jakby sam zastanawiał się, jak wiele z tych zasad było rzeczywiście niepodważalnych, a jak wiele jedynie powtarzanych wystarczająco długo.
Kiedy powiedziała, że ma coś, czego nie powinna mieć, między jego brwiami pojawiła się ponownie wąska linia skupienia. Milczał przez kilka sekund, przyglądając się jej w sposób, który nie był już wyłącznie braterską troską. Było w tym coś bardziej analitycznego — jakby powoli zaczynał układać w głowie elementy układanki.
Dopiero gdy padło pytanie o czarodziejów półkrwi i mugolskiego pochodzenia, uniósł głowę. Ruch był powolny, niemal opóźniony, jakby przez ułamek sekundy próbował zdecydować, czy rzeczywiście dobrze usłyszał.
Przez chwilę patrzył na nią bez słowa.
— Co uważam o czarodziejach półkrwi lub pochodzenia mugolskiego? — powtórzył za nią powoli, a między jego brwiami zarysowała się cienka zmarszczka zdradzająca zdziwienie nagłą zmianą tematu.
Pytanie nie pasowało do niczego, o czym mówili przed chwilą — ani do Flinta, ani do rozmowy przy stole, ani do gniewu, który jeszcze niedawno unosił się w powietrzu.
Sięgnął po szklankę i upił łyk whiskey, pozwalając, by alkohol na moment zatrzymał odpowiedź w gardle. Dopiero potem oparł się lekko o krawędź stolika.
— Szczerze mówiąc — powiedział w końcu z cieniem niemal niedbałej ironii — nie myślę o nich wcale.
Na kilka sekund zapadła cisza, ciężka, lecz nie niezręczna.
Amodeus patrzył na Iris dłużej, niż było to potrzebne dla zwykłej odpowiedzi. Jego spojrzenie przesuwało się powoli po jej twarzy, jakby próbował znaleźć w niej coś, co wcześniej mu umknęło.
— Dlaczego pytasz?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Iris Nott
Czarodzieje
jesienne róże, róże smutne herbaciane; jesienne róże są jak usta twe kochane
Wiek
25
Zawód
historyk; badacz starożytnych run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
3
Siła
Wyt.
Szybkość
5
12
6
Brak karty postaci
16-03-2026, 10:26
Przez krótką chwilę patrzyła na powierzchnię whiskey w swojej szklance, jakby w bursztynowym płynie mogła odnaleźć odpowiednią kolejność słów. Płyn poruszał się powoli przy każdym, nawet najdrobniejszym ruchu jej dłoni, odbijając światło świecy miękkim, ciepłym blaskiem. Ten widok miał w sobie coś uspokajającego - niemal hipnotycznego - jakby pozwalał na moment zatrzymać myśli, które zbyt szybko układały się w zdania, zanim zdążyła je ocenić. Pytanie Amodeusa zawisło między nimi spokojnie, lecz zbyt precyzyjnie, by można było je zignorować. Znała ten ton aż za dobrze. Nie był oskarżeniem. Nie był też przypadkową ciekawością. Był tym rodzajem uważności, który rzadko pozostawia przestrzeń na wymijające odpowiedzi.
Uniosła w końcu wzrok.
— Bo zaczynam podejrzewać... — Powiedziała powoli. — ...że większość tego, co powtarzano nam od dziecka o świecie, zostało zaprojektowane bardziej dla wygody naszych rodzin niż dla… prawdy.
Słowa wypływały z niej spokojnie, ale nie było w nich lekkości. Raczej ostrożność człowieka, który dopiero uczy się wypowiadać myśli, wcześniej istniejące jedynie w półcieniach rozważań. Iris sama była zaskoczona, jak naturalnie zabrzmiało to zdanie, choć jeszcze kilka miesięcy temu nie przyszłoby jej do głowy, by ubrać podobną refleksję w tak bezpośrednią formę. W tym domu pewne rzeczy funkcjonowały jak aksjomaty - nie dlatego, że ktoś je udowodnił, lecz dlatego, że powtarzano je wystarczająco długo. Zamilkła na moment, obracając szkło w palcach.
— W Hogwarcie to było łatwe — Dodała ciszej. — Tam wszystko jest prostsze. Domy, lojalności, uprzedzenia. Można udawać, że podziały są naturalne, bo tak zostały skonstruowane.
Jej głos przycichł jeszcze odrobinę, jakby mówiła bardziej do własnych wspomnień niż do znajdującego się obok Amodeusa. Hogwart miał w sobie coś uporządkowanego, niemal geometrycznego. Cztery domy. Jasne granice. Role, które przyjmowało się bez większego zastanowienia. W takim świecie łatwo było wierzyć, że rzeczywistość jest prosta - że istnieją ludzie właściwi i niewłaściwi, że historia już dawno podjęła wszystkie istotne decyzje. Dopiero później zaczynało się dostrzegać, jak bardzo ta prostota była konstrukcją.
Lekko uniosła jedno ramię, jakby zbywała własne słowa, choć w jej spojrzeniu nie było lekkości.
— A potem poznaje się ludzi poza tym układem.
To zdanie padło jeszcze ciszej niż poprzednie, niemal jak myśl wypowiedziana półgłosem. W jej pamięci pojawiło się kilka obrazów jednocześnie: biblioteka, zapach starych pergaminów, rozmowy, które zaczynały się od niepozornych pytań i kończyły długimi dyskusjami o historii, magii i rzeczach, o których w salonach nigdy się nie mówiło. Ludzie, którzy nie byli nazwiskami ani herbami, lecz osobami z własnymi opiniami, błędami i ciekawością świata. — I okazuje się, że niektórzy z nich mają więcej rozumu, więcej odwagi i więcej przyzwoitości niż połowa salonów, w których kazano nam dorastać.
Nie podniosła przy tym głosu. Nie było w nim gniewu ani buntu w teatralnym sensie. Raczej chłodna obserwacja, która zbyt długo dojrzewała, by teraz mogła zostać cofnięta jednym gestem. Iris wiedziała, że Amodeus zrozumie wagę tych słów - nie dlatego, że się z nimi zgodzi, lecz dlatego, że sam nauczył się patrzeć na ludzi nieco uważniej niż reszta ich rodziny.
Upiła niewielki łyk whiskey, pozwalając, by alkohol na chwilę zajął miejsce kolejnych słów. Ciepło rozlało się w gardle i klatce piersiowej, przywracając jej na moment poczucie fizycznej obecności w pokoju. Nie powiedziała nic więcej o tym, kogo ma na myśli. Nie wspomniała o bibliotece sprzed roku, o rozmowach, o spojrzeniu George’a, które nigdy nie traktowało jej jak nazwiska ani elementu rodowej układanki. Nie było w tym kłamstwa - lecz brak jednego imienia zmieniał znaczenie całej historii.
Kiedy znów spojrzała na Amodeusa, w jej oczach pojawił się cień ironii, który dobrze znał. — Poza tym — Sodała spokojniej. — Jeśli mam zostać żoną człowieka wybranego przez wuja i ojca, uznałam, że warto przynajmniej sprawdzić, czy cały świat rzeczywiście wygląda tak, jak nas uczono.
Była w tym nuta tej samej przekory, którą pamiętał z ich dzieciństwa. Iris rzadko otwarcie sprzeciwiała się zasadom - zamiast tego badała ich granice, przesuwając je o kilka kroków dalej, niż ktokolwiek przewidywał. W jej głosie brzmiała teraz właśnie ta postawa: nie jawny bunt, lecz chłodna ciekawość. Jej palce stuknęły lekko w szkło. — Bo jeśli nie… — Urwała, a kącik ust uniósł się nieznacznie. — …to całe to małżeństwo może okazać się jeszcze ciekawszym eksperymentem, niż ktokolwiek przy stole przypuszcza.
Uśmiech był subtelny, niemal naukowy w swojej naturze, jakby rzeczywiście rozważała hipotezę wymagającą sprawdzenia. Nie było w nim romantyzmu ani naiwnej nadziei. Raczej inteligencja, która szukała przestrzeni nawet w sytuacji, która dla większości ludzi byłaby jedynie wyrokiem.
Nie spuściła z niego wzroku. Między nimi zapadła cisza, lecz nie była to cisza pustki. Była pełna niedopowiedzeń, które oboje potrafili rozpoznać bez słów. Amodeus znał ją wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że powiedziała mniej, niż myśli. Iris zaś wiedziała, że właśnie to sprawi, iż jego ciekawość nie zniknie tak łatwo.
Nie powiedziała imienia George’a. Ale też nie skłamała.
Pamięć jest jedyną formą władzy, której naprawdę się boję.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 20-03-2026, 05:51 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.