• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Organizacja > Akta postaci > Zaakceptowane > Czarodzieje > Arthyen Borgin
Arthyen Borgin
Obrazek postaci
Dusza
Personalia rodziców
Tyberius Borgin i Wiera zd. Dolohov
Aspiracje
rozwijanie własnego potencjału, nieść chwałę rodzinie, dobrobyt finansowy
Amortencja
zapach lasu po deszczu, skóry i metalu; nuta krwi zmieszanej z żywicą
Różdżka
12 cali, dość sztywna, kasztan, włos z grzywy chimery
Hobby, pasje
rozwój fizyczny, myślistwo i tropienie, wspinaczka, literatura
Bogin
On sam, jako sponiewierane truchło w zapomnieniu
Umysł
Data urodzenia
20.11.1937
Miejsce urodzenia
Anglia, Hampshire, Burley
Miejsce zamieszkania
Londyn, al. Śmiertelnego Nokturnu
Język ojczysty
angielski
Genetyka
Czarodziej
Ukończona szkoła
Instytut Magii Durmstrang, Jötunn
Zawód
specjalista ds. Likwidacji Niebezpiecznych Stworzeń, przemytnik
Czystość krwi
Czysta
Status majątkowy
Stabilna sakiewka
Ciało
25
187
86
Wiek
Wzrost
Waga
zielono-szare
ciemnobrązowy
Kolor oczu
Kolor włosów
Budowa ciała
Sylwetka zwarta, pozbawiona demonstracyjnej siły — ciało wytrzymałe, z długimi kończynami i napięciem widocznym nawet w bezruchu. Postawa zdradza czujność; spoczywa, lecz nie odpoczywa w pełni.
Znaki szczególne
Twarz pociągła, o ostrych rysach i jasnych, chłodnych oczach. Skóra blada, jakby przyzwyczajona do półcienia. Szereg blizn ciągnących się po plecach i dłoniach. Znak Śmierciożerców na lewym przedramieniu.
Preferowany ubiór
Najczęściej uniform łowiecki i porządne buty doskonałe w teren. Ubiór stonowany i funkcjonalny: ciemne, proste kroje, warstwy zamiast ozdób. Preferuje odzież, która nie przyciąga uwagi, lecz daje poczucie kontroli — użytkową, surową, pozbawioną zbędnej dekoracyjności.
Zajęty wizerunek
Matthew Bell
Obrazek postaci
— Tell me, what is your name?
— Silence.
— Repeat that, I didn't hear you properly.
— Silence.


1937 - zrodzony z mrozu i krwi

Ciżba zgromadzenia pulsowała jak źle zszyta rana: zbyt wielu ludzi, zbyt wiele dźwięków, każdy przekonany o wadze własnego gardłowania. Jazgot gderających myśliwych mieszał się z nerwowym ujadaniem ogarów, które — podobnie jak ich panowie — miały aż nadto do powiedzenia, a niewiele do zrozumienia. W powietrzu wisiał ciężki, lepki odór flaków świeżo upolowanej zwierzyny, piętrzących się bez wstydu na drewnianych stołach, jakby sama obfitość miała pełnić funkcję rozgrzeszenia. Kufle grzanego wina i gorzały z nabożną pieczołowitością, zderzały się o siebie z łoskotem, który uchodził tu za radość. Listopadowy występek świętowania nadchodzących świąt miał swój osobliwy rytm: ofiara złożona na piedestale miłosiernych Nornir, by rok obecny — i najlepiej następny — raczył być łaskawszy, mniej skory do odbierania, a bardziej skłonny do udawania, że coś daje. Odkupienie grzechów, oczywiście tymczasowe, bo nikt nie miał złudzeń, że wystarczy na długo; ot, rodzaj umowy zawieranej co roku na nowo, z tą samą powagą i tą samą hipokryzją.
I to właśnie — poniekąd — zawsze pamiętał po swoich urodzinach, gdy jeszcze na kiwających się, niepewnych nóżkach pełzł za ojcem, dzielnie i bez zadawania pytań, obłóczony w ciepły kaftan z futrzanym zwieńczeniem obszernego kaptura. Był wtedy dodatkiem do sylwetki dorosłego, cieniem ciągnącym się po śniegu, świadkiem, nie uczestnikiem. Mielił w ustach pojedyncze zgłoski pierwszych słów, nieświadomy, że już wtedy układały się w zapowiedź przyszłych wyborów — tych, które z czasem przestały być wyborem, a stały się po prostu kontynuacją. Suchą, konsekwentną i, w gruncie rzeczy, dość przewidywalną.




1944 - objawienie magii, sucha codzienność

Pierwszy syn — pierworodna duma i przyszła spuścizna, brzemię noszone od pierwszego tchu. Najtrudniejsze przedstawienie zaczynało się, zanim nauczył się rozróżniać głód od chłodu; bez matczynej miękkości, ledwie spamiętanej w kołysce, której brak z czasem przestał boleć, bo stał się normą. Od kiedy pamięć sięgała, zasłuchiwał się za to w ojcowskie opowieści snute przy wyprawianiu skór — mity o bogach nordyckiego pogórza, potężnych i nieczułych, takich, którzy nigdy nie mieli dość i nigdy nie byli usatysfakcjonowani. Być może dlatego tak dobrze zapadały w pamięć.
Zostać wielkim myśliwym, jak Ulr z opowieści i jak ojciec z krwi i kości, było marzeniem wyłącznie z nazwy. W istocie stanowiło raczej systematyczne podżeganie ambicji, ostrzenie ich do granic rozsądku, aż przestawały ciąć, a zaczynały ranić noszącego. Nic nie było wystarczające. Każda zdobycz smakowała krótko, lakoniczne skinienie gasło szybciej niż ogień pod mokrym drewnem. Siła nigdy nie koiła — siła jedynie pobudzała głód, ten sam, który kazał iść dalej, głębiej, szybciej, choć nie bardzo było wiadomo dokąd. Muzyką nie były kołysanki, lecz szum listowia, chrzęst spękanych gałęzi na trakcie i ten ostatni, żałosny zryw zwierzyny, nim śmierć na dobre zalegała w jej mętnych oczach. Przemoc nie była celem; była kompensacją, narzędziem porządkowania rzeczywistości, w której brakowało prostych odpowiedzi. Trzask ogniska podczas nocnych sprawunków, skrzypienie palców przy zastawianiu wnyków i wystawianie ciała — oraz cierpliwości — na zapędy buńczucznej, angielskiej pogody składały się na rytuał, który miał hartować. Hart był nieposzlakowany, bo musiał taki być; ostrze ojcowskiego słowa nie znało stępienia, a batożenie za posępstwo błędów pełniła rolę kary.
Jeśli już wielbić chaos, to wyłącznie ten, który rodził się pośród napływających myśliwych po polowaniu — hałas wtórny, przewidywalny, niegroźny. W istocie bowiem wielbił ciszę; tylko ona dawała możność widzenia w lesie więcej i bardziej, odsłaniając to, co umykało innym. Cisza była narzędziem, nie luksusem. Pozwalała przebrnąć przez kolejne strofy mitów i niezliczone księgi ojca, porozstawiane na ciężkich półkach dębowych regałów. Tylko cisza mogła to unieść. Tylko cisza mogła — jak lubił sobie wmawiać — zagłuszyć wewnętrzny niepokój, który nigdy nie znikał, a jedynie zmieniał natężenie. I właśnie ona była pierwszą ofiarą, gdy skomlące chęci zabawy dzieciaki zapragnęły uwagi. Ukryty pośród stajni, w gęstwinie zapachu siana i wilgoci, pomyślał z nerwowym rozbawieniem, że pragnie tylko ciszy. Belka trzasnęła z godnym uwagi impetem, krzyk i ucieczka nastąpiły w porządku wzorowym, a on został sam — z pokracznym zadowoleniem, bardziej bestyjki niż dziecięcym. Satysfakcja była krótkotrwała, jak zawsze.



Zawsze wspominał obecność pałętających się czarnych ogarów krążących wokół ojca, ich podły, gardłowy skowyt niosący się po kniei jak obietnica kary, nie ostrzeżenie. Do tego spiekota potu roszącego skronie i to nieustanne wzmacnianie ducha oraz siły — jakby jedno bez drugiego nie miało racji bytu. Nawet małostkowość porzucania latorośli gdzieś hen w dziczy uchodziła tu za metodę wychowawczą; zawsze był on i ona, brat i siostra, pozostawieni naturze niczym źle dobrany eksperyment. Ojciec znikał, a las zostawał. Bywały chwile, gdy przy niej, w tej wymuszonej samotności bez nadzoru, tracił na powadze — płatał figle podszyte okrucieństwem dziecka, które uczy się władzy, karmiąc się trwogą Varinki. Śmiech miał wtedy krótki, urwany, jakby nawet on sam nie był do niego przekonany. A przecież potknięcia, te drobne i te groźniejsze, wzmacniały ich kolejno: duszę, ciało i wagę tego, kim byli dla siebie. Uczyły zależności, której nie nazywało się po imieniu.
Twarda dłoń wychowania była tu codziennością, nie wyjątkiem; nadawanie szlifu i siły stanowiło naturalne dopełnienie wszystkiego, co miało go uwiecznić w uporczywej narracji o sile przodków i ich własnej. Ból traktowano jak narzędzie korekcyjne — raz ranił dłonie o ostrości stromych ścian głazów, wspinając się z uporem godnym lepszej sprawy, wzmacniając ramiona i to kruche zaufanie do samego siebie, które wymagało ciągłego potwierdzania. Gdzie indziej, w innym czasie, przecinał powoli szlaki leśnego poszycia na grzbiecie usiężnego w kłębie ogiera, ucząc się kontroli nad tempem, nad strachem, nad cudzą siłą pod własnymi dłońmi. Zawsze miał więcej tej dwojakiej swobody, której młodszej siostrze odmawiano w imię uległości i posłuchu — przywilej pierworodnego, brzemię w jednym pakiecie. Cóż to była za głupota; ani on, ani ona nie bywali do końca przekorni wobec rozkazu, bo opór nie mieścił się w katalogu dozwolonych reakcji. Siła rosnąca z biegiem lat miała być orężem, nie pytaniem.
Z natarczywą czcią wielbił i niemal rytualnie namaszczał swoją pierwszą kuszę — dar ojca, podszyty troską o poprawę celności, a w istocie o coś znacznie bardziej użytecznego niż sport. Drewno chłonęło pot dłoni, cięciwa skrzypiała jak cierpliwy nauczyciel, ucząc, że wola ma sens tylko wtedy, gdy potrafi znaleźć ujście w precyzyjnym ruchu. Z biegiem lat kusza stała się nieodłączną składnią codzienności; przedłużeniem dłoni i decyzji, które nie potrzebowały już słów ani wahania. Pośród gęstwin leśnych, z siostrą u boku, wielokrotnie pełzali z dala od domu — nie z potrzeby ucieczki, lecz ćwiczenia. Doskonalili celność, ciche stąpanie po leśnym runie, uderzanie zwierzyny z zaskoczenia, zanim zdążyła pojąć własny błąd istnienia. Było w tym coś niemal prześmiewczo czystego: żadnych deklaracji, żadnej czułości, tylko wspólny rytm oddechu i napięcia. I bodaj to stanowiło kwintesencję ich wspólnych podrygów — te ćwiczenia, osadzone w prostocie i brutalnej funkcjonalności, jednoczyły ich skuteczniej niż jakiekolwiek rodzinne obietnice.
W ogniu krzyżowym myśli powracał do uległości matki wobec ojca — tej cichej, niemal wzorcowej, jakby wpisanej w domowy regulamin, którego nikt nie ośmielał się kwestionować. A jednak jej ciepłe dłonie przywodziły na myśl usposobienie leciwej oazy; miejsca, gdzie można było na moment zdjąć zbroję, nie pytając o cenę. Z ironiczną precyzją pamiętał, jak niemal czule przecierała rany na wzrastającym ciele, jak głupoty wybryków gasiła u podstawy jednym klepnięciem szmatką po głowie — wystarczająco stanowczym, by zabolało, i wystarczająco łagodnym, by nie zostawić śladu. Zimowe wieczory miały w sobie ten osobliwy kontrast, który dziś wydawał mu się niemal prześmiewczy: surowość dnia rozpuszczała się w cieple jaźni, gorącego mleka z miodem i prostego skinienia głowy, że robił dobrze. Bez pochwał, bez patosu, za to z milczącą aprobatą, która ważyła więcej niż jakiekolwiek słowa.


1949 - Durmstrang, ostateczne kształtowanie

Durmstrang przyjął go z otwartymi ramionami, jakby był naturalnym przedłużeniem domowej musztry, echem znanych już zasad, tylko ubranym w bardziej wyszukane formy. Dom — tak nazywał lata szkolne przepełnione rywalizacją, którą swoiście uwielbiał, bo pozwalała mierzyć się z innymi bez konieczności tłumaczenia motywów. Nie było komend ojca i jego oszczędnych pouczeń, lecz nabyty warsztat umiejętności miał to zrekompensować; miał wreszcie przekłuć wszystko w wygraną, jakkolwiek by ją definiowano. Skandynawska bryza była tchem przodków — nie metaforą, lecz wygodnym usprawiedliwieniem nieustannej potrzeby bycia lepszym i silniejszym. Hart organizmu kształtowany na mrozach i mnogość sposobów wyperswadowania innym ich rzekomej wyższości zaczynały się od pięści, bo te były najszybsze w użyciu, a dopiero potem pojawiała się słodycz pierwszego przecięcia powietrza zaklęciem. Magia przychodziła później, jak luksus, nie fundament.
Czarna magia miała w sobie coś niezaprzeczalnie pięknego — w opowieściach o torturach, w kakofonii agonalnych spieków i drobnych, mimowolnych drgnięciach mięśni, które zdradzały granice cudzego ciała. W brutalności dostrzegał estetykę, w czystej sile ludzkiego potencjału — porządek rzeczy. Wyższość nie była tu pojęciem filozoficznym, lecz praktycznym narzędziem; słabsi winni być podnóżkami, nie partnerami do oddychania tym samym powietrzem. Tak było prościej i, co ważniejsze, logiczniej. Nie dziwiło więc nikogo — a przynajmniej nikogo istotnego — że zamiast pochylać się nad książkami i marnotrawić czas na pasje pozbawione adrenaliny, przekładał siłę w czyny. Gmerał spojrzeniem pośród piękna słowiańskiej krwi w kobiecym ubarwieniu, wdawał się w utarczki na pięści z tą samą powagą, z jaką inni odprawiali modlitwy; dewastować innych. Nie zdawał się być prymusem, mimo narastających recydyw szkolnego „musieć” skupiać się na wszelkich narzucanych dyrektywach; teoria miała w sobie coś podejrzanie jałowego. Zdecydowanie wolał budowanie segmentów możliwości fizycznych niż gdybanie o ziółkach na ból głowy i ich rzekomych właściwościach kojących sumienie. Wiedza, która nie zostawiała śladu na skórze ani w mięśniach, wydawała mu się niepełna.
Od zawsze pamiętał przebywanie pośród zwierząt oraz ojcowskie wykłady o ich anatomii i stylu bytu, podawane tonem beznamiętnej oczywistości. Inteligencja zwierząt przemawiała do niego bardziej niż ludzka gadatliwość, a opieka nad magicznymi stworzeniami stała się jego ziemią obiecaną — elegią od szkolnych idiotów, zwłaszcza gdy po raz kolejny zbierał strofę za pobicie i gnuśne szkalowanie innych. Któż miałby się tym przejmować, skoro mógł na własne oczy doglądać istot niebywałych i słuchać nauk, które miały sens, bo dotyczyły życia i śmierci w tej samej proporcji.
Tęsknotą opiewał chwile powrotów do Anglii, gdy mógł przywdziać łowiecki strój i zniknąć na całe dnie, bez wypracowań i ocen. Tęsknił za wolnością i krwią — pojęciami prostymi, nieskażonymi akademicką hipokryzją. Tęsknił za byciem w pełni sobą, nawet jeśli definicja ta nie mieściła się w żadnym szkolnym regulaminie.



"Here?" His mouth was on my shoulder.
"Or here?" It moved up my neck.


1956 - koniec edukacji, praca przy boku ojca

Obycie ojca pozostawało niezmienne; jedynie siwizna wplatająca się w skronie i zmarszczki rzeźbiące twarz zdradzały, że Tyberius Borgin w jakimś stopniu ulegał upływowi czasu. Nadal jednak wymuszał naturalną powagą posłuch i adekwatne obycie, jakby autorytet był cechą wrodzoną, nie wymagającą potwierdzeń. Zmieniło się tylko nastawienie — subtelny afront w spojrzeniu, bo nie widział już dziecka, lecz ukształtowanego, dorosłego syna, który przeszedł wystarczająco wiele, by nie trzeba było mówić rzeczy oczywistych. Zaczęło się więc gmeranie na stażu w Ministerstwie, w departamencie zdającym się dla niego niemal idealnym dopasowaniem. Kontrola nad Magicznymi Stworzeniami nie była przypadkiem ani przysługą — raczej logiczną konsekwencją dotychczasowego życia. Praca w terenie cieszyła go nieporównanie bardziej niż jakakolwiek wyliczanka przekleństw nad dokumentami, choć i te przyszło mu mozolnie wkuwać, budując wzorcową wiedzę w tematyce stworzeń magicznych. Z nieukrywanym rozbawieniem obserwował, jak departament odpowiada również za egzekwowanie Międzynarodowego Kodeksu Tajności Czarodziejów w kontekście istot, które mogłyby ujawnić istnienie magii mugolom — kreaturom, które same w sobie zdawały mu się niegodne ukrywania przed nimi tak fascynującego świata. Ich świata.
Wkrótce znów ramię w ramię z ojcem przecinał padoły angielskich lasów, pozbywając się natrętnych stworzeń znaczących spokojne życie czarodziejów widmem niebezpieczeństwa. Podróże przyszły naturalnie — mniejsze i większe, do ukochanej Norwegii, by polować w ramach przyjacielskiej współpracy, albo doglądać wymian i dotąd niespotykanych ras zwierząt, o jakich wcześniej jedynie czytywał w księgach. Teoria wreszcie ustąpiła miejsca praktyce, a świat — jak zawsze — okazał się bardziej interesujący w terenie. Co ważniejsze — a może po prostu najgorsze — bywało nabieranie obycia z ludźmi. Proces żmudny, nieprzyjemny i zaskakująco wymagający, zwłaszcza gdy preferowało się woal tajemnicy zamiast gderania o sobie samym byle komu i byle jak. Milczenie było wygodniejsze; pozwalało patrzeć, nie będąc oglądanym, słuchać bez konieczności odpowiadania. Z czasem jednak pokusiło go o coś więcej niż obserwację — o zabawę, podszytą wyczuciem nad cudzym życiem, prowadzoną wybiórczo, niemal badawczo. Rozpoławiał na czynniki pierwsze delikatne jestestwo kobiet, łakomych ich reakcji; interesowało go, jak się łamią, jak tańczą wokół cudzych oczekiwań, jak szybko uczą się schematu nagrody i braku. Było w tym coś z tresury pięknego zwierzęcia: podaj dłoń, zabierz dłoń, pozwól jeść z ręki, by potem sprawdzić, jak głośno potrafi zawodzić. Nie szkaluj — okaż łaskę, a będą błagać o powrót. Dostrzegał w tym surowe piękno, którego nie wypadało nazywać po imieniu. Smak dorosłego życia przychodził powoli, z wyczuciem, zostawiając na języku posmak kontroli i niewypowiedzianej winy, którą łatwo było zepchnąć w kąt. Obserwował, jak jego własne dłonie — nadal ćwiczone w nocnym trudzie, w napięciu mięśni i wyrównywaniu rachunków — uczą się nowych gestów, mniej bezpośrednich, lecz równie skutecznych. Tłumaczył swój pogląd i zdobywał przebaczenie w ciemnościach bocznych uliczek, zawsze z myślą, by nie wyjść z formy. Kontrola, w końcu, wymaga regularnej praktyki.



Niechybny powrót młodszej siostry z Durmstrangu przestawił kilka mebli w jego głowie, choć długo udawał, że to jedynie przeciąg. Widział tam już nie dziecko o jasnej karnacji i zbyt dużych oczach, lecz dorosłą, z wolna ukształtowaną kobietę — Varyę, nie Varinkę. Fakt interesujący i niepokojący zarazem, zwłaszcza gdy znów razem pałętali się pośród gęstwin lasu, w tej samej, odziedziczonej po Borginach zwyczajności obycia, gdzie bliskość nie wymagała komentarza. Zderzenie wspomnień z teraźniejszością było niegrzeczne; wolał je ignorować, choć myśli bywały natarczywe.


1959 - potknięcie i narodziny

Zawsze powtarzano mu, że nauka bez potknięć jest jałowa, a ból jedynym uczciwym nauczycielem. Tym razem potknięcie przyszło w sposób niemal banalny: rutynowe obowiązki w imieniu Ministerstwa, współpraca z jednostkami kontroli, standardowe zabezpieczenie terenu, by niemagiczni nie natknęli się na prawdy, które mogłyby ich przerosnąć. Zadanie proste, niemal uwłaczające jego doświadczeniu — i może właśnie dlatego zawiodło. Zbyt pewny siebie, zbyt przekonany o własnej nieomylności, pozwolił detalom się rozmyć. Głusza, dotąd sprzymierzeniec, stała się pułapką; ciemność nie chroniła, lecz obserwowała. Któż by spodziewał się wybiórczej ilości akromantuli w samym środku ciemności. Najpierw był dźwięk — szelest cięższy niż wiatr, zbyt świadomy, by go zignorować. Potem wszystko wydarzyło się naraz: chaos, świst przecinanego powietrza, klekot tak przeraźliwy, że aż nieludzki, i nagłe uderzenie, które odebrało mu oddech. Próbował się bronić, instynktownie, bez finezji, lecz siła przyszła zbyt blisko, zbyt szybko. Upadek był brutalny; ziemia przyjęła go jak swego, a ból rozlał się po torsie jak gorący metal. W krótkim zawieszeniu, między przytomnością a czernią, przemknęła mu myśl dziwnie spokojna: że ciężko żyć było czymś w rodzaju przywileju, którego właśnie nadużył. Obudził się po kilku dniach, obolały, poskładany, z siniakami i ranami zasklepiającymi się w nierównej mapie porażki. Reprymenda przełożonego była formalnością — chłodna, przewidywalna. Gorzej zniósł milczenie ojca i to spojrzenie, zimne, tnące, pozbawione gniewu, a przez to dotkliwsze niż jakakolwiek kara cielesna. To był wyrok bez słów: zawiodłeś porządek krwi. Kolejny raz przyszło mu prostować własny moralny kręgosłup, czując, jak pęka w miejscach, których istnienia wolał wcześniej nie zauważać.



Do siebie dochodził długo, z uporem godnym kogoś, kto nie znosi półśrodków ani współczucia. Dopiero po czasie odnalazł meritum sprawy, ujmując całe zajście w ramy zdawczej nauki — bolesnej, lecz użytecznej. Wywiódł się z domu rodzinnego na manowce bez większych pożegnań, odnajdując swoje miejsce w pustostanie chaty wpisanej w szkocką rzeczywistość, surową i wystarczająco obojętną, by nie zadawać pytań. Pracował za trzech, chłodem spojrzenia egzekwując przymierzenia potrzebne do dostania się w kręgi Komisji Likwidacji Niebezpiecznych Stworzeń. Skoro bezwzględność była jego zasobem, należało ją wykorzystać nie do ratowania, lecz do wyzbywania się problemu u samego źródła. Nigdy więcej nie zamierzał dać się upokorzyć ani zaskoczyć — ćwiczył więc i poznawał, metodycznie, bez cienia romantyzmu. Z czasem odnalazł swój krezus świata w mieszkaniu na Nokturnie. Za dnia gospodarował czas na rozwój, skrupulatnie i bezlitośnie, jakby każde zaniedbanie mogło ponownie przynieść wstyd. Po zmroku zaś rozkoszna otoczka czarnej magii znów zapraszała go jak swojego — do odkurzania zapomnianych arkanów, do tej pięknej alegorii, którą tortury wykrzywiały na twarzach wybrańców w formy niemal artystyczne. Mając we krwi zamiłowanie Borginów do handlu, dość naturalnie zaczął obwąchiwać rejony przemytu, jakby były one jedynie mniej legalnym przedłużeniem rodzinnego fachu. Szybko nabrał pewności w liczeniu ryzyka, ważeniu zysków i znikaniu w odpowiednim momencie. Doszukiwał się mocy i właściwego zacięcia u krewnych, a z czasem — przy sprzyjającym układzie liczb i argumentów — nawet u samego ojca, o ile sprawę dało się sprzedać nie jako kaprys, lecz rozsądną inwestycję obarczoną jedynie symbolicznym ryzykiem. I gdy rachunek się domykał, sumienie mogło bezpiecznie zejść z afisza. Szybko okazało się, że nie interesuje go byle jaki przemyt. Jego domeną stały się magiczne stworzenia: żywy towar wymagający wiedzy, chłodnej ręki i znajomości granic — tych prawnych i tych fizycznych. Przerzucał je przez granice, ukrywał w skrzyniach z fałszywym dnem, prowadził przez szlaki, których nie zaznaczano na żadnych mapach. Nie było lepszego zarobku niż żerowanie na chciwości angielskich hodowców, gotowych zapłacić każdą cenę za „unikat” w prywatnym rezerwacie. Czasem przesiadywał w dokach, wtopiony w zapach smoły i soli, skrzętnie podsłuchując i obserwując, korzystając z wyćwiczonej przez lata sztuki tropienia i śledzenia. Świat porządkował się wtedy w prostych, uczciwych kategoriach: oni byli zwierzyną, a Borginowie — łowcami.
Za pozwoleniem ojca wybył w rodzinne strony mateczki, jakby była to zwykła eskapada sentymentalna, a nie cicha próba sprawdzenia, czy potrafi istnieć bez ciągłego cienia narzuconej zwierzchności. Ziemie jej przodków przyjęły go chłodem nieznoszącym sprzeciwu; Syberia, mroczna w swym bezwstydnym pięknie, uczyła przeżycia bez taryfy ulgowej. Polował na większego zwierza, badał granice własnego ciała w mroźnych temperaturach i z zaskoczeniem odkrywał, że odosobnienie nie boli — przeciwnie, koi. Pełzał przez śnieżne pustkowia z jedynym towarzyszem, rosnącym z wolna szczeniakiem, który wbrew wszelkim rozsądnym kalkulacjom okazał się najwierniejszym przyjacielem. Od tamtejszych krewnych, osiadłych gdzieś na moskiewskim padole, uczył się rozrachunków i podstaw handlu; wiedzy praktycznej, pozbawionej sentymentów. W zaściankach ciemnych uliczek pokazywał siłę angielskich pięści, jednocześnie węsząc za rosyjską wybiórczością maglowania męskiej jaźni — surową, bezpośrednią, pozbawioną zbędnych złudzeń. Odrobinę zboczył z obranej nauki, zakorzeniając się w tamtejszej codzienności. Stał się bardziej posępny, lecz z dala od dominacji ojca mógł wreszcie usłyszeć inny zew — nieprzyjemnie szczery głos prawdy o samym sobie.


1961 - dołączenie do Śmierciożerców

Chylił głowę wyłącznie przed tymi, którzy na to zasłużyli; przed tymi nielicznymi, którym należał się ów pogardliwy, oszczędny w formie szacunek, cedzony z jego warg jak jałmużna. Znał swoje miejsce w szeregu, owszem, lecz niespecjalnie przejmował się wygładzoną zasadą, że każdy rzekomo posiadał przypisaną funkcję w schemacie. Takie brednie spisywano dłonią głupich dla pocieszenia jeszcze głupszych. Wolał wsłuchiwać się w plotki rozsiewane w najbardziej niegodziwych zakamarkach — tam, gdzie Nokturn oddychał pełną piersią, a prawda nie udawała przyzwoitości. W ciemności ktoś szeptał o nieprawościach i nierządach mugoli, o ich plugawych osądach i miękkiej moralności. Kochanka namaszczała te opowieści niczym modłę, budując alegorię świata oczyszczonego z niemagicznej deprawacji, świata prostszego w swych założeniach. Ktoś inny podsuwał myśl, że gromadzącą się nienawiść można wreszcie przekuć w narzędzie — nie w gniew bez celu, lecz w siłę porządkującą rzeczywistość taką, jaką być powinna. Czarodzieje ponad wszystko, bez zbędnych przypisów i tłumaczeń.
Wsłuchiwał się w te szepty uważnie, z chłodnym zainteresowaniem, rejestrując niepokoje grzmiące z wolna przez Anglię w pasmach plotek, półprawd i niedopowiedzeń. Coraz więcej odnajdywało w nich sens, coraz mniej miało ochotę milczeć. Padały głosy, że nadchodzi czas, w którym silni nie będą już udawać skromności — zamiast tego zaczną dyktować warunki. Brzmiało to niemal rozsądnie. Poszedł za czynami dominującego ojca i reszty krewnych, jak idzie się za dobrze znanym tropem — nie z zachwytu, lecz z przekonania, że inne ścieżki są zwyczajnie mniej użyteczne. Wstąpił w szeregi tych, którzy podziwiali jedną, wspólną wizję świata: porządek prosty aż do bólu, w którym czarodzieje nie musieli się garbić przed mugolską przeciętnością. Nie było w tym uniesień ani patosu; raczej chłodna kalkulacja, że dominacja jest naturalnym następstwem siły, a siła — jedynym językiem, który nie wymaga tłumaczeń.Zresztą ideologia ta pachniała domem: ciężką dłonią wychowania, komendą wydaną bez potrzeby uzasadnień i przekonaniem, że świat sam z siebie nie dąży ku ładowi. Ktoś musi go popchnąć, najlepiej we właściwą stronę Nie łudził się naiwną wspólnotą; raczej mierzył ciężar cudzych ambicji, sprawdzając, które z nich mogą posłużyć za stopnie, a które nadają się jedynie do zepchnięcia w dół. Słuchał uważnie, mówił oszczędnie, zapamiętywał więcej, niż wypadało, bo przyszłość, jak się zdawało, nie miała być dziełem sentymentów, a precyzyjnie dobranych decyzji.



Myślami wciąż wracał do spiekoty wspinaczki po nagrzanych głazach; do chwil, gdy dłonie paliły się od tarcia, a mięśnie drżały na granicy posłuszeństwa. Gdy wreszcie dorwał kolejny szczyt własnych możliwości, osłaniał oczy przed upierdliwym słońcem i spoglądał w niebo z tą samą lakoniczną rezerwą, z jaką oceniał ludzi. Zastanawiał się, co właściwie wniesie wielkość — czy będzie jedynie ciężarem odpowiedzialności, czy może wygodnym alibi dla cudzych upadków. Bo czyjś upadek musiał zostać przepowiedziany; świat rzadko pozwalał wszystkim stać na wierzchołku jednocześnie.
0
Pozostało PP
mixed
0
Pozostało PM
8
0
7
OPCM
Uroki
Czarna magia
0
0
0
Transmutacja
Magia lecznicza
Eliksiry
21
15
10
Siła
Wytrzymałość
Szybkość
Ścieżka III — Opieka nad magicznymi stworzeniami
Hodowla magicznych stworzeń
Wiedza i zrozumienie magicznych stworzeń
Tropienie i śledzenie
Ścieżka X — Polityka i prawo
Znajomość prawa i regulacji
Ścieżka XII — Przestępczość
Przemyt i czarny rynek
Ścieżka XIV — Odkrywanie świata
Kartografia i nawigacja
Przewodnictwo i przetrwanie w nieznanych terenach
Ścieżka XV — Przetrwanie
Tropienie i śledzenie
Łowiectwo i polowanie
Sztuka kamuflażu
Przetrwanie w ekstremalnych warunkach
Ścieżka XVI — Społeczeństwo i wpływy
Odczytywanie emocji i czujność
Sztuka kłamstwa i oszustwa
Zastraszanie i manipulacja
Ścieżka XVIII — Sport
Strzelectwo
Walka wręcz
Wspinaczka
Jazda konna
Pływanie
Ścieżka XX — Poliglotyzm
Język norweski

drzewko

Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
03-01-2026, 15:39

Witamy na forum Serpens!

Mistrz Gry utworzył dla Ciebie osobisty dział, w którym została umieszczona Twoja skrytka bankowa. Udaj się do niego i opublikuj temat z sowią pocztą oraz umieść tam swój prywatny kuferek. Na start otrzymujesz też od nas skromny prezent – znajdziesz go w swoim ekwipunku.

Możesz już rozpocząć zabawę na forum! Zachęcamy, abyś sprawdził, co Ci się przyśniło, rozeznał się w aktualnych wydarzeniach oraz spytał, kto zaczyna.

Odtąd Twoje słowa, decyzje i sojusze mają znaczenie. Uważaj, komu zaufasz — wężowe języki są zdradliwe. Dobrej zabawy!

Karta zaakceptowana przez: Philippa Moss

    Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
23-01-2026, 19:05

Arthyen Borgin

Ekwipunek

pozostałe przedmioty spoza automatycznego ekwipunku

darmowa sowa pocztowa

Historia rozwoju

[23.01.2026] zatwierdzenie karty postaci, +1 czarna magia [prezent powitalny]
    Odpowiedz
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 02-02-2026, 07:56 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.