Musiało trwać to zaledwie kilkanaście sekund, lecz w jego umyśle trwał korowód wspomnień wiecznych. Zdawało się, jakby całe życie zostało skondensowane do kilka istotnych momentów, które miały towarzyszyć mu w jego ostatniej chwili.
– Przybyłem Cię odwiedzić – skłamał gładko, z lekkością jakby komplementował pannicę bliską jego sercu. Miodem, słodyczą i przekonaniem, że mówi prawdę. Czasem trudno nawet było zrozumieć czym na co dzień zajmował się Raphael, prócz przebywania i oddychania w swoim gabinecie. – Ostatnio jesteś taki zapracowany.
Ona również należała do tego świata, ten powiew arogancji wyczuwalny intensywniej niż najsłodsze perfumy. Wielkie umysły Wielkiej Brytanii drenujące społeczności innych państw, otwierające swe ramiona, przyjmujące ich wiedzę i zdolności. W jej głosie była obietnica, której nigdy nie miała zamiaru spełnić, wodziła na pokuszenie, prosto we wrota dantejskiego piekła.
– Wulfricu – wyciągnął dłoń na przywitanie, jedno klepnięcie w ramie z dużą dozą serdeczności. Dzieliły ich lata i jedno pokolenie, czasem wyczuwalne, lecz nie decydujące o charakterze relacji. Czasem zakorzenionej w zwykłej sympatii, czasem politycznie umotywowanej, gdyż w tym domu nie istniał świat bez niej. Zawsze majaczyła w oddali, gotowa przypomnieć kto był ich królową. – Opowiedz mi o swojej wyprawie.
Willow Weasley była jedną z najdziwniejszych kreatur jakie przyszło mu poznać. Pełną tego sławetnego człowieczeństwa, o którym czytuje się w powieściach historycznych czy w odach do ludzkości. Pamiętał ją jeszcze za czasów szkolnych, gdy rudawe włosy wraz z czerwoną szatą przyciągały uwagę na korytarzach Hogwartu.
Czyżby tak smakował rodowy triumf?
Krótkotrwały, ułomny w swej tymczasowości. Poświadczający o wielkości jednostki, w którą nigdy nikt nie wątpił, choć Nathaniel czasem kwestionował. Taka była jednak jego natura, pytać nawet o najbardziej oczywiste kwestie. Od kilku dni głośne i ciche głosy zagłębiały się w jeden temat, który przyniósł wiele pytań i nieliczne laury.
Szept, trzask i spojrzenie.
Stukot obcasów o podłoże, brzęk stykających się sztućców z talerzami, trzask znikającego skrzata. Symfonia dźwięków wieczornego posiłku, małego teatru tylko dla najbliższych oczu. Gesty, słowa i wyegzaltowane roszczenia do siebie nawzajem.
Ulotność ludzkich wspomnień.
Kolejny obraz objawia się we jego głowie, ułamek momentu, który zaraz rozpływa się w odmętach zapomnienia. Uderzenie w skroni, alarmujące całe ciało o nierówności tego świata. Muzyka, głośna i hojnie obdarowująca spragnione rozrywki ciała. Słodkie drinki, które suną po podniebieniu, mrocząc nieroztropny umysł. Co było jawą, a co snem?
Czuł na sobie spojrzenie.
Nawet, gdy był pozostawiony w objęciach samotności, odczuwał obecność czegoś lub kogoś. Każdy jego krok był śledziony, ruch odnotowany i zdawało się, że wszystkie chwile należały do kogoś innego. Od tamtego snu, a raczej koszmaru, który zabrał go w podróż w głębie jego strachu. Zbudził się spocony, z rytmicznie bijącym sercem w panice.
Drgania, niespokojne wibracje tłumione przez skórną okrywę. Pulsujące, wabiące zmącone zmysły, które wśród woni i trunków oddawały się w galaktyczną odyseje z dala od więzów rozsądku. Gorąc ciała, które w triumfalnym ruchu zdobywało kolejne przestrzenie parkietu. Krople poty ociekające wzdłuż kręgów pod białą koszulą, jawnie poświadczające o upojeniu tańcem, rozkosznym oddaniu się chwili i zapomnieniu. Spieczone usta, łaknąca zawsze więcej i niesfornie zdradliwe, wręcz ubliżająco szalbiercze.
– Maya Crouch, zaszczyciła domostwo swoją obecnością – skomentował, gdy zbliżyła się do na wystarczającą odległość. Była w pewnym sensie jego ulubienicą, najbliższą mu zainteresowaniem i aspiracjami. Miała w sobie crouchowskie pragnienie wielkości i politycznej ogłady, czego nie można było powiedzieć o jego kuzynach.
Śmiech, alkohol, upojenie.
Porywający chichot ze nieśmiesznego żartu, drastyczne spowiedzi ze uczniowskich katuszy i zawoalowane opowieści o ludzkim bytowaniu. Ręka na ramieniu, szeptane tajemnice skraplane kropelkami trunków. Mroźna zima norweskiej ziemi przywitała go słodkim zwycięstwem debaty, zapoznaniem się z wachlarzem alkoholowego wrażenia oraz napotkaniem prawie angielskich dusz z słowiańską domieszką.