Rzym zbudowano na siedmiu wzgórzach. Palatyn, Awentyn, Kapitol, Kwirynał, Wiminał, Eskwilin i Celius. We wszystkich znanych podaniach historia ta rozpoczyna się i kończy tak samo. Może w tej legendzie odnaleźć mogła i swój ślad. Może bez trudności odnalazłaby się w myślach jednego ze sławnych braci - Romulusa czy Remusa. Historia, z którą utożsamić się mógł przecież każdy, kto w swoim życiu doświadczył odrzucenia, kto z zawiści lub zazdrości gotowy był zabić. Symbole były tym, co w jej pragmatycznym umyśle często urastało do rangi wskazówek. Matka i bogini jako symbol władzy, wilczyca - opieki i przekorności losu, braterska więź jako równowaga dobra i zła, a na końcu śmierć jako symbol tego, co nieuniknione. Końca wszystkiego.
W tej legendzie przekazywanej z ust do ust brakowało jednak jednego - świadomości, że te piękne wzgórza, na których powstało to bez wątpienia wspaniałe miasto, usypane były z kości. Z życia i śmierci. Z zepsucia i szeroko toczącej się zgnilizny, która wcale nie opuściła tego miejsca i miała z nim pozostać już na zawsze. Bo życie, choć tak inne od tego, które znała, choć mogło wydawać się jasne i palące słońcem, niosło ze sobą również smród - taki, który nie tylko marszczył nos, ale wywoływał mdłości. Bo ludzie w legendę uwierzyli zbyt mocno. Bo symbole stały się dla nich wyznacznikiem życia. Władza, przekorność, dobro i zło - a na końcu śmierć.
Uśmiechnięte twarze mijających ją turystów kontrastowały z pilnym wzrokiem lokalnych. Tych, którzy żyli tu na co dzień, i tych, którzy w swobodzie dosypywali do wzgórz kolejne kości. Słodki zapach owoców i aromat kawy mieszał się tu z przykrym zapachem gromadzących się śmieci. Walka, w której wszyscy brali udział, a jednocześnie wszyscy odwracali wzrok, jakby w obawie przed konsekwencjami. A te bywały przykre. Tak jak i ta, przez którą przyszło im się właśnie tu znaleźć.
Artefakt ukryty głęboko pod piękną bazyliką. W katakumbach, do których nikt nie zaglądał, bo wszyscy pragnęli być tu bliżej boga niż śmierci. Piękny obrazek, pod którym wrzała zła intencja. Nieważne, jak głośno by prosili, jak wielkie modły by składali - przekleństwo pozostawało przekleństwem. Dla niej był to jednak pewien komfort, móc na własnej skórze zobaczyć to, o czym przyszło jej przeczytać, gdy z Lorcanem spotkali się w tej sprawie po raz pierwszy. Zżerała ją ciekawość, czy faktycznie miejsce to było tak niedostępne, jak mogło się wszystkim zdawać. To, że traktowała ludzi z góry, nie było niczym nowym ani obcym. Nie zdziwiłaby się, gdyby ci wszyscy, którzy próbowali dotrzeć do artefaktu, skracali sobie drogę, nie doceniając zagrożenia. Gdyby obudziła się w nich ta lekkomyślność, którą wielu traktowało jak dodatkowego lokatora. Nie zakładała jednak tego z góry, bo wbrew pozorom zawsze kierowała nią ostrożność. Nauczona dyscypliny, w której najważniejsza była siła, nie przyjmowała porażek z lekkością. A lekkość przynosiła porażki. Buongiorno, signora. Przywitanie rozbrzmiało, gdy przekroczyli próg bazyliki. Wysokie sklepienia, rzeźby, popiersia, malowidła ścienne - wszystko to, co konesera mogło przyprawić o ból głowy. Nie była jednak ignorantką. Potrafiła docenić piękno. Prowadzeni przez znajomego Lestrange’a dotarli do ukrytego daleko za ołtarzem zejścia do katakumb. To był pierwszy etap i zapewne najłatwiejszy.
Korytarze wiły się nieprzerwanie, światło pochodni tylko momentami oświetlało im drogę, ale ona bardziej ufała własnej magii. Lumos błyszczało przed jej twarzą, odsłaniając kolejne fragmenty kamiennej ścieżki. Dało się wyczuć wilgoć. Kurz, brud i pajęczyny wisiały nad ich głowami jako przypomnienie, jak łatwo byłoby ich tu pogrzebać. – Zaczynam doceniać ironię ulokowania przeklętego artefaktu właśnie w takim miejscu – odparła, gdy skręcili w kolejny korytarz, zgodnie z mapą trzymaną przez mężczyznę. – Dom boga nad nami… zło pod nami. - to, że była zaklinaczem, wcale nie oznaczało, że nie rozumiała plugastwa nakładanych przez siebie klątw. Doskonale to wiedziała. Widziała to w oczach ludzi, którzy się do niej zgłaszali - świadomie przekraczali granice, a później nie było już odwrotu. Myśl ta mogła przyjąć postać samospełniającej się przepowiedni, bo w chwili, gdy uleciała jej z głowy, do jej uszu dotarł głośny huk zawalającej się ściany i toczących się kamieni. Skryła wzrok przed kłębami kurzu, a gdy ten w końcu opadł, jasne stało się, że przejścia za nimi już nie ma. – No to nie ma już odwrotu - mruknęła, wypowiadając na głos własne myśli.