Trzy siostry. Z pośród nich, środkowa Eilidh była tą najbardziej podobną do matki, najbardziej czującą zew morza i jednocześnie najbardziej stroniącą od kontaktu z ludźmi. Dorastały w chacie rybackiej nad skalistym, zachodnim brzegiem wyspy Skye. Ich ojciec - czarodziej - zginął z rąk mugoli, gdy Eilidh miała osiem lat, a w konsekwencji ich matka wciąż nosząca pod sercem ich nienarodzonego braciszka, utraciła go, a wraz z nim i siłę do dalszego życia oraz opieki nad córkami. Znikała na całe dnie wracając z jedzeniem - rybami i owocami morza - które przygotowywała później najstarsza z sióstr, Mòrag. Z biegiem lat kobieta coraz bardziej gasła, a dni przerodziły się w tygodnie, aż w końcu siostry pogodziły się z faktem, że morze zabrało ich matkę na dobre.
Choć wszystkie objawiły w pewnym wieku zdolności magiczne, nigdy nie zostały zapisane do Hogwartu i były nauczane domowo. Gdy ojciec jeszcze żył sprzeciwił się posłaniu ich do szkoły, gdzie dorastałyby w otoczeniu mugolaków i zdrajców krwi, zaś matka zbywała kontakt z urzędnikami Ministerstwa Magii. Rodzina od pokoleń izolowała się od ludzi, a rodzice w Wielkiej Brytanii mieli prawo realizować obowiązek szkolny swoich dzieci w zgodzie z własnym uznaniem - zarówno w szkole jak i w domu. Siostry zatem nie nauczyły się używać różdżki, a ich wiedza była bardziej praktyczna, aniżeli zaczerpnięta z książek.
Młodość spędziły na zabawach w wodzie, zdobywaniu jedzenia i opiece nad sobą nawzajem oraz nad wspólnym domostwem. Poza pobliską wioską rybacką, ich jedynym oknem na świat było stare radio łączące się z magiczną stacją, jeśli akurat działało. Informacje o tajemniczym ruchu Grindelwalda były jednak dla nich tak samo abstrakcyjne jak reklamy magicznych loterii oraz transmisje gier Quidditcha, których nigdy nie widziały na własne oczy. Eilidh kontynuowała naukę animagii, którą rozpoczęła przed laty z matką i choć jej postępy stały się wolniejsze to czyniła je i w końcu przemiana w szarą fokę stała się niemal tak łatwa jak zapalanie świec ruchem dłoni. Dla niej, ich hermetyczny świat był rajem na ziemi i jeśli już się od niego oddalała, to w kierunku morza, a nie lądu. Nie wiedziała, że jej siostry pragnęły od życia znacznie więcej...
Miała dwadzieścia trzy lata, gdy wróciwszy ze złowioną kolacją zastała Mòrag płaczącą na ich wspólnym łóżku. Kobieta trzymała w dłoni zgnieciony list, którego treść zdradzała, że najmłodsza Màiri postanowiła uciec z jakimś mężczyzną, którego poznała w pobliskiej wiosce kilka tygodni wcześniej. Obie kobiety często wspominały z tęsknotą, że chciałyby wyjść za mąż, licząc że odmieniłoby to ich los i wyciągnęło z biedy, lecz Eilidh nie traktowała ich słów poważnie. Przecież były szczęśliwe, miały siebie, dach nad głową i morze. Niczego, ani tym bardziej nikogo innego nie potrzebowały. W pobliskiej wiosce mogły zamienić kilka słów z mieszkańcami, gdy sprzedawały połów, by zarobić dodatkowe pieniądze na tkaniny i książki. Natura obdarzała je jedzeniem, ziołami i bliskością z magiczną fauną. Niedawno udało im się napotkać jednorożca, czy już zapomniały jak jego magiczne, perłowe włosy prześlizgiwały się pomiędzy ich palcami? A kiedy Eilidh przyprowadziła je do zaprzyjaźnionych trytonów, czy nie doświadczyły wtedy więcej niż nie jedna czarownica w ciągu całego swojego życia? Opowiadały o tym podekscytowane przez wiele dni, a teraz... to wszystko, ich całe życie, okazało się nie wystarczające?
Razem udały się do wioski, gdzie przepytały napotkanych mieszkańców o tożsamość czarodzieja, z którym spotykała się Màiri. Wielu reagowało zaskoczeniem na widok Eilidh, która z całej trójki najrzadziej pokazywała się wśród tej niewielkiej społeczności... niestety, poza krótkim opisem wyglądu wieśniacy nie potrafili powiedzieć im nic użytecznego. Ich najmłodsza siostra, ta, za którą czuły się najbardziej odpowiedzialne, zniknęła bez śladu.
Kolejne dni były bardzo trudne dla pozostałych sióstr. Eilidh spędzała całe dnie przy oraz w morzu, wracając czasem tylko po to, by podrzucić Mòrag owoce morza. Te jednak gniły przed domem, gdyż kobieta nie wychodziła z niego, ledwie wstając z łóżka. Gdy zaś się spotykały dochodziło do kłótni i obwiniania się nawzajem, ze strony Mòrag głównie o nieobecność Eilidh. Gdy jednak środkowa siostra zdecydowała się zostać w domu, mimo że morze tak silnie ją wołało, okazywało się, że znajdywały się inne tematy do kłótni. Mòrag chciała porzucić ich dom i jechać na południe, poznać innych ludzi i pojednać się z jakąś społecznością magiczną. Jak chciała ową znaleźć, nie miała pojęcia. Eilidh z resztą była temu całkowicie przeciwna. Chciała zostać nie tylko na wypadek, gdyby Màiri jednak wróciła, ale również dlatego, że nie wyobrażała sobie życia nigdzie indziej. Ucieczka młodszej siostry była dla niej tragedią i nie rozumiała, jak pójście w jej ślady mogło w czymkolwiek pomóc. Atmosfera w domu była jednak tak napięta, że było tylko kwestią czasu, nim Mòrag pozostawiła po sobie podobny list... i tym razem to Eilidh, która nie uroniła łzy od odejścia ich matki, wpadła w rozpacz, gniotąc go we własnych dłoniach.
Choć dorastała praktycznie odizolowana od świata zewnętrznego, Eilidh nigdy tak naprawdę nie zaznała samotności. Zawsze miała swoje siostry i wbrew stereotypom lubiła być tą środkową - mieć kogoś do opieki i kogoś, kto opiekował się nią. Teraz, po raz pierwszy w życiu nie miała nikogo i jak się okazało, wszystko mogło być niczym, gdy nie miało się tego z kim dzielić. Dnie spędzała siedząc na plaży i wpatrując się w fale, ale nie próbowała się przemieniać, w głębi duszy czując, że nie byłaby w stanie. Mało jadła, nieprzywykła do łowienia w ludzkiej formie, a do domu wracała tylko kiedy padało albo robiło się zbyt zimno, by zostać na zewnątrz. Mòrag musiała przewidzieć, że tak się stanie, gdyż nie zabrała wszystkich pieniędzy... zachowała część razem z odręcznie napisaną notatką na temat cen konkretnych produktów na rynku. Za każdym razem, gdy Eilidh patrzyła na schludne pismo siostry (z całej trójki otrzymała ona najlepszą edukację, gdy ich ojciec jeszcze żył), kolejne gorące łzy napływały jej do oczu i choć starała się z całych sił, nie potrafiła ich tam zatrzymać.
Gdy zjadła wszystko, co znajdowało się w domu, wyszła znów nad brzeg i spróbowała się przemienić, by zdobyć więcej jedzenia... jak podejrzewała, nie była w stanie. Nawet proste zaklęcia zaczęły ją zawodzić i częściej udawało jej się coś zepsuć. Nie miała wyjścia, musiała udać się do wioski na zakupy... nie tylko z potrzeby jedzenia, ale również kontaktu z innymi ludźmi. Minęły tygodnie od odejścia jej starszej siostry i kto wie ile miesięcy od ucieczki Màiri. Mieszkańcy okazali jej sporo życzliwości, ale Eilidh nie potrafiła się przed nimi otworzyć, pamiętając, że byli niemagiczni i musząc ukrywać przed nimi tak ważną część siebie. Jak mogła opowiedzieć im o swoich problemach z kontrolą magii i przemianą? O siostrach zaś nie potrafiła rozmawiać, było to dla niej zbyt osobiste.
Z upływem czasu udało jej się przywrócić odrobinę normalności, lub przynajmniej stabilizacji do swojego życia. Trwało to wiele miesięcy, ale jej zdolność przemiany zaczęła wracać... była o tyle zmotywowana, że pieniądze również zaczęły się kończyć, a bez sióstr to morze, bardziej niż chata, w jakiej mieszkała, wydawało się jej być domem. Postanowiła spróbować przyłączyć się do trytonów, gdyż były magicznymi stworzeniami i przez to czuła, że byli jej oni bliżsi od mugoli. Przez kilka miesięcy tolerowali jej obecność, lecz nigdy nie dopuścili zbyt głęboko swojej podwodnej osady, nigdy nie ufali ze swoimi młodymi. Eilidh zdobyła wśród nich kilku przyjaciół i to oni w końcu uświadomili jej, że trytony nie zastąpią jej ludzi... szczególnie, gdy spędzała z nimi czas pod postacią foki. Pomimo poczucia odrzucenia, Eilidh rozumiała, że mieli rację. Nie potrafiła zaakceptować, że naprawdę została na tym świecie sama, bo była tchórzem. Była tak bardzo zła na siostry, że zrujnowały jej raj na ziemi, wspaniałe życie, które razem wiodły. Bardziej jednak było jej smutno.
Przez cały ten czas od czasu odejścia Màiri, Eilidh nie otrzymała od niej żadnej wiadomości. Była tak nieprzystosowana do świata - mugolskiego i magicznego - że nawet nie wiedziała, że może jej oczekiwać, dopóki wielki, ciemnoszary ptak nie wleciał nagle przez okno chaty wzbijając skrzydłami wichurę i strącając wazon ze stołu. Czarownica uciekła przerażona pod ścianę zakrywając rękami głowę, gdy sowa... tak, sowa przekręciła głowę o dziewięćdziesiąt stopni i spojrzała wprost na nią pohukując niby w powitaniu. To... tylko ptak. Eilidh uspokoiła się, w końcu nie bała się zwierząt. Gdy na tle ciemnych piór dostrzegła żółtawy świstek papieru, przypomniała sobie starą tradycję swojego ojca. On również używał ptaków do komunikacji... tak, to również była sowa. Gdy umarł, przylatywała ona jeszcze przez jakiś czas, ale gdy nikt się nią nie interesował i nie dokarmiał, to w końcu przestała. Ich matka zaś nigdy nie nawiązała kontaktu z tym, czy innym ptakiem. Wydawała się być całkowicie skupiona na domownikach, a na pierwszym miejscu zawsze było dla niej morze.
Drżącymi dłońmi odwiązała list od nóżki ptaka, a gdy ich spojrzenia się spotkały, szybko odwróciła wzrok. Pomimo niecodzienności tej sytuacji, sowa wydawała się całkowicie wyluzowana. Wspominając podopiecznego swojego ojca, Eilidh podrzuciła jej resztki ryby z obiadu, którymi ta poczęstowała się jakby to również... była dla niej codzienność.
Mòrag dostała pracę w Londynie. W Londynie, na Merlina. Równie dobrze mogłoby to być na końcu świata. Wynajmowała pokój w jego magicznej części i zapraszała ją do siebie, prosiła wręcz, by ta ją tam odwiedziła. Gdyby tylko wiedziała jak bardzo Eilidh na to czekała... gdyby wiedziała jak żałowała swojego uporu, przez który straciła swoją pozostałą siostrę, ostatnią krewną. Jednak Mòrag miała też złe wieści... nie natknęła się bowiem na jakikolwiek ślad Màiri. Minęło półtora roku i... nic. Ich młodsza siostrzyczka rozmyła się w powietrzu, nikt nic o niej nie słyszał. Nim jednak czarownica miała czas rozkleić się na tą wiadomość, przeczytała ostatni akapit listu Mòrag.
Pewnie zapomniałaś, ale dziś są Twoje urodziny.
Nie masz pojęcia jak bardzo się cieszę mogąc podarować Ci prawdziwy prezent.
Ma na imię Sgàir. Dbaj o niego, to cudowne stworzenia - i użyteczne.
Wszystkiego najlepszego siostrzyczko.
Eilidh z wrażenia wypuściła głośno powietrze i spojrzała na sowę, która w odpowiedzi mrugnęła do niej... bardzo, bardzo wolno, w jakby zawadiacki sposób. Gdyby jego imię samo jej nie naprowadziło to domyśliłaby się, że ma do czynienia z samcem swojego gatunku. Czarownica ścisnęła w dłoniach list, czując jak szczęście wypełnia jej serce, które po tak długim czasie rozłąki wydawało się zapomnieć owo uczucie. Powróciła wzrokiem do wcześniejszej instrukcji na temat proszku "fiu", którego maleńka sakiewka owinięta została w pergamin listu. W chacie znajdował się kominek, lecz siostry używały go wyłącznie do ogrzewania siebie i niekiedy do suszenia ubrań, nim opanowały potrzebne zaklęcia. Mòrag przekonywała, że można za jego pomocą w kilka chwil znaleźć się w Londynie... zgodnie z zaleceniem, Eilidh rozpaliła ogień ruchem dłoni i wrzuciła do niego cały woreczek proszku. Gdy materiał się spalił, płomienie urosły kilkukrotnie i przybrały szmaragdowy odcień. I jeśli był na świecie ktoś, dla kogo Eilidh weszłaby w ogień to z pewnością były nimi jej siostry.
drzewko


