• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Szkocja > Domostwa > Obrzeża Hogsmeade, Dziupla, Mooncalf Road 2 > Przed Dziuplą
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
01-02-2026, 14:53

Przed Dziuplą
Dom stoi na uboczu, na obrzeżach Hogsmeade. Otacza go rzadki szpaler drzew, przez który łatwo dostrzec leciwą i porośniętą bluszczem konstrukcję, okoloną drewnianym płotem, który zaczyna wymagać napraw. Zadbane klomby kwiatów i roślin mieszają się z dziko rosnącą florą, natomiast budynek, w którym mieści się hodowla magicznych ropuch, wystaje zza domu, również porośnięty szmaragdowym listowiem. Obok znajduje się jeszcze szopa i osobna drewutnia, w której składuje się drewno na zimę. Do drzwi frontowych Dziupli prowadzi bruk, spomiędzy którego wyrastają kępy mchu, zaś na samych drzwiach można natknąć się na zaśniedziałą kołatkę w kształcie głowy ropuchy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Henry Teyssier
Zwolennicy Dumbledore’a
there's no man as terrified as the man who stands to lose you
Wiek
22
Zawód
auror, poczatkujący klątwołamacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
16
0
OPCM
Transmutacja
19
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
13
10
Brak karty postaci
23-02-2026, 20:51
10 maja 1962 roku

Z niezmiennym od lat, acz ledwie dostrzegalnym rozbawieniem chwycił za kołatkę w kształcie ropuszej głowy (to ona zawsze tak go bawiła)  i wystukał na drzwiach Dziupli znajomy rytm — kilka krótkich uderzeń, którymi od lat posługiwali się jak najstaranniej strzeżonym szyfrem, wymyślonym jeszcze w szkolnych czasach i znanym wyłącznie im dwojgu. Darcy musiała wiedzieć, że to on. Henry miał tylko nadzieję, że przyjaciółka rzeczywiście kryje się gdzieś w głębi domu, a nie kręci po hodowli, bo choć darzył starzejącą się babcię szczerą sympatią, tego popołudnia liczył jednak na zupełnie inne towarzystwo.
Maj rozgościł się na obrzeżach Hogsmeade bez cienia nieśmiałości — w powietrzu unosił się zapach wilgotnej ziemi, młodych liści i kwiatów, które rozkwitały, jakby chciały nadrobić całą zimę naraz. Dom, stary i opleciony bluszczem niczym zielonym szalem, drzemał wśród rzadkich drzew, za płotem proszącym się o młotek i i odrobinę cierpliwości. Klomby mieszały się z dziką roślinnością, a zza budynku hodowli ropuch dobiegało ciche, bulgoczące rechotanie.
Przysiadł na stojącej na ganku ławeczce i odchylił się lekko do tyłu, ze źdźbłem trawy wsuniętym między wargi, splatając dłonie za głową i opierając ramiona o omszałą ścianę domu. Dziupla od zawsze wydawała mu się osobnym światem — jakby wyjętym spod praw rządzących resztą rzeczywistości, umykającym gdzieś poza granice codzienności — choć Teyssier dobrze wiedział, że i te mury przechowują własne sekrety, szczyptę zbędnych przemilczeń i odrobinę cichego smutku. Zapewne każde miejsce nosiło w sobie podobną mieszaninę uczuć i wspomnień, osiadających na ścianach niczym niewidzialna mgła, niedostrzegalna dla obcych, a dla swoich — aż nazbyt wyraźna.
W myślach wciąż rozkładał na czynniki pierwsze własną rzeczywistość, w której osobliwe, niemal niewiarygodne szczęście — bo Lizzy, cudowna, urocza jak majowy poranek Lizzy, wreszcie oddała mu serce — splatało się z tym, co widywał w ostatnich tygodniach, coraz częściej wyruszając w teren u boku starszych aurorów. Trudno mu było pojąć, że dwa tak odległe, sprzeczne ze sobą światy mogą przypaść jednemu człowiekowi naraz. Jego codzienność wydawała się jakby pęknięta na pół, a on był ogniwem, które łączyło ze sobą tak dwie diametralnie różne połówki. Błogi uśmiech gasił niepokój w oczach. A wspomnienia rzeczy, o których wolałby jak najszybciej zapomnieć, przysłaniał obraz tak gorliwie wymienianych z panną Evans pocałunków.
Znowu się rozmarzył, a na policzki wstąpił mu lekki rumieniec.
— No wreszcie jesteś! Przychodzisz w samą porę,  już zaczynałem myśleć, że będę musiał rozmawiać z twoimi ropuchami, a oboje wiemy, że one zawsze wygrywają nawet najbardziej zaciekle prowadzoną dyskusję. Przegrałbym z kretesem! - Poklepał drewnianą ławeczkę, zapraszając ją tym samym, aby zajęła miejsce zaraz obok, zupełnie jakby był u siebie. Uśmiechnął się szeroko, rozbrajająco, jak tylko on potrafił.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Darcy Lovegood
Czarodzieje
started bringing up the past, how the things you love don't last.
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
3
11
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
01-03-2026, 17:12
Na początku maja Dziupla tętniła życiem. Zieleniąca się trawa odbijała w rosie pierwsze refleksy wschodzącego słońca, ptaki śpiewały już od bladego świtu, szczególnie kukułka z uwielbieniem budziła ją jak zegar nastawiony na piątą nad ranem, co - na szczęście - zbiegło się z porą karmienia ropuch. Tyle dobrego, w innym układzie raczej dostałaby białej gorączki na zapalczywość, z którą ptaszysko wygrywało swoje miarowe kuku, kuku. Same ropuchy także zareagowały dobrze na zmianę pogody: smocze zaczęły mniej grymasić, wychylając nosy za rozżarzone kojce, a pieśni trójpaluszych próchnicznych wypełniały noce jak spokojne kołysanki. Świat ruszył do przodu. I nie czekał na spóźnialskich, choć Darcy miała wrażenie, że utknęła gdzieś w ostatnim wagonie wiosennego pociągu, wypadając z niego jedną nogą. Od czasu śmierci Felixa trudno było jej strząsać z ramion wspomnienie zimy. Grube hałdy śniegu, lód pokrywający leśne strumyki, sople zwisające z rynien domu, cisza, marazm. Dekadencja. To pasowało do wdowiej rzeczywistości, nie zaś oznaki świata budzącego się do życia. Moment przejścia zawsze znosiła z trudem. Cal po calu zrywała żałobę jak płaty skóry z własnego ciała, jak gad, który zrzuca za ciasną zewnętrzną powłokę; wychodziła z niej jako nowe stworzenie, licząc, że tym razem zniesie nadejście wiosny z radością, ale od scysji z Calebem, podczas której zarzucił jej mężowi tyle wstrętnych rzeczy, chyba nie było to możliwe. Utknęła. Zrzucana skóra zaczepiła się o palce, zamarła na paznokciach, a ona ciągnęła ją za sobą jak wdowi tren, mając nadzieję, że zgubi ją gdzieś na kamieniach.
Zajęta hodowlą, nie słyszała nadejścia Henry'ego. Darcy wyłoniła się za kilka - czy nawet kilkanaście - minut zza progu domu, niosąc w ramionach duży kosz pełen świeżo wyklutych ślimaków bez skorup, którym zamierzała zapewnić nowe lokum. Były pożywieniem, tak, ale dobrze było dać im godne warunki bytowania, zanim natura zrobi swoje i znajdą się w żołądkach ropuch. W podziękowaniu za ich poświęcenie.
Widok przyjaciela na moment przyszpilił ją w miejscu, zaskoczył. Byli na dziś umówieni? Merlinie, śmiertelnie zapomniała! Wyglądał tak błogo, tak idyllicznie, wylegujący się na ławce przed domem, ze źdźbłem trawy obracanym między zębami i roziskrzonym spojrzeniem, które aż prosiło się o pytanie o powody rozpalającej go ekscytacji. Jeśli ktoś mógł udawać ducha wiosny, Teyssier był do tego idealnym kandydatem. I działał na nią lepiej niż pogoda: Darcy poczuła, jak jej usta układają się w samoczynnym uśmiechu, a potem usłyszała własny chrapliwy chichot, zupełnie jakby Henry pociągał za jej sznurki z wprawą doświadczonego marionetkarza. Wiedział, którym z nich poruszyć, by przypomniała sobie na moment, jak być szczęśliwą.
- Och, drogi panie, tu masz rację. Trójpaluchy ostatnio tak się rozgadują, że czasem zagłuszają ptactwo, które próbuje je przekrzyczeć - i proszę bardzo, oto recepta na domową orkiestrę. Ale o co się kłócą, tego nie wiem - rzuciła na powitanie i podeszła do niego na ganku, odłożywszy na ziemię wiklinowy kosz pełen ślimaków. Wyłożony od środka ceratą, nie groził, że maleństwa zaczną wyślizgiwać się przez odstępy brązowych włókien pojemnika, ale część z nich już próbowała wspiąć się po materiale i dokonać spektakularnej ucieczki. Spryciarze. - Może ty byś mi powiedział, skoro tak lubisz z nimi dyskutować - uśmiechnęła się szeroko, otarła dłonie o znoszone robocze ogrodniczki i w ramach powitania zmierzwiła mu włosy. Niedelikatnie, za to porządnie, czule, na podobieństwo starszej siostry, której ciasnota więzi pozbawiała przesadnej łagodności gestów. - Cześć, petit lion - określenie przylgnęło do niego na samym początku szkoły, kiedy nieopatrznie nauczył Darcy kilku francuskich słów, z których zdołała sklecić małego lwa. W jej sercu nadal nim był. - Chcesz soku albo kompotu? - zaproponowała, po czym zmrużyła lekko oczy i dźgnęła lekko jego tors palcem wskazującym. - Albo ropuchę?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Henry Teyssier
Zwolennicy Dumbledore’a
there's no man as terrified as the man who stands to lose you
Wiek
22
Zawód
auror, poczatkujący klątwołamacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
16
0
OPCM
Transmutacja
19
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
13
10
Brak karty postaci
08-03-2026, 16:13
Był pełen podziwu dla oddania, z jakim Darcy poświęcała się opiece nad ropuchami.
Doskonale pamiętał listy, które wymieniali, gdy on został w Hogwarcie jeszcze na ostatni rok, a ona rozpoczęła studia na wydziale Ars Sanatio. Wtedy był przekonany, że któregoś dnia będzie odwiedzał ją na korytarzach Świętego Munga, a nie pośrodku wysokich traw, w drogim jej sercu zakątku, w którym prężnie rozwijała gospodarstwo. Może nawet — choć nigdy nie przyznałby się do tego głośno — skrycie marzył, że Darcy stanie się ulubioną uzdrowicielką jego pogrążonej w katatonii matki; że sama obecność osoby tak przepełnionej ciepłem mogłaby wywołać w jej umyśle jakiś nagły, cudowny przełom.
Nie krył więc zaskoczenia, gdy jej życie nagle wywróciło się o sto osiemdziesiąt stopni i rzuciła wszystko, aby na stałe przenieść się na wieś i zająć się hodowlą ropuch. Przez pewien czas zastanawiał się, czy robi to naprawdę dla siebie, czy raczej dla Felixa. Wydawała się jednak szczęśliwa, a on nie miał w sobie ani prawa, ani serca, by podważać jej wybory.
Nawet po tragicznej śmierci Felixa odnosił wrażenie, że to właśnie hodowla ropuch trzyma ją przy życiu — jak kotwica, która nie pozwala jej całkiem odpłynąć. A on usilnie robił wszystko, aby nie pozwolić się jej oddalić, zatopić dogłębnie w żałobie.
Wiedział przecież, czym była strata. Choć jego żałoba nie miała nagrobka, przy którym można było zostawić kwiaty, ani świeżej ziemi, w którą dałoby się wbić wzrok, szukając odpowiedzi. Po ojcu pozostała jedynie pustka — rozciągnięta w czasie, bez początku i końca, jak niedomknięte zdanie. Zniknął któregoś dnia, pozostawiając po sobie tylko rozsypane po domu w Aubenas notatki, mapy i papiery, do których uporządkowania Henry do dziś nie potrafił się zmusić.
A matka… matka była już tylko cieniem kobiety, którą pamiętał z dzieciństwa. Nieznane klątwy i tortury, którym została poddana, odcisnęły na niej piętno głębsze, niż ktokolwiek chciał przyznać na głos. W zamkniętych salach Świętego Munga trwała zawieszona między światem a własnym umysłem — jakby jej dusza zgubiła drogę powrotną. Henry nauczył się żyć z tą ciszą: z wizytami, podczas których nie odpowiadała na pytania, z pustym spojrzeniem, które prześlizgiwało się po nim, jakby był tylko jednym z wielu przedmiotów w pokoju. Samotność nie zawsze była krzykiem. Czasem była czymś znacznie gorszym — przyzwyczajeniem.
Obiecał, że nie dopuści do tego, aby duszę Darcy oplotło podobne osamotnienie. Ich przyjaźń była dla niego zbyt ważna, aby pozwolić jej na podobny los. Dlatego nie omieszkał, aby pojawiać się w Dziupli jak najczęściej, nawet bez zapowiedzi.
— Och, oczywiście, że wiem — odparł z udawaną powagą. — Trójpaluchy prowadzą bardzo poważne debaty. O to, która z nich ma najdonośniejszy głos, która najpiękniejsze brodawki i czy ślimaki smakują lepiej przed południem czy po. — Pochylił się lekko nad koszem. Jeden z nagich ślimaków właśnie wspinał się po ceracie z determinacją godną bohatera. — Spójrz tylko na tego. Ten już planuje wielką ucieczkę.
Uniósł głowę i spojrzał na nią uważniej. Uśmiech wciąż błąkał się na jego ustach, ale w spojrzeniu pojawiła się też łagodniejsza nuta — taka, która pojawiała się zawsze, gdy przyglądał się Darcy trochę dłużej niż zwykle. W jego oczach czaiła się przyjacielska troska.
— Cześć, ma belle — powiedział ciszej. — Sok brzmi rozsądnie… kompot jeszcze rozsądniej… ale ropucha? — Uniósł teatralnie brew. — Z ropuchami to bardziej skomplikowana sprawa. Ostatnia jedna z nich prawie przekonała mnie, żebym porzucił kurs aurorski i został filozofem bagiennym. Z drugiej strony bardzo lubię te nasze rozmowy… — Roześmiał się szczerze.
Odchylił się na ławce, ale zaraz potem zerknął na nią jeszcze raz, tym razem z odrobiną uważności, jakby sprawdzał coś w jej twarzy.
— A ty… wyglądasz, jakbyś od rana prowadziła negocjacje z całą hodowlą naraz — zauważył łagodnie, przysuwając się bliżej i obejmując ją ramieniem. — Mam nadzieję, że ropuchy chociaż okazują wdzięczność.
Kącik jego ust drgnął.
— Jeśli nie, to dobrze. Poświęcę się. Możesz mi je wszystkie oddać. Będę z nimi rozmawiał o życiu, a ty wreszcie odpoczniesz pięć minut. — Przez chwilę obracał źdźbło trawy między palcami, po czym spojrzał na nią znowu — tym razem już z wyraźnym błyskiem w oczach, który trudno było ukryć. — Chociaż przyznam, że dzisiaj mógłbym się nawet z nimi zgodzić w jednej sprawie. Życie jest piękne. — Pochylił się lekko w jej stronę, jakby zdradzał sekret najwyższej wagi. — Bo mam wiadomość, która pewnie sprawi, że twoje ropuchy zaczną śpiewać jeszcze głośniej.
Uśmiechnął się szeroko, niemal anielsko, jak ktoś, kto wciąż nie do końca wierzy w swoje szczęście.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Darcy Lovegood
Czarodzieje
started bringing up the past, how the things you love don't last.
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
3
11
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
14-03-2026, 19:39
Jego towarzystwo samo w sobie zdawało się odciążać obolałe ramiona Darcy. Rozpromienione oblicze, burza gęstych kręconych włosów, dużo ładniejszych niż jej własne (to pewnie te francuskie geny, tłumaczyła sobie kiedyś i teraz), zadziorność błyszcząca świetlikami w błękicie oczu: detale budowały postać, która w jej wspomnieniach przewijała się od bardzo, bardzo dawna. Był jej małym lwem, zagubionym dzieckiem w zbyt wielkim zamku, nieco kaleczącym język angielski; był jej wiernym słuchaczem, kiedy poddawała się falom zauroczenia, przechodzącego stopniowo w małżeńską miłość; wreszcie też był ramieniem, na którym wypłakiwała setki łez, gdy tej miłości zabrakło. Gdy musiała zidentyfikować męża, którego ciało napuchło rozkładem, zimne i przedziwnie obce, jakby ktoś zabrał duszę z pustej skorupy. Jeśli tak wyglądała śmierć, miała nadzieję, że jej nikt nie znajdzie. Że nikt, a szczególnie ukochany Henry, nie będzie musiał patrzeć na nieznajomo znajomą twarz i kiwać głową do magimedyka proszącego o potwierdzenie.
- No jasne! Czemu na to nie wpadłam? - zdumiała się teatralnie, przyjmując narrację Teyssiera jako zarzewie dobrej i równie niedorzecznej opowieści kooperacyjnej, swoistego dialogu błazenady. Tego zresztą potrzebowała. Chwili głupoty, żartów ze ślimaków, które nie mogły się odgryźć, pozbawionych sensu dywagacji o ropuszych sprawach i wspólnego tłumienia uśmiechów cisnących się na usta, choć dziś Darcy zdecydowanie przodowała w tej sztuce. Aura otaczająca Henry'ego była zbyt radosna. Szczęście dosłownie umościło się pod jego skórą, przebijając przezeń jak wewnętrzne promyki światła, które zarażały jego szczęściem cały świat. - A ty, kochanieńki? Jakie stanowisko zajmujesz w kwestii ślimaków? - spytała niemal całkiem poważnie (to Francuz, pewnie miał jakieś zdanie), po czym zerknęła w dół, prowadzona przez zwróconą przez niego uwagę. - Wiesz co, szanuję jego determinację. Gryfońską odwagę. Niech próbuje - a jeśli mu się uda, uznamy, że zasłużył na wywalczoną wolność, wtedy założy własną rodzinę i zostaniemy sąsiadami - zdecydowała, pochylając się do wiklinowego kosza. Przyuważony przez przyjaciela gagatek niezrażony wspinał się po śliskiej ceracie, a jeśli osuwał się w dół, natychmiast rozpoczynał powolną (dla dobra historii: metodyczną) wędrówkę odrabiającą straty.
Pamiętała, kiedy pierwszy raz zwrócił się do niej słowami "ma belle". Pospieszyła wtedy z przypomnieniem, że nie nazywa się Belle, tylko Darcy, a potem spłoniła się jak świeżo wyjęty z wody rak, dowiedziawszy się, że nie pomylił jej imienia. Dziś, po tym jak zmierzwiła czarne kosmyki przyjaciela, dodatkowo złożyła na jego czole soczystego całusa, by następnie zająć wolne miejsce obok niego i parsknąć pod nosem wobec planów objęcia wakatu bagiennego filozofa.
- Co, pokazała ci swoje kształtne udko i nie mogłeś się oprzeć, kiedy zasugerowała, żebyś przeniósł się na moczary? - zripostowała, to unosząc, to opuszczając brwi w wymownej mimice. Czasem nie miała pojęcia, skąd Henry brał wszystkie te pomysły. Mimo ciężaru przeszłości, korzeni, na których wyrósł, zatrutych samotnością, chorobą i niewiedzą, zdawał się studnią bez dna, z której można było do woli wyławiać drobne pokrzepiające żarty. - Z hodowlą może nie, ale z hodowcą już prędzej. Gdybym miała do wyboru pracować z zardzewiałym garnkiem i z Calem, bez wahania wybrałabym garnek, serio - stwierdziła burkliwie i skrzyżowała ręce na piersi. Nic się nie zmieniło, Caleb nadal doprowadzał ją do szału, mimo że od pewnego czasu panująca pomiędzy nimi atmosfera wydawała się napięta przez inne podłoże. Podłoże, o którym Darcy nawet nie miała zamiaru myśleć, zrzucając je na karb tysięcy przypadkowych rzeczy. Dlatego bez wahania schowała się pod ramieniem przyjaciela, opierając głowę na jego barku, nieopodal zagłębienia szyi. Pachniał wiosną, od razu to wyczuła. Wiosną i sobą samym, a to była możliwie najpiękniejsza kombinacja pod słońcem. - Wszystkie? Aż tak dobrze to nie ma, mój drogi - roześmiała się mimowolnie i dźgnęła go palcem pod żebro. - Ale jedną albo dwie... - zasugerowała, zanim na wokandę trafił temat, który musiał wprawiać Henry'ego w tak szampański nastrój. Wyprostowała się, obrzucając go podejrzliwym wzrokiem.
Znała te symptomy. Maślane oczy, uśmiech szerszy niż zwykle, delikatny błysk różu na policzkach. Choroba stara jak świat, nieuleczalna, najpiękniejsza i najstraszniejsza zarazem. Twarz Darcy nabrała zawadiackiego zrozumienia; Teyssier od dawna był sam, najwyższy czas to zmienić.
- Oho, chyba wiem, co chcesz powiedzieć - ubiegła go i obróciła się mocniej w jego stronę na drewnianej ławeczce, siadając po turecku, z łokciami ułożonymi na kolanach. W tym czasie ślimak dotarł prawie do połowy wysokości kosza wiklinowego i znów poturlał się na sam dół. - Znasz mnie, nie zamierzam być zbyt wścibska, Henry. Wystarczy mi imię, nazwisko, wiek, zawód, poglądy polityczne, dom w Hogwarcie, ulubiony przedmiot szkolny, jak się poznaliście, skąd jest, ulubiony smak miodu... - wymieniała, na każde zagadnienie zginając u dłoni jeden palec. Idealnie dziesięć.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 20-03-2026, 06:42 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.