• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Irlandia > Domostwa > Wschodnie przedmieścia Bray, Akacjowa Ostoja > Salon
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
20-01-2026, 01:01

Salon
Było to centralne, największe pomieszczenie w całym domostwie. Nisko osadzone, kwadratowe okno przepuszczało frontowy widok na rozległy ogród pełen różnorodnej roślinności, strzelistych drzew akcji oraz na krętą drużkę. Na parapecie postawiono gliniane doniczki z pokaźnymi okazami: aloesu, snaswerii i zimowego bluszczu, który chłodną porą roku wylądowałby na drewnianym ganku. Sylwetki nadchodzące z oddali zostawały wyłapane i rozpoznane niezwykle szybko. Okrągły stół służył jako gościnna jadalnia, lub tymczasowa pracowania. Pokrywały go sterty opasłych tomiszczy, kwiecistych rycin i zapisanych pergaminów. Wąska sofa stała po drugiej stronie okna, a obok niej potężny regał z umiłowaną przez stare małżeństwo literaturą. Pomieszczenie nie trwoniło od drewnianych, ściennych ram oraz szafkowych bibelotów.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Nataša Doherty
Zwolennicy Dumbledore’a
with defiance, with abandon, with hysteria; like an axe dreaming its way through their throats
Wiek
27
Zawód
zielarz w Św. Mungu, alchemiczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
20
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
21-01-2026, 22:53
16 marca 1962

Ostatnie noce zalewały się niespokojną czerwienią: łopotała na wietrze sztandarami o złowrogich symbolach; spływała z rozpalonego nieba w zapadliska podniesionych spojrzeń, w których – ściśnięta w tłumie – z przestrachem poszukiwała śladów zgłodnienia, łapczywości i rozsmakowania; w końcu, kiedy duszność snu zaciskała się na jej gardle nieznośnie, rozlewała się w wyszczerbienia drewnianej podłogi i stygła ciemną kałużą w holu mieszkania, w którym wcześniej, kiedyś, dawno, wyszeptywała cicho swoją miłość w ciszę, w skórę, w miękkie usta. Budziła się w końcu spłoszona, zmęczona bardziej niż była, kiedy kładła się spać poprzedniego wieczoru, w tą niezręczną godzinę, kiedy jest jednocześnie za wcześnie, by się podnosić i za późno, by siłować się jeszcze ze snem, więc w impasie półsnu – lub półczuwania – czekała aż szczelina przy okiennej zasłonie wypełni się bladością świtu, niezdolna otrząsnąć się z tej czerwieni.
W tym oczekiwaniu próbowała z urywków ostrzejszych wspomnień ułożyć jeszcze raz, w jeden spójny obraz, wszystko to, co wydarzyło się trzy dni temu w Middle Temple, ale w tym półśnie – półczuwaniu – własna pamięć zdawała się szufladą przetrząśniętą w pośpiechu niedbałą ręką, z zawartością częściowo przemieszaną, częściowo wytrzewioną na dywan i zdeptaną. Słyszała więc szmer czeskich słów w jednym uchu, gdy w drugim grzmiała formuła zaprzysiężenia czytana przez Croucha, a ponad tym wszystkim, na granicy dwóch różnych wspomnień, dumnie grała orkiestra wojskowa. Zapach goździków zdawał się dotkliwie rzeczywisty, kiedy w jednej chwili łamała w nerwowej dłoni wątłe łodyżki, a czerwone płatki opadały na ziemię pod wojskowe buty jak krew antypartyjnych demonstrantów i tych, którzy próbowali ich ratować; i w tym samym czasie przez ulicę przejeżdżał korowód samochodów wojskowych z dziećmi o rumianych policzkach i radosnych oczach, dla których obchody majowe były dniem wolnym od szkoły, piosenką, której słów nie rozumiały, słodyczą świątecznych łakoci. Pod szyjami prymusów spostrzegała znów tę niespokojną czerwień, spływająca chustą na kołnierze czystych mundurków; i czerwone wstążki wplecione w złote kłosy dziewczęcych warkoczy. Przypominała sobie, że z uśmiechem machała do Antona trzymającego się mocno ramy przyczepy. I z uśmiechem czuła na sobie ostre spojrzenia milicjantów pilnujących, by nikt uśmiechać się w tym dniu nie zapomniał; radość była tak samo obowiązkowa, jak obecność. W przeddzień święta w Pradze zabrakło w sprzedaży czerwonej tkaniny, nie mogły jej nigdzie dostać, więc chusta na szyi Antona to kawałek jej sukienki wycięty znad prawego kolana.
Później – to znaczy trzy dni temu – kiedy nad Tamizą czerwienią zapłonęło niebo, zdawało jej się, że czuje zapach goździków i przez moment, kiedy załopotały czerwone sztandary, w popłochu sądziła, że skupieni wokół tłumu funkcjonariusze rzucą się na nich: na skupionych pośrodku ludzi, na tych, którzy się nie uśmiechają i na tych, którzy będę próbowali ich jeszcze ratować, dopóki czerwień nie spłynie po bruku. Strzygła więc spojrzeniem, w tym tłumie, w tym coraz duszniejszym ścisku, szukając w oczach otaczających ją czarodziejów śladów aprobaty, zgodności z tym, co Grindelwald mówił, jutrzenki zagrożenia, dopóki nie natknęła się wreszcie na oczy znajome – błękitne, poruszone i czujne. Nie znajdowała w nich bezpieczeństwa, nie umiała zdobyć się na podobną naiwność, wyrugowano ją z niej już w dzieciństwie – ale czuła wobec nich ufność, której mogła się chwycić, zanim pogrążył ją popłoch.
Więc w tym półśnie i półczuwaniu myślała też o nim i o jego spojrzeniu, przechwyconym tego dnia, pod czerwonym niebem – i choć wierzyła, że wszystko można w spojrzeniach opowiedzieć, precyzyjniej niż mogłyby wyrazić się słowa, brakowało jej właśnie słów, ich niezdarności, nieporęczności i nieprecyzji, którą można rozdrążyć do szpiku surowych uczuć.
Nie rozmawiali ze sobą od tego dnia w Middle Temple. Trzy dni, nie więcej – trzy dni wyrozumiałej ciszy, na którą jemu i sobie pozwoliła, przede wszystkim jemu, ale także sobie, bo wciąż była wstrząśnięta, a on – jak sądziła – tej ciszy potrzebował. Zamierzała zresztą mu jej nie odmierzać wcale, nie czując, że ma do tego prawo: zamierzała poczekać aż odezwie się pierwszy, kiedy sam sobie o niej przypomni, albo pozwolić mu nie odezwać się wcale (choć miała nadzieję, że to by nie przyszło mu na myśl). Upominała się, że jest w końcu w tym wszystkim jedynie elementem postronnym i nieosobistym, a więc należało jej się wyłącznie to, do czego sam zgadzał się ją dopuścić: do małego zdjęcia, w którym po raz pierwszy poznała jej twarz, do postępów w poszukiwaniach i do nieuchronnie następujących regresów, do popołudni spędzanych na wywiadach w terenie i informacji napływających od zaufanych kontaktów, rzadko dobrych, nigdy wystarczających, w końcu – pod łagodnym naciskiem i w ograniczanym ostrożnie, przez niego i przez nią, stopniu – do siebie.
Czuła, że przekracza pewną niewyrażoną między nimi granicę, zjawiając się u niego bez uprzejmości uprzedzającego listu, jak gdyby można im było traktować się jak oczywistość, ale nie miała ochoty na uprzejme ceremoniały ani na spolegliwą ciszę, ani na udawanie, że jest cierpliwa albo że jedynym powodem, dla którego mogłaby przyjść, to proces poszukiwań, zakończony wprawdzie jeszcze zanim spotkał swoją zgubę w Middels Temple. Nie chodziło dłużej o pogoń, o tego białego królika, który wymykał im się cały ten czas, zajęcie swojego czasu czymś użytecznym i potrzebnym; przychodziła do niego, dla niego, otwarcie przed sobą i nie zamierzając udawać przed nim. W powietrzu wisiała mgła, jak tamtego dnia – gęsta, mleczna i lepiąca się do skóry; wszystko lśniło od wilgoci – liście, źdźbła, bruk, rzęsy.
Zawahała się przez moment, podnosząc zwiniętą dłoń, zanim wreszcie uderzyła kłykciami w fakturę drzwi, mając nadzieję, że zastanie go w domu. Nie wiedziała, czy była równie gotowa na przekroczenie tej granicy, za którą nie tylko się o niego martwi, ale też się o niego obawia. Nie wiedziała, czego spodziewać się teraz, kiedy odnalazł Lucindę, w dodatku po tym jak wreszcie pogodził się z myślą, że być może nie znajdzie jej nigdy i że być może można mu, choć ten raz, pomyśleć o sobie. Czy winił się, że przestał jej szukać? Czy winił ją, że go do tego przekonywała? I czy to, co znalazł, mogło mu wystarczyć?
Drzwi otworzyły się w końcu, za nimi znalazła jego spojrzenie i wciąż nie miała ochoty na grzeczność, cierpliwość czy udawanie, że przychodzi dla innych powodów niż to, by go zobaczyć, przekonać się, jak to wszystko znosi i upewnić, że jeśli źle – to, że przynajmniej nie w samotności.
– Porozmawiaj ze mną – zamiast przywitania, przeprosin za brak uprzedzenia albo pytania, czy mu przypadkiem nie przeszkadza; w stanowczej próbie nadania tonu prostej szczerości. Nie brzmiała przy tym wcale, jakby go o tę rozmowę prosiła – brzmiała raczej, jakby składała przed nim szczerą, uczciwą ofertę: wpuść mnie, nie bądź sam, zaprzątnij mi głowę i zabierz mi czas. Robiła to również dla siebie; otrząśnij mnie z tej czerwieni. – Jak się czujesz?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 02-02-2026, 14:29 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.