• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Organizacja > Akta postaci > Zaakceptowane > Czarodzieje > Clara Ashford
Clara Ashford
Obrazek postaci
Dusza
Personalia rodziców
Arthur i Eleanor zd. Whitaker
Aspiracje
Zostać sławną pisarką
Amortencja
Stary papier, wilgotne powietrze po deszczu, mydło
Różdżka
10 cali, sztywna, zagięta przy rękojeści. Leszczyna i pióro wielkiego nawałnika burzowego.
Hobby, pasje
Pisanie, wymyślanie nowych historii, koloryzowanie opowieści
Bogin
Człowiek bez twarzy szepczący jej prawdziwe imię na zmianę z pseudonimem
Umysł
Data urodzenia
18 maja 1937
Miejsce urodzenia
Londyn, Anglia
Miejsce zamieszkania
Ocksham Street, East Horsley, Anglia
Język ojczysty
Język angielski
Genetyka
Czarownica
Ukończona szkoła
Hufflepuff, Szkoła Magii i Czarodziejstwa Hogwart
Zawód
Pisarka pod pseudonimem C. Morley
Czystość krwi
Czysta
Status majątkowy
Stabilna sakiewka
Ciało
25
160
52
Wiek
Wzrost
Waga
Błękitny
Rudy
Kolor oczu
Kolor włosów
Budowa ciała
Clara ma smukłą, raczej delikatną sylwetkę, sprawiającą wrażenie kruchej, choć jej postawa zdradza wewnętrzną czujność. Jest średniego wzrostu, o wąskich ramionach i długich dłoniach, które często zdradzają nerwowość drobnymi, mimowolnymi ruchami.
Znaki szczególne
Krótkie, zawsze wysoko upięte rude włosy.
Preferowany ubiór
Clara wybiera ubrania proste i stonowane: klasyczne sukienki o prostym kroju, spódnice do kolan i dopasowane swetry w neutralnych barwach. Unika krzykliwych dodatków, stawiając na wygodę i dyskrecję — płaskie buty, cienki płaszcz, niewielką torebkę.
Zajęty wizerunek
Liza Shmeleva
Obrazek postaci

1937-1948 - narodziny i wczesne dzieciństwo

Zaczynała się wiosna, gdy przyszłam na świat. Matka opisywała ten okres jako trudny i ciężki, ale jednocześnie radosny. Było ciepło, letni wiatr wpadał do pokoju przez otwarte okna, gdy mój krzyk rozniósł się po całym domu.
Byłam jedyną córką swoich rodziców, choć nie mogłam powiedzieć, bym była ich oczkiem w głowie. Mój ojciec był pracownikiem Ministerstwa Magii — typowym urzędnikiem Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów, w Biurze Niewłaściwego Użycia Czarów. Nie była to posada wysoka, ale zapewniała naszej rodzinie stabilność. Nie byliśmy bogaci, ale też nie należeliśmy do biednych. W tym trudnym, powojennym okresie, gdy nasz świat był napięty i pełen niepokoju, nie musieliśmy martwić się o jedzenie, a od czasu do czasu mogliśmy pozwolić sobie na drobne przyjemności.
Moja matka była kobietą o artystycznej duszy — grała na skrzypcach, malowała obrazy. Była niezwykle uzdolniona, lecz zamknięta w czterech ścianach, podczas gdy jej dusza pragnęła wrażeń. Wyszła za mojego ojca z obowiązku; darzyli się jednak szacunkiem i nazywali się przyjaciółmi. Nigdy nie widziałam pomiędzy nimi tego czegoś. Ojciec dużo pracował, w domu bywał rzadko. Wracał późnymi popołudniami, a w weekendy odpoczywał, dlatego większość czasu spędzałam u boku matki.
Ona z kolei oddawała się swoim pasjom, dbając o dom w taki sposób, by nikt nie mógł zarzucić jej „nicnierobienia”. Zawsze był obiad, zawsze było posprzątane — bo tak należało — ale nigdy nic ponad to. Z perspektywy czasu powiedziałabym, że była rozczarowana życiem. Dało jej coś innego, niż oczekiwała.
Pośrodku tego wszystkiego byłam ja. Cicha, trochę samotna. Rudzielec chodzący na palcach, by nie obudzić ojca i nie zdenerwować matki pochłoniętej malowaniem. W domu panowała cisza, stoły przykrywały płótna i farby. Często przeglądałam książki, szybko nauczyłam się składać litery, a czytanie stało się moim głównym zajęciem. Dopasowywałam bohaterów do rodziców, widziałam w nich wzorce ich zachowań.
Byłam zwyczajna i niezauważalna. Tak jak moja magia — ujawniała się po cichu. Przedmioty wracały na swoje miejsce, atrament w kałamarzu zmieniał kolor, a woda w szklance, w której matka czyściła pędzle, sama się wylewała. Rodzice nie reagowali entuzjastycznie; moje zdolności były dla nich czymś oczywistym, niemal niezauważalnym. Miałam być cicho i nie sprawiać kłopotów.
Uciekałam w wyobraźnię. Tam tworzyłam historie i wyobrażałam sobie siebie u boku rodziców, którzy byli mną zainteresowani. Lubiłam siedzieć przed domem, obserwować przechodniów i wplatać ich w swoje opowieści — jedyną słuchaczką była szmaciana lalka. Już wtedy wiedziałam, że uwaga nie przychodzi sama; trzeba na nią zasłużyć.
Byłam jedynaczką, więc przez większość okresu dojrzewania czas spędzałam w samotności. Matka niespecjalnie chciała wypuszczać mnie z domu; mówiła, że trwa wojna i jest niebezpiecznie. Gdy jednak sytuacja się uspokoiła, zaczęłam bawić się na podwórku z innymi dziećmi — choć do dziś nie wiem, czy mogłam to nazwać zabawą. Zawsze miałam przy sobie jakąś książkę. Podchodziłam do bawiących się dziewczynek i pytałam, czy chcą posłuchać mojej historii.
Opowiadałam im niestworzone rzeczy: o smokach, gadających garnkach — to, co przeczytałam w książkach z domowej biblioteczki, ale podkolorowane i dodatkowo ubarwione. Byłam dla nich dziwaczką; myślały, że kłamię, że to, co opowiadam, nie może być prawdą. Gdy wieczorem odważyłam się powiedzieć o tym matce, tylko mnie zbeształa. W odpowiedzi usłyszałam: „Czego oczekujesz? To przecież mugole.”
Zanim ruszyłam do Hogwartu, miałam jedną zaufaną przyjaciółkę. Nie była z mojego świata, ale wtedy wierzyłam, że nasza znajomość przetrwa wszystko. Rozumiałyśmy się idealnie, bez słów. Lubiłyśmy spędzać ze sobą czas; interesowała się mną i moimi historiami. Zachęcała, abym je spisywała, więc zapisywałam je w pamiętniku. Podarowałam go jej, gdy pod koniec sierpnia 1951 roku widziałyśmy się po raz ostatni.
Kiedy wróciłam na wakacje, okazało się, że wyprowadziła się razem z rodzicami. Nie wiedziałam gdzie ani kiedy. Nasz kontakt się urwał, a ja bardzo to przeżyłam. Moje historie zawsze były ze mną — najbliższe przyjaźnie nie potrafiły przetrwać czasu.



1948-1955 - Hogwart

***

Początki w Hogwarcie były dla mnie ciężkie. Podróż do szkoły nie okazała się tak dobrym przeżyciem, jak próbowała wmówić mi matka. Nie byłam jak inne dzieci — trudno było mi nawiązać rozmowę, nie mówiąc już o jakiejkolwiek głębszej relacji. Gdy inni pierwszoroczni już w pociągu poznawali się i łączyli w grupki, ja nie potrafiłam się w to wpasować. Próbowałam z nimi rozmawiać, ale brakowało mi pewności siebie.
Część z nich z odwagą dzierżyła w dłoniach różdżki, inni przechwalali się nazwiskami swoich rodziców, jeszcze inni chichotali głośno, zajadając Czekoladowe Żaby. Patrzyłam na nich, nie do końca rozumiejąc, dlaczego zachowują się tak, a nie inaczej. Jak potrafią ze sobą rozmawiać, skoro nawet się nie znają — i robić to z taką łatwością. Szczególnie przyglądałam się jednej dziewczynce o blond włosach. Próbowałam ją naśladować; to pozwoliło mi dołączyć do rozmowy pod koniec podróży. Nie pamiętam jednak, czy później zamieniłam z tą grupką więcej niż kilka słów.
Stara Tiara Przydziału przydzieliła mnie do Hufflepuffu. Zostałam tak zwaną Puchonką i było mi z tym dobrze. Podczas pierwszego roku byłam raczej tą cichą dziewczynką stojącą z boku. Najlepiej czułam się na lekcjach, podczas których należało dużo pisać. Moje eseje były chwalone na forum klasy — za bogate słownictwo, poprawne użycie trudnych wyrażeń oraz umiejętność dostrzegania sensu i drugiej strony tam, gdzie inni uczniowie mieli z tym trudność.
Poza tym nie wyróżniałam się zbytnio. Dobrze znałam teorię, lecz z jej wykorzystaniem w praktyce było gorzej. Byłam przeciętna we wszystkich przedmiotach wymagających działania. Zaklęcia nigdy nie były moją mocną stroną.
Na lekcjach, zamiast uważać, obserwowałam innych uczniów i notowałam ich zachowania: co robią w danej sytuacji, jak się wysławiają, jak używają słów, reagują na żarty, odpowiadają nauczycielom i sobie nawzajem. Wiedziałam, że na żart należy się zaśmiać, nawet jeśli nie jest do końca śmieszny — zasłaniając usta dłonią, tak jak robiły to panienki o ważnych nazwiskach. Próbowałam zapisywać słowami to, co czułam, gdy jeden z chłopców pociągnął mnie za włosy albo gdy koleżanka przy stole powiedziała, że mój rudy kolor włosów jest bardzo ładny. Nie potrafiłam nazwać tych uczuć głośno, ale papier przyjmował wszystko.
Gdy skończyłam piętnaście lat, moje życie w Hogwarcie płynęło już powoli i spokojnie. Miałam kilka znajomości — bardziej powierzchownych niż prawdziwych przyjaźni. Jedną przyjaźń mogłam jednak nazwać głęboką. Z czasem przerodziła się w zauroczenie.
Jeden z chłopców od pierwszego roku zawsze siedział ze mną w ławce na Historii Magii. Początkowo dzielił nas dystans, lecz z czasem zaczął mnie zagadywać i nasza relacja stopniowo się rozwijała. Pod koniec trzeciego roku w Hogwarcie mogłam nazwać go swoim przyjacielem, a w czwartej klasie zrodziło się coś więcej. Szukałam jego spojrzenia i uwagi. Zauważyłam, że jest bardzo przystojny, a z zainteresowaniem słuchałam tego, co do mnie mówił — i on również słuchał moich opowieści.
Pokazałam mu nawet swój notes, w którym zapisywałam historie. Myślałam, że mogę mu ufać. Któregoś wieczoru nieopatrznie zostawiłam go w pokoju wspólnym, gdy po napisaniu eseju opuściłam mojego chłopaka i poszłam spać. Następnego dnia notesu już tam nie było, a fragment romansu, który pisałam, przyczepiony był do tablicy ogłoszeń. Każdy, kto rano zaglądał tam po informacje na dany dzień, natrafiał na niego wzrokiem. Podpisany był jednym imieniem: „Clara”. Clara — czyli ja.
Mój chłopak siedział wtedy ze swoimi kolegami przy jednym ze stolików. Śmiali się głupkowato, a on im wtórował. Do dziś nie wiem, czy zrobił to celowo, czy dał się namówić. Próbował się tłumaczyć, ale nie chciałam go słuchać. Był pierwszą osobą, przed którą się otworzyłam — i zawiódł moje zaufanie. Przestaliśmy być razem. Przestał mi się podobać.
Część uczniów chwaliła to, co napisałam — głównie dziewczynki — ale byli też tacy, którzy przez długi czas, dopóki było to jeszcze „zabawne”, chichotali za moimi plecami, udając dźwięki ze scen miłosnych opisanych w tekście. To wydarzenie jednak mnie ośmieliło. Rok później zaczęłam pisać krótkie felietony do szkolnej gazetki. Publikowałam je pod pseudonimem i chociaż kilka osób domyślało się, o kogo chodzi, trzymały to w tajemnicy — ku mojej wdzięczności.
Pisałam dużo. O tym, co widzę, jak zmienia się świat, o uczuciach, których nie potrafiłam zrozumieć ani unieść. Papier był jak płótno, po którym mogłam malować — jak moja matka — przelewając na niego wszystkie emocje. Czasem teksty były mroczne, innym razem melancholijne. W historie ubierałam swoje przeżycia, myśli i odczucia; pomagało mi to się z nimi uporać.
Im byłam starsza, tym więcej tematów mnie interesowało. W moich opowieściach pojawiały się motywy zbrodni i kary, zagadek oraz psychologicznego rozwoju bohaterów. Byli oni bardziej złożeni, inni niż ja. Potrafili radzić sobie z sytuacjami, w których ja bym poległa. Pisanie było moją ucieczką od teraźniejszości — od życia, z którym nie wiedziałam, co zrobić.
Hogwart ukończyłam jedynie zadowalająco. Bez fajerwerków. Miałam dobre wyniki z wiedzy teoretycznej, całkiem nieźle poradziłam sobie z egzaminem z zielarstwa czy eliksirów. Nie dawało mi to jednak większych perspektyw. Byłam bez planów co zrobić ze sobą dalej.



1955-1960 - zderzenie z dorosłością

***

Zderzenie z dorosłością było bolesne. Miałam ledwie osiemnaście lat, a wymagano ode mnie, bym wzięła swoje życie w garść — porzuciła młodzieńcze marzenia i zaczęła dokładać się do rodzinnego budżetu. Matka nie musiała się już mną zajmować, więc cały swój wolny czas poświęcała malarstwu. Czułam, że się o mnie martwiła. O mój brak stabilności, o brak pomysłu na to, co chcę zrobić dalej ze swoim życiem. Stała jednak po stronie ojca, który naciskał, abym znalazła „normalną” pracę.
Zdecydował się nawet pomóc mi na początku kariery, załatwiając posadę sekretarki w Ministerstwie. Praca ta jednak zdecydowanie nie przypadła mi do gustu. Była męcząca, nużąca i zupełnie nierozwijająca. Podczas wykonywania rutynowych obowiązków odpływałam myślami, za co co rusz otrzymywałam upomnienia. Po około trzech, może czterech latach miałam dość — wiedziałam, że to miejsce nie jest dla mnie, więc zrezygnowałam.
Ojciec był zawiedziony. W końcu sam załatwił mi tę pracę, a teraz musiał świecić oczami. Było mu wstyd i nie próbował tego ukrywać. Nasza relacja była poprawna, lecz sztywna, pełna niedopowiedzeń i przemilczanych pretensji. Gdy pracowałam w Ministerstwie był mną zainteresowany. Próbował wprowadzić mnie w świat swojego departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Okazywałam ciekawość, pytałam o szczegóły, a on opowiadał mi swoim urzędowym tonem co się dzieje w różnych sytuacjach, gdy czarodziej złamie prawo. Jakie są etapy postępowania, zasady, kary. Nawet przynosił mi książki, stare wydania “Kodeksów Prawa Czarodziejów”. Tłumaczył to, co sam musiał przyswoić, aby móc pracować w takim, a nie innym departamencie. Gdy tylko przestałam pracować w Ministerstwie, ponownie straciłam jego zainteresowanie.
Nie mogłam jednak powiedzieć, aby ten czas był w pełni stracony. Wyciągnęłam stamtąd inną wiedzę, bardziej specyficzną, której nie uzyskałabym bez pracy w Ministerstwie. Miałam kontakt z wieloma czarodziejami zajmującymi różne pozycje, pełniących różne profesje. Z niektórymi rozmawiałam, innych podsłuchiwałam. Pierwszy raz wykorzystałam swój atut bycia kobietą. Matka zawsze mi powtarzała, że jestem bardzo ładna, tylko nie umiem tego wykorzystać. Podczas pracy w Ministerstwie bardzo się postarałam. Znalazłam mężczyznę, z innego departamentu, który okazał mi swoje zainteresowanie. A ja swoje jemu, chociaż nie było ono w pełni bezinteresowne. Gdzieś pomiędzy rozmowami, podczas naszych wspólnych spotkań, wypytywałam go o różne kwestie związane z Ministerstwem. Do których on miał dostęp, a ja nie. Chociaż z początku wydawał się dość sceptyczny, trochę mi zajęło zdobycie jego zaufania, zaczął dzielić się ze mną wiedzą, która nie powinna opuszczać murów Ministerstwa. Gdy odwiedzałam go w pracy mogłam czytać pisma, które przechodziły przez jego ręce. Miałam dostęp do wiedzy, która nie była przeznaczona dla osób trzecich. A dzięki jego dobroci, albo naiwności, ja mogłam na tym skorzystać. Nie wiedział, że gdy tylko mogłam robiłam z tego notatki. Które następnie wykorzystywałam do pisania. Nie byłam jednak głupia, zmieniałam wrażliwe dane. Gdy zrezygnowałam z pracy w Ministerstwie nie był mi już potrzebny, kontakt zerwałam i nigdy więcej się nie spotkaliśmy.
Zatrudniłam się wtedy jako stażystka w wydawnictwie Proroka Codziennego. Miałam pomagać przy pisaniu artykułów, lecz ta praca również nie sprawiała mi przyjemności. Czułam, że oszukuję — siebie i innych. Byłam zawiedziona poziomem tekstów oraz sposobem traktowania autorów. Redakcja przypominała fabrykę, w której produktem był tekst: najlepiej nadający się na pierwszą stronę, byle jak najmniejszym kosztem.
Nie czułam się tam sobą. Byłam nie na miejscu. Próbowałam żyć normalnie, lecz im dłużej to trwało, tym bardziej czułam się jak oszustka. Byłam dobra w pisaniu, ale za słaba w życiu.



1961 - hitowa powieść

***

W międzyczasie pisałam do szuflady. Poświęcałam się temu w pełni, na tyle, że na potrzeby powieści zaczęłam uczyć się nowych rzeczy, rozszerzając wiedzę zdobytą w Hogwarcie o dziedziny, które szczególnie mnie interesowały. Wokół mojego biurka piętrzyły się księgi poświęcone magicznym roślinom, zwłaszcza tym trującym. Leżały tam również podręczniki do eliksirów dla zaawansowanych — nie musiałam umieć ich warzyć; wystarczało, że wiedziałam, czego potrzeba do stworzenia eliksiru usypiającego i jakie skutki uboczne niosą ze sobą delikatne trucizny. Nie brakowało też ksiąg zaklęć. Choć nie potrafiłam rzucać ich z taką mocą, z jaką powinnam, znałam dokładnie ruchy nadgarstka i rozumiałam efekty, jakie wywołują. Zagłębiałam się nawet w anatomię człowieka. I wiele więcej — wszystkiego, co mogło okazać się niezbędne w trakcie pisania. Późnymi nocami, maczając pióro w kałamarzu, przelewałam swoje pomysły na papier. Historia była specyficzna — połączenie kryminału z romansem. W publikacji romansu mogłam jeszcze spróbować użyć własnego nazwiska, ale kryminał był dziedziną zdominowaną przez mężczyzn. Uważano go za gatunek „intelektualny”, wymagający logiki, chłodu i dystansu — cech przypisywanych głównie mężczyznom. Mogłam zostać potraktowana protekcjonalnie, „za młoda” na tak poważną literaturę. Dlatego do wydawnictw wysłałam tekst pod pseudonimem C. Morley.



Atrament milczy najdłużej

W czarodziejskiej społeczności dochodzi do serii zagadkowych zniknięć, które Ministerstwo Magii uznaje za dobrowolne ucieczki.
Młoda archiwistka, Elara Vane, odkrywa jednak wspólny mianownik: wszystkie ofiary pozostawiły po sobie listy, pamiętniki lub niedokończone zapiski.
Gdy odnajduje ostatni tekst — zapisany atramentem, który reaguje na emocje — Elara zaczyna rozumieć, że słowa nie tylko opisują prawdę, ale potrafią ją ukrywać.
W śledztwie pomaga jej czarodziej, z którym łączy ją przeszłość pełna niedopowiedzeń. Ich relacja staje się równie niebezpieczna jak sprawa, którą próbują rozwiązać.
Finał odsłania, że zniknięcia były aktem desperackiej ochrony sekretów — a największym kłamstwem jest to, co zostaje przemilczane.


„Kim jest C. Morley? Debiut, który zatrzymał magiczny Londyn”
„Atrament milczy najdłużej: powieść, która nie pozwala spać”
„Czytelnicy podzieleni: geniusz czy literacka mistyfikacja?”

***

Nie byłam w stanie przewidzieć, że moja debiutancka powieść stanie się hitem. Rękopis krążył od biurka do biurka, od wydawnictwa do wydawnictwa, odrzucony więcej razy, niż potrafię dziś zliczyć. Dopiero jedno z kolejnych wydawnictw zdecydowało się na druk — bez fanfar, bez obietnic — a książka, wbrew wszelkim oczekiwaniom, stała się bestsellerem 1961 roku.
Od tamtej chwili zaczęłam żyć podwójnie. Pojawiły się dwie twarze — Clary Ashford i C. Morley.
Clara była dziewczyną przytłoczoną ciszą skrytki w Banku Gringotta, w której nagle znalazły się pieniądze, jakich nigdy nie umiała sobie wyobrazić. Cicha, zagubiona, ostrożna w każdym geście, niepewna, czy sukces nie zniknie równie szybko, jak się pojawił. C. Morley była kimś zupełnie innym. Autorką z kolejnym kontraktem na kontynuację powieści, nazwiskiem wypowiadanym z uznaniem i ciekawością, początkowo mylnie uznanym za mężczyznę. Kiedy wyszło na jaw, że za inicjałem kryje się kobieta, miałam wrażenie, że pół Anglii oszalało .
Pomiędzy tymi dwiema postaciami byłam ja. Kobieta o dwóch twarzach, z których żadna nie wydawała się do końca prawdziwa. Jedna bała się świata, druga była przez niego bezlitośnie oceniana. Jedna chciała zniknąć, druga — żyć na tej fali. I obie istniały tylko dlatego, że żadna nie potrafiła istnieć sama.

0
Pozostało PP
mind
90
Pozostało PM
8
8
0
OPCM
Uroki
Czarna magia
7
0
8
Transmutacja
Magia lecznicza
Eliksiry
6
8
9
Siła
Wytrzymałość
Szybkość
Ścieżka I — Magiczne mikstury
Teoria alchemiczna
Trucizny i antidota
Ścieżka II — Magiczne rośliny
Zielarstwo
Ścieżka VII — Magia uzdrawiania
Anatomia, fizjologia i sekcje zwłok
Pierwsza pomoc
Ścieżka X — Polityka i prawo
Znajomość prawa i regulacji
Śledztwa i dochodzenia
Ścieżka XVI — Społeczeństwo i wpływy
Dyplomacja
Urok osobisty
Odczytywanie emocji i czujność
Ścieżka XVII — Artyzm i twórczość
Pisarstwo
Ścieżka XVIII — Sport
Latanie na miotle
Taniec
Pływanie

drzewko

Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
21-12-2025, 22:17

Witamy na forum Serpens!

Mistrz Gry utworzył dla Ciebie osobisty dział, w którym została umieszczona Twoja skrytka bankowa. Udaj się do niego i opublikuj temat z sowią pocztą oraz umieść tam swój prywatny kuferek. Na start otrzymujesz też od nas skromny prezent – znajdziesz go w swoim ekwipunku.

Możesz już rozpocząć zabawę na forum! Zachęcamy, abyś sprawdził, co Ci się przyśniło, rozeznał się w aktualnych wydarzeniach oraz spytał, kto zaczyna.

Odtąd Twoje słowa, decyzje i sojusze mają znaczenie. Uważaj, komu zaufasz — wężowe języki są zdradliwe. Dobrej zabawy!

Karta zaakceptowana przez: Vincent Rineheart

    Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
27-12-2025, 21:13

Clara Ashford

Ekwipunek

pozostałe przedmioty spoza automatycznego ekwipunku

darmowa sowa pocztowa

Historia rozwoju

[30.12.2025] zatwierdzenie karty postaci, +1 Transmutacja
    Odpowiedz
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 00:41 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.