• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Organizacja > Akta postaci > Zaakceptowane > Czarodzieje > Nataša Doherty
Nataša Doherty
Obrazek postaci
Dusza
Personalia rodziców
Frederick Doherty i Libuše Černínova
Aspiracje
rozwinięcie zdolności magicznych i wiedzy alchemicznej; zawód amnezjatora
Amortencja
mięta, fougère, goździki, bursztyn
Różdżka
prosta i sztywna, 11 cali, kasztan, wibrys kuguchara
Hobby, pasje
zielarstwo; eliksiry; literatura; amatorskie pisarstwo i wykradanie cudzych historii
Bogin
pękający nad głową strop
Umysł
Data urodzenia
14 maja 1935
Miejsce urodzenia
Londyn
Miejsce zamieszkania
Londyn, Horyzontalna 32/3
Język ojczysty
angielski
Genetyka
Czarownica
Ukończona szkoła
Hogwart
Zawód
zielarz w Szpitalu Św. Munga, dorywczo alchemiczka
Czystość krwi
Mugolska
Status majątkowy
Stabilna sakiewka
Ciało
27
168
64
Wiek
Wzrost
Waga
niebieskie
blond
Kolor oczu
Kolor włosów
Budowa ciała
szczupła, przeciętna, nieatletyczna, o miękkim obrysie;
Znaki szczególne
wyraźniejszy pieprzyk na lewym policzku; sierpowata blada blizna u nasady kciuka prawej dłoni; noszony na szyi złoty łańcuszek z drobnym krzyżykiem;
Preferowany ubiór
po pracy służbowe szaty wymienia zazwyczaj na wygodne spodnie, materiałowe o prostym kroju lub – częściej – znoszone Levisy, luźne koszule lub swetry na bluzkach z krótkim rękawem; rzadziej wybiera sukienki; nosi mniej tradycyjne prochowce, płaszcze i futra
Zajęty wizerunek
Apolline Rocco Fohrer
Obrazek postaci

Libuše miała dwadzieścia lat, kiedy pod koniec 1931 roku jej wuj, uznany w Czechosłowacji pianista, nachylił się nad skąpym wigilijnym stołem i w konspiracji przed resztą rodziny niejasno oznajmił, że noworoczne koncerty byłyby wyjątkowym pretekstem, żeby zdobyć dla niej pozwolenie na wyjazd pod jego opieką. Ta konspiracja, nawiązana podczas rzadkich wizyt i nieuważnych lekcji gry, odbywanych wyłącznie dla przykrycia ich rozmów, była niewdzięczna, ale konieczna – oboje wiedzieli, że nie znajdą u rodziny zrozumienia, tak jak oboje wiedzieli, bez artykułowania tej obietnicy głośno, że do kraju nigdy nie wrócą. Libuše zgodziła się natychmiast; nigdy nie było dla niej niepokojącym absolutem, ale obiecującą tajemnicą. Była młoda, przestraszona i nie wiedziała o świecie wiele, ale rozumiała, że podobna szansa nie przydarzy się drugi raz. W Czechosłowacji działo się źle, odkąd pamiętała i działo się źle, kiedy patrzyła w przyszłość (później, obserwując wydarzenia targające krajem z Londynu, wierzyła, że do decyzji skłoniła ją opatrzność). O życiu wiedziała jeszcze niewiele, ale wiedziała na pewno, że zaważają o nim momenty i że nie może się zawahać, kiedy będzie całować rodziców w policzek na pożegnanie, inaczej zdradzą ją łzy i matka nie wypuści z dłoni jej ręki, dlatego płakała dopiero, kiedy pociąg ruszył – ze strachu, smutku i ulgi. 

Ojciec Natašy, Frederick, należał do dobrze sytuowanej rodziny architektów i również na architekta był kształcony. Libuše spotkał w 1933 roku w pustym holu konserwatorium muzycznego, w którym jej wuj – Ludva – uzyskał po znajomości zatrudnienie jako nauczyciel; w tym czasie nie przedstawiała się już jako Libuše, tylko – łaskawiej dla jego języka – Libby. Oboje nie wrócili tego wieczoru na swoje miejsca w audytorium, choć koncert ledwie się zaczął. Pod koniec 1934 roku, ledwie pięć miesięcy przed narodzinami córki, wzięli skromny, szybki ślub. Wbrew niepodważalnym dowodom w postaci  dat wybitych na dokumentach, w późniejszych latach matka zawsze głośno protestowała, jakoby kiedykolwiek żyła z Frederickiem nieprzykładnie – być może sądziła, że Bóg, w którego zaczęła wierzyć wręcz fanatycznie po urodzeniu córki (jakby ów Boga znalazła w jej oczach), nie widział tej przeszłości, kiedy w jej świecie jedynie półistniał i nie mógł przejrzeć kłamstw skrywających grzechy młodości.



1935 - narodziny

Nataša urodziła się w maju 1935 roku w do szpiku mugolskim Londynie: raptem, bezkłopotliwie i w akompaniamencie siarczystych czeskich przekleństw. Choć zarówno ojciec, jak i wszelcy angielscy urzędnicy – przez całe jej angielskie życie – z dezaprobatą spoglądali na poślad obcego pochodzenia kreślony stanowczą stalówką na papierze i uporczywie próbowali podporządkować jej imię swojskiemu brzmieniu, buntownicza (i dziedziczna) uporczywość jej matki była w tej kwestii niezłomna. Libuše ojczystego akcentu nie pozwalała rugować zresztą nie tylko z jej imienia, ale też z jej dziecięcego języka; od narodzin mówiła do niej po czesku, angielskiego używając jedynie z życzliwości wobec męża. Patriotyczne oddanie jej matki zdawało się być jednak przede wszystkim pokutnicze; patrząc wstecz, Nataša nie może pozbyć się wrażenia, że matka przez całe swoje życie próbowała zasłużyć sobie na przebaczenie za porzucenie swojego kraju – dziwnego tworu, którym się stał po pierwszej wojnie – i rodziny.



1939-1945 - wojna i dzieciństwo

Okres wojny, więc też swoje dzieciństwo, Nataša pamięta mgliście i w przebłyskach – wspomnienia najżywsze są nie w myślach, ale pod skórą, jak nieuspokojone nigdy drżenie zziębłych mięśni. Znajduje je wciąż z zaskoczeniem we własnych odruchach, uśmierza półświadomie afektywną apatią wtedy, kiedy powinna się bać, i przekonuje się, że są nieszkodliwe. Uważa, że ma szczęście, bo nie miewa koszmarów i nie popadła w uzależnienie, szukając ucieczki przed pamięcią. Uważa też, że ma przewagę wobec losu, bo wie, że bezpieczeństwo – i strach przed jego utratą – jest bólem lapidarnym i miejscowym, nie chronicznym; trwa najwyżej moment. 

Pytana o dzieciństwo – a więc wojnę – mówi krótko: przetrwałyśmy i ojciec wrócił do nas żywy (matka utrzymuje, że to dzięki odmawianym co wieczór modlitwom, z niezrozumiałych dla Natašy powodów wojna jedynie utwierdziła ją w wierze), co brzmi jak usprawiedliwienie, by nie mówić więcej. Pamięta przede wszystkim, że bardziej niż nalotów obawiała się momentu, kiedy hałas cichł, a matka w pośpiechu odrywała od siebie jej dziecięce dłonie, przekazywała ją sąsiadce i często wracała dopiero następnego dnia. Libuše była wolontariuszką – po atakach śpieszyła tam, gdzie potrzebowano pomocy z grupą innych kobiet; przydzielono im do tej misji samochód, racje paliwa i córkę mechanika. W 1944 roku, mając dziewięć lat, Nataša skutecznie wymogła na Libby, żeby zabrała ją po nalocie ze sobą. Było to skrajnie nieodpowiedzialne, co ostro zauważyły pozostałe kobiety i co przyznaje dzisiaj sama; o tej nocy – i wielu kolejnych – również najchętniej milczy, choć pamięta ją dobrze. Wspomnienia wyostrza posmak strachu, który podążył za nią jak cień w dalsze życie. 

Tej nocy widziała człowieka nastroszonego szkłem jak jeż, wyszywane kolorową nicią pantofle wsunięte na nieruchome, sine stopy kobiety przygniecionej fragmentem fasady i drżenie matczynej ręki. I tej samej nocy pękł nad jej głową strop piwnicy, do której wśliznęła się przez przyziemną szczelinę wybitego okna, by wydostać spod ruiny zapłakaną dziewczynkę i jej wychudłego psa. Obie przeżyły. Matka powtarzała później, że to cud; Nataša uważała, że miały szczęście.  Podczas wojny tak wiele zdarzeń nazywano wprawdzie cudem, że wbrew ich definicyjnej naturze wydawały się czymś raczej powszechnym (prawdziwym cudem zdawały się jej raczej ślady łez na matczynych policzkach, gdy je spod gruzów wyciągnięto i to, że ją do siebie przytuliła). Doświadczając tylu rzeczy możliwych do wyjaśnienia – zdaniem matki – wyłącznie przez Boga, wreszcie przestała się wyjaśnień domagać (od matki, ludzi i świata w ogóle), adoptując matczyną wiarę w opatrzność i codziennie składając dłonie do pacierza. Być może dlatego nie jest dziś pewna, kiedy dokładnie potencjał magiczny się w niej rozbudził – poszukiwanie objawów własnej magii pośród przeszłych cudów wydaje się świętokradztwem, wymierzonym przeciwko matce, bo w Boga nie wierzy od dawna.



1946 - I. poznanie świata magicznego

W 1946 roku, w dniu jej jedenastych urodzin, obcy mężczyzna stojący w progu ich domu oznajmił, że przychodzi w imieniu dyrektora Szkoły Magii i Czarodziejstwa i choć z istotnie magiczną cierpliwością próbował uzyskać sobie szczęt ojcowskiej uprzejmości, do środka został wpuszczony dopiero po interwencji Ludvy. Podczas gdy świat Natašy skórowano i wywracano na lewą stronę nad nadgryzionymi kawałkami tortu, debatując nad nią i jej przyszłością, matka ściskała w dłoni krzyżyk uwieszony na szyi i spoglądała na córkę z coraz większym przestrachem, jakby przestawała ją poznawać. Nataša miała wprawdzie Boga w oczach; dziewczynka, na którą patrzyła teraz, okazywała się tymczasem wiedźmą. Choć pamięć ją w większości zawodzi, wyraz matczynych oczu pamięta z wyjątkową ostrością. Podejrzewa, że Libuše bez kłopotu potrafiłaby wskazać moment, kiedy magia się w niej obudziła – tylko tak potrafi wytłumaczyć jej spolegliwe milczenie, kiedy mężczyźni bluźnili w jej domu, mówiąc o magii, czarach i odesłaniu jej córki do miejsca, o którym nie wiedziała nic.

Nataša już wtedy rozumiała, że Hogwart pozostanie w ich rozmowach szkołą z internatem, a magia nigdy nie będzie wymieniana z imienia, jedynie z rozmytych eufemizmów. Na dworcu, między peronem dziewiątym i dziesiątym, ojciec długo trzymał ją w objęciu, zanim wreszcie ucałował czule czubek jej głowy, a potem, ku zaskoczeniu Natašy, podał jej bagaże i – zdrętwiałą od ściskania jego ręki  – dłoń Ludvie. Matka nie była była przy tym obecna; została w domu, odprawiwszy ją bez pożegnania.


Ludva nie był czarodziejem, przyznawał to ze smutkiem – ale kochał czarownicę i kochał magię, z beznadziejnym rodzajem tęsknoty. Amelia, z którą Ludva pozostawał w związku bliskim, zarazem swobodnym przez różność światów, była skrzypaczką i półkrwistą wiedźmą; poznali się przez muzykę. Z racji ich zażyłości, zgodziła się wziąć Natašę pod swoją protekcję i zapewnić jej podstawowe – a czasem znacznie ponadpodstawowe – środki i wsparcie w magicznym świecie.

1946 - II. rozpoczęcie nauki w Hogwarcie

Nataša weszła w magiczny świat w napiętej, biernej czujności; prześladowana mimowiedną, paraliżującą myślą: gdyby coś się wydarzyło – gdyby zawyły syreny – dokąd powinna biec?

Decyzją tiary dołączyła do domu Puchonów. Nigdy nie czuła się jednak do nich podobna (może gdyby swąd wojny nie przesiąknął jej osoby; kim byłaby wtedy?), miała zawsze wrażenie, że pomiędzy ich ciepłymi, łagodnymi usposobieniami wydaje się kanciasta i szorstka. Podejrzewa, że tym, co przesądziło o przydziale, nie był jej charakter, ale przenikający ją strach.  

Ku zadowoleniu tych rówieśników, którzy w nieobecności nauczycieli zwracali się do niej pogardliwym tytułem szlamy, nie była szczególnie uzdolnioną wiedźmą. Przez dwa pierwsze lata nauki jej średnią ocen ewidentnie podciągały te przedmioty i zadania, które nie wymagały wypowiadania zaklęć. Rzucanie czarów  przychodziło jej z pewną opornością, jak gdyby musiała je zawsze oswajać najpierw przez niezłomne repetycje, wymagające zauważalnie więcej cierpliwości w porównaniu do rówieśników.  W późniejszym czasie z determinacją zaczęła nadrabiać swoje niedociągnięcia, nabrawszy z wiekiem pewności siebie i odziedziczonej po matce uporczywości, udało jej się więc ostatecznie znaleźć wśród uczniów dobrych, ale nigdy celujących.

Polubiła szczególnie zielarstwo, w którym od początku znajdowała pewien komfort – lubiła mieć zajęte dłonie, doglądać magicznych roślin, obserwować wpływ stosowanych metod i warunków na ich wzrost i właściwości, znajdować magiczne zioła i zupełnie zwyczajne rośliny na otaczających Hogwart terenach, a później śledzić palcem spis w atlasie, jego coraz węższe rozwidlenia na cechy morfologiczne, od symetrii liści po oskrzydlenie wyłuskanych nasion. Zgłaszała się często do pomocy w przyszkolnych szklarniach, w końcu spędzając tam większość wolnego czasu; zgodnie z zasadą, iż apetyt rośnie w miarę jedzenia – każdego roku wydawała się wracać z wakacji z coraz większym niedosytem wiedzy i determinacją, jakby pośród poskręcanych korzeni i pod łuskami kłączy miała odnaleźć odpowiedź na wszystko, co nie dawało jej spokoju. Z zapałem przedzierała się przez zielarskie pozycje ze szkolnej biblioteki, w końcu zaczęła też pożyczać książki z prywatnej kolekcji profesor, u której znalazła więcej zrozumienia niż śmiałaby oczekiwać, nie tylko w tematach zielarstwa. Ta sama profesor namawiała ją do późniejszych studiów nad florą magiczną, nie miała odwagi jednak spoglądać tak bardzo w przyszłość ani pewności, że chce wiązać ją ze światem magicznym, w którym wciąż żyła – a przynajmniej w Hogwarcie – pamięć o wydarzeniach z 1943, kiedy otworzono Komnatę Tajemnic i w korytarzach szkoły przelano krew uczniów.

Podobnie oddaną ciekawością zapałała również do eliksirów, choć do ich warzenia podchodziła z większą rezerwą i zauważalną ostrożnością; przezorność przekładała się jednak na precyzję, a ta pozytywnie wpływała na jej szkolne wyniki, wraz z upływem lat przezorność zastąpiła zaś pewność swojej wiedzy i obycia ze sprzętem alchemicznym oraz ingrediencjami. Eliksiry stały się dla niej dyscypliną, w której nieustannie próbowała się prześcignąć – sprawdzając swoje możliwości, doskonaląc metody i trenując oko do postrzegania właściwych miar, barw i konsystencji, próbując nieraz warzenia eliksirów spoza wykazu tych przerabianych podczas zajęć szkolnych, jeśli tylko mogła zdobyć potrzebne do nich składniki. Ich dostępność była natomiast często warunkiem ograniczającym; udało jej się wprawdzie znajdować pomoc i wsparcie również u tego profesora, jednak nie z każdym wynalezionym przepisem mogła do niego przyjść. Zdarzało jej się wyłudzać pojedyncze ingrediencje pod wymówką mniej szkodliwych eliksirów, nie czuła się jednak z tym dobrze, a wreszcie ją przyłapano, co poskromiło jej skłonność do eksperymentów.

Nieśmiało interesowała się też magicznymi zwierzętami, jednak w bezpośrednim spotkaniu ze stworzeniami unikała wszelkiej interakcji, zadawalając się bezpieczną teorią. Wydawało jej się wprawdzie zawsze, że magiczne zwierzęta mogą wyczuć jej magiczną niepewność tak samo jak wyczuwają strach.



1948 - wyjazd matki do Czechosłowacji

W czerwcu 1948 roku, wróciwszy do domu ojca na okres wakacji, natknęła się na dotkliwą nieobecność matki. Jej relacja z Libuše nigdy się nie zabliźniła po ujawnieniu magii, jednak Nataša nie porzucała nadziei, że matka znów spojrzy na nią tak samo, jak patrzyła na nią kiedyś, kiedy widziała w niej jeszcze swoją córkę, nie wiedźmę. Matka tymczasem nie pozostawiła jej choćby krótkiego pożegnania. Ojciec wyjaśnił jedynie, że na początku roku wymieniała dużo listów, które wyraźnie próbowała przed nim chować, a w końcu w marcu spakowała swoje rzeczy i oznajmiła, że wraca do ojczyzny. Jej rodzice nie żyli, miała natomiast jeszcze żyjącą siostrę i jej syna, którego bardzo chciała poznać. Ludva próbował ją zatrzymać, jednak bezskutecznie; Frederick nie próbował wcale. Przez kolejne lata nie otrzymali od niej żadnej wiadomości, choć Frederick regularnie posyłał jej listy, do których Nataša dołączała również zapisane przez siebie kartki.



1953 - koniec edukacji

W 1953 roku ukończyła naukę w Hogwarcie, z ocenami dobrymi i wyróżnieniem z zielarstwa. Przez trzy kolejne lata próbowała gorliwie znaleźć swoje miejsce pośród czarodziejów, często i z szczególną zawziętością na przekór tych, którzy uważali jej rodzaj za pomyłkę. Podążyła wiernie za swoją zielarską pasją, podejmując pracę najpierw w sklepie zielarskim, w którym spędziła pół roku, później trafiając do wielogatunkowej hodowli roślin magicznych za wstawiennictwem swojej byłej profesor, na stanowisko asystentki, zanim staż i doświadczenie pozwoliły jej na awans. Była w tym czasie również aktywną członkinią Stowarzyszenia Zielarzy, w ramach którego prowadziła badania nad florą, finansowane przez mecenasów. Działalność zielarska pochłaniała ją bez reszty – w nieustannej pracy w cieplarniach, otwieraniu nowych pytań badawczych i próbach zamknięcia ich wnioskami prowadzonych eksperymentów, szukała ucieczki od pytań o własną przyszłość, tożsamość i miejsce w świecie lub między światami. Nieograniczana dłużej przez surowe szkolne reguły, mogła eksplorować też dziedzinę eliksirów z większą swobodą, tym razem ograniczana głównie przez wysokość pensji. Jednocześnie coraz więcej czasu poświęcała podupadającemu na zdrowiu ojcu.



1956 - śmierć ojca, wyjazd do Pragi

Frederick zmarł w lipcu 1956 roku w wieku pięćdziesięciu dwóch lat; jego śmierć była przedwczesna, ale spodziewana od przynajmniej kilku miesięcy. Wbrew swojemu przekonaniu, Nataša nie była na jego odejście gotowa – strata ojca nią wstrząsnęła, zmusiła do zatrzymania się i zmierzenia z tym, przed czym skutecznie uciekała przez ostatnie lata: uciekała w pracę, w nadgorliwą troskę o ojca i Ludvę, w naukę, w zapraszające ramiona. Nie zdołała jednak odnaleźć się w żadnej z tych rzeczy, zagubienie wydawało się zakorzenić w niej trwale, obecne nawet kiedy wydawało jej się, że udało jej się poskromić życie i zmusić je do względnej stabilności, a siebie – do pozornego uspokojenia. Magia tymczasem stawała się kapryśna, zależna od jej stanu psychicznego, coraz mniej stabilnego, im bardziej chorował ojciec, im częściej kłóciła się z nim o leczenie, któremu nie chciał się poddawać, im bardziej zatapiała się w pracy, kosztem snu i siebie. Bywały okresy, w których różdżka zdawała jej się wyłącznie kawałkiem nieżywego drewna, a zaklęcia pozbawionym sensu bełkotem. Tak było również po śmierci ojca, przez dłuższy czas niż zdarzało się to dotychczas.

Po stracie ojca miała wrażenie, że uciszane dotychczas poczucie zagubienia chwyta ją za gardło i żąda od niej odpowiedzi, których nie znała – kim jest i dokąd powinna biec? 

Wreszcie, zostawiwszy w mieszkaniu ojca krótki list adresowany do Ludvy, opuściła Londyn, swój skromny dobytek mieszcząc w jednej walizce. Została zatrzymana na granicy Czechosłowacji i przesłuchana – nie miała potrzebnych dokumentów, pozwolenia na wjazd do kraju, jedynie kartkę z adresem, którym ojciec opisywał wysyłane matce listy. Noc spędziła na niewygodnej ławce, niezdolna usnąć, czując na sobie wzrok dyżurujących strażników, z rosnącym pod gardłem zwątpieniem, czy matka się do niej przyzna; czy zgłosi się po nią jak po zbłąkanego psa. Kiedy wreszcie zobaczyła ją w uchylającym się przesmyku drzwi, ze strachu bliska była płaczu; chłodne spojrzenie znajomych oczu szybko ją jednak otrzeźwiło. Ich powitanie było pozbawione czułości i oznak tęsknoty, Nataša czuła jak w powietrzu tężeją niewypowiedziane wyrzuty, których matka wyraźnie nie chciała wypowiadać w towarzystwie obcych. Dopiero kiedy oznajmiła, że ojciec nie żyje, Libuše odwróciła od niej napięty wzrok i dopełniła koniecznych formalności. Później zrozumiała, jak obciążający był jej przyjazd – był odstępstwem od normy stanowiącej gwarant bezpieczeństwa, angielskie nazwisko przyciągało uwagę i wzbudzało podejrzenia; przez kolejne miesiące kilkukrotnie przyjmowały niezapowiedziane wizyty funkcjonariuszy, odpowiadały na pozornie niewinne pytania, by potem do rana nie spać, analizując grząskość każdego wypowiedzianego słowa i wzdrygając się na każdy szelest dochodzący z korytarza kamienicy. 

W Pradze rodzina matki przyjęła ją równie chłodno, nastroje złagodniały jednak, kiedy udowodniła swoją użyteczność – zanim udało jej się znaleźć zajęcie, opiekowała się chętnie małym Antonem, odciążając młodszą od siebie Anežkę, która okazała się być w kolejnej ciąży, i zajmowała się domem na tyle, na ile pozwalały jej terytorialne gospodynie. Przez krótki czas uczyła również dzieci sąsiadów angielskiego, dopóki bez słowa wyjaśnienia przestali otwierać jej drzwi. Znalezienie zatrudnienia okazało się trudniejsze niż się spodziewała, ze względu na obce nazwisko i matka w końcu zasugerowała, żeby przedstawiała się jej nazwiskiem panieńskim. Tego samego wieczoru, zasypiając, powtarzała je do znużenia, próbując się w nim odnaleźć; i rano, patrząc w lustro, przypominała sobie prawie panicznie, sprawdzając, czy usta przyuczyły się jego kształtu wystarczająco przekonująco: Nataša Černínova. Niedługo później udało jej się zdobyć pracę w fabryce świec. 

Dorywczo pracowała też w sklepie zielarskim w magicznej dzielnicy – stamtąd przynosiła często do domu trudniej dostępne towary: produkty, których zabrakło w sklepach, owoce, zabawki dla Antona; i zawsze tylko to, co akurat rzucano na półki w mugolskich sklepach, by nie wzbudzać podejrzeń. Choć przed domownikami nie dało się ukryć nagłej poprawy w ich życiu, każdy wydawał się jednak rozumieć, że pytań nie należało zadawać. Jedynie matka szeptała czasem kanciastą angielszczyzną, że wpędzi ich wszystkich w kłopoty.



1957 - praca w hospicjum, relacja z Vilémem

Viléma poznała przez matkę – ostro sprzeciwiającą się, ilekroć Nataša próbowała łagodzić objawy jej artrozy swoimi szatańskimi sposobami. Wobec tak wściekłego oporu, pozostawało jedynie przymusić ją przynajmniej do wizyty u mugolskiego lekarza. Młodego doktora Kinskýego zaś Libuše polubiła do tego stopnia, że kiedy przeniesiono go do pracy w hospicjum, wciąż ją do niego posyłała, choć do pacjentki podobnego przybytku było jej jeszcze daleko. 

Doktor Kinský nigdy nie odmawiał – ostatecznie też nie ukrywał długo powodów, przez które traktował je zawsze tak serdecznie, choć na ogół wydawał się Natašy człowiekiem bardzo pryncypialnym, niewylewnym i nieskłonnym do przysług, miała go wręcz za człowieka zwyczajnie szorstkiego i wyrachowanego, zwłaszcza kiedy z pacjentami hospicjum obchodził się zupełnie bezceremonialnie. Nie mogła jednak odmówić jego sposobom skuteczności, obserwowanej później uważnie z bliska, kiedy podjęła w hospicjum pracę, zaproponowaną jej ze względu na wieczny niedobór personelu i – naciągane – doświadczenie (choć głównie zapewne przez sympatię doktora). Ponieważ zdarzało jej się ukradkiem pomagać cierpiącym pacjentom magicznymi sposobami – wyłącznie po to, by uśmierzać skuteczniej ból – wszelkie braki w kompetencjach udawało jej się zatuszować dobrymi wynikami, ponadto pacjenci zazwyczaj za nią przepadali. Mogła jedynie uśmiechać się nieporadnie, kiedy mówili o niej pieszczotliwie: panienka Černínova to prawdziwa czarodziejka, doktorze Kinský.


Praca w hospicjum była dla doktora Kinskýego dotkliwą degradacją (podejrzewano go – jak jej później wyznał – o wygłaszanie politycznych przemów podczas delegacji, przestano więc przyznawać mu pozwolenia na wyjazdy, a później wyegzekwowano przeniesienie; nie powiedział jej, czy oskarżenie było słuszne), ale bez słowa skargi dostosował się do swojej roli, a nawet znajdował pewną naukową satysfakcję w rozwijaniu tematu terapii paliatywnej. Opieka nad jego pacjentami była dla Natašy zaś, pomimo wszystko, przyjemna i w jakiś sposób uspokajająca, jakby bycie świadkiem śmierci przychodzącej we właściwym czasie koiło nadszarpniętą wojną pamięć. Doceniała prostolinijną szczerość tych ludzi, którzy nie mieli już niczego więcej do stracenia; lubili opowiadać jej o swoim życiu, a ona lubiła słuchać ich opowieści.

Imponowało jej przy tym nieomal misyjne poświęcenie doktora Kinskýego, jego skrzętne notatki sumiennie segregowane w teczkach pacjentów, stos kartek na biurku, każdego wieczoru większy.  W jego szafie znalazła numery angielskiego czasopisma medycznego, wszystkie stare i wybrakowane przez cenzurę; nie pozwolono mu na prenumeratę. Tego samego dnia wysłała sowią pocztą wiadomość do Amelii z prośbą, by dostarczała jej najnowsze numery i, jeśli będzie to możliwe, również przeszłe z ostatnich lat, później spędzała z nim wieczory przy jednym biurku, tłumacząc szeptem fragmenty, które sprawiały mu kłopot, obserwując rysik kreślący jej słowa na marginesach (pomagała mu również tłumaczyć jego prace na angielski, szczerze wierzył, że kiedyś będzie mógł je wreszcie opublikować bez cenzury, w kraju i za granicą). Vilém nie pytał, skąd je ma, choć pytanie to wyraźnie dręczyło go, ilekroć wręczała mu kolejny numer; więc kiedy zauważyła, że gazety zniknęły z jego mieszkania, również milczała, choć odtąd nosiła w sobie cichy niepokój, że zostaną przechwycone i drogą śledztwa z nią powiązane, a dalej – że konsekwencje dotkną matkę i ciotkę, pracujących na poczcie.

Czasami, leżąc obok niego wieczorem, wyobrażała sobie, że mówi mu prawdę: magia istnieje, doktorze Kinský. Ludzie, którym próbujesz pomóc, nie muszą umierać. Twoja medycyna, której poświęciłeś się cały, to igraszka. Potrzebowałbyś drugiego życia, by poznać teorię medycyny magicznej i nigdy byś jej nie opanował, krew wciąż będzie przeciekać ci przez palce, choćbyś powtórzył zaklęcie tysiące razy. Milczała; poczucie winy zagłuszając czułością.

Zaczęła spisywać opowiadane jej przez pacjentów historie, z winnym poczuciem, jakby wykradała ich sekrety, by schować je w oddanej jej przez Viléma szufladzie biurka w jego mieszkaniu. Ta winna przyjemność stała się z czasem czymś więcej niż tylko próbą zarejestrowania ich historii w formie trwalszej niż ludzkie życie i pamięć; obudziła w niej uporczywą potrzebę, by nie tylko je zapisać, ale zapisać je dobrze – w słowach odpowiednio uszykowanych, odpowiednio zajmujących, zapadających w pamięci tak samo, jak w jej pamięć zapadały ich twarze i szkliste spojrzenia. Czytywała dotąd czasem książki, ale nigdy uważnie – teraz, spędzając wieczory nad stronami opowieści, studiowała je inaczej, pełniej, sumiennie, jak uczennica. Sunęła palcem po zdaniach, po ich rozwidleniach prowadzących do precyzyjniejszej morfologii myśli. Raz po raz zapisywała te same historie, prosiła Viléma o opinie, pisała je znowu. W końcu przedstawił ją znajomemu byłemu studentowi literatury, zanim zgubiła ją cenzura – odwiedzał ich od tej pory często, równie ucieszony możliwością swobodnej dyskusji, co więcej z kimś, kto chętnie chłonął jego wiedzę. Nataša prosiła Amelię o przysyłanie zakazanych przez Związek Radziecki książek, którym zmieniała okładki; do ich małego klubu literackiego dołączali czasem ludzie, których nigdy więcej nie widziała, ale zapamiętywała to, co mówili: o książkach i o tym, z czym ich pozostawiały po skończonej lekturze. Ludva pomógł jej nawiązać listowny kontakt również z osobami związanymi z czechosłowacką prasą w Londynie; parę napisanych przez nią historii opublikowano w gazecie, która do Czechosłowacji dotrzeć mogła jedynie przemytniczymi kanałami.



II.1958 - I. początek końca

W lutym 1958 roku w schludnym gabinecie na piętrze hospicjum oznajmiła Vilémowi, że jest w ciąży. W odpowiedzi usłyszała pełne rezerwy: jest moje?, wymierzone jak policzek, choć przecież powinna rozumieć: powinna rozumieć, że kobiety bez kontaktów rzadko mogły pozwolić sobie na nowe ubrania, nie mają dostępu do nieocenzurowanych angielskich gazet ani nie przynoszą do domu tak często owoców ani czekoladek; że wszystko miało swoją cenę i że nigdy nie zapomniał, że tańczyła z milicjantem tego wieczoru, kiedy poszli razem na zabawę, bo bała się mu odmówić i tego, jak wyczekiwał jej później popołudniem przed budynkiem hospicjum. Wreszcie: znikała przecież regularnie, by dorabiać w magicznej dzielnicy i nigdy tych nieobecności mu nie tłumaczyła; przypominała sobie, że zapytał kiedyś po jej powrocie, czy uczy jeszcze dzieci angielskiego, a ona – przy nim niepodejrzliwa – odpowiedziała prosto, że nie, że ludzie nie chcą ryzykować. Docierało do niej, że mogła przyznać mu rację – albo przez zaprzeczenie przyznać się, że jest donosicielką, obok prostytucji była to jedyne racjonalne wyjaśnienie. Odpowiedziała więc w końcu, odrętwiała, prosto: tak. 

Pamięta dotkliwie iskrę w jego oczach, kiedy zgarniał ją w swoje ramiona (mimowiednie nauczyła się wierzyć, że życie można zamknąć i opowiedzieć właśnie w spojrzeniach, precyzyjniej niż mogłyby opowiedzieć je słowa). Kiedy mówiła mu ty nie rozumiesz, Vilém, nie miała odwagi spojrzeć mu w oczy ponownie. Ja go nie chcę. Chcę, żebyś mi pomógł.

Nie widziała go nigdy wcześniej złego – jego złość była tymczasem oziębła, jakby zamknięta w szkle burza. Bała się, kiedy w końcu wziął jej twarz w dłonie i mówił, że jeśli nie chce sprowadzać dziecka na ten świat, mogą z niego razem uciec, znaleźć inny, lepszy, niech da mu parę dni, wszystko przygotuje. Nie odważyła się znów mu sprzeciwić, a kiedy kiwała ostrożnie głową, jej łzy wziął za wzruszenie. 

Najnowszy numer czasopisma, którego ostatecznie mu nie podarowała, schowała w swojej walizce wsuniętej pod łóżko w pokoju Antona. 

Vilém potrzebował tylko trochę czasu – żeby się zastanowić i przygotować. Nataša czasu nie miała. Przełożonej w hospicjum oznajmiła, że potrzebuje tygodnia wolnego, matce – że zostanie na dłużej u doktora  Kinskýiego. Kolejne dni spędziła w wynajętej obskurnej suterenie, gdzie zażyła truciznę z miesięcznika.

Kiedy po powrocie Vilém powiadomił ją, że wszystko jest przygotowane, odpowiedziała mu, że niepotrzebnie. Problem rozwiązała sama. Tym razem nie zdołał się opanować, a ona nie potrafiła się już bać – nic straszniejszego niż przeszłe dni nie mogło jej spotkać; zamiast stać cicho i znosić jego złość, odpowiadała mu z równie szorstką goryczą, a w końcu, z policzkiem palącym od uderzenia, wyszła bez słowa.



II.1958 - II. złożenie donosu

Do domu wróciła dopiero późnym wieczorem – zastała w nim zapłakaną Anežkę, przestraszonego Antona i wściekłą matkę. Funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa pozostawili po swojej wizycie pouchylane drzwiczki szafek, wyciągnięte szuflady i przetrząśnięte półki, ich zawartość rozrzuconą na podłodze. Libuše poinformowała ją ozięble, że chcieli wiedzieć, gdzie się znajduje, że wypytywali ją o jej zainteresowanie zagraniczną literaturą, o to, czy często spędza popołudnia poza domem, gdzie dokładnie je spędza i z kim, czy spotyka się z ludźmi, których nazwisk nie spamiętała, związanych w każdym razie z prasą podziemną. Ponieważ nie znała odpowiedzi na żadne z tych pytań, poproszono, by dowiedziała się jak najszybciej. Była to, oczywiście, groźba.

Nataša rozumiała, że Vilém musiał na nią donieść. Wyobrażała sobie, jak po jej wyjściu z gabinetu siedzi długo przy biurku, a w końcu podnosi słuchawkę i wybiera numer do bezpieki, wymienia jej imię i angielskie nazwisko, mówi im wszystko, co chcieli na jej temat usłyszeć od dawna i jeszcze więcej, mówi im, że znalazł w jej szufladzie antypartyjne teksty, że ma kontakty w Londynie i że – jak podejrzewa – jest kobietą upadłą, a potem precyzuje rzeczowo: nie dla przetrwania, ale z próżności, usta po drugiej stronie uśmiechają się bezgłośnie w zrozumieniu. Musiałby to powiedzieć, tak sądziła, właśnie tak: z próżności, więc nie należy jej się współczucie ani łagodniejszy wyrok, jest najgorszym rodzajem kobiety i pasożytem społecznym dążącym do zysku osobistego, Vilém pokaże im gazety, jej nowe Levisy, o które poprosiła Amelię i które zostawiła w jego szafie, delikatną bieliznę i pończochy, mandarynki i czekoladki, zaprowadzi ich pod stare drzwi kamienicy, gdzie znikała, przechodząc do niewidocznej dla niego dzielnicy, a kiedy zapytają ją później, po co tam chodziła, nie znajdzie na swoją obronę żadnej odpowiedzi. W Związku Radzieckim dumnie proklamowano eradykację podobnego problemu pasożytnictwa społecznego wśród kobiet; było zrozumiałe, że należało odczytywać tę wiadomość prościej: eradykowano podobne kobiety. 

W holu biura bezpieki zastano ją zziębniętą i zdeterminowaną. Dyżurującemu funkcjonariuszowi powiedziała, że chciałaby złożyć wyjaśnienia, ale kiedy usadzono ją przed dębowym biurkiem, naprzeciwko towarzysza Moravec, powiedziała tylko: doktor Kinský zamierza uciec z kraju. 

Mężczyzna podsunął jej małą kartkę i życzliwym gestem zaoferował trzymane w szorstkiej dłoni pióro, a ona chwiejnym pismem zapisała adres mieszkania, do którego zdążyła w ostatnich miesiącach przenieść większość swoich rzeczy i wyobrażaną sobie przyszłość. Podziękował jej ciepło, podniósł słuchawkę telefonu i, przyglądając jej się tak uważnie, że z trudem powstrzymała się przed zapięciem guzików płaszcza, wydał polecenie sprawdzenia mieszkania Viléma. Poproszono ją, żeby poczekała w gabinecie; czas wydawał się stać w miejscu. Nie była pewna, jak długo tam siedziała, wpatrując się ślepo w słoje drewna, kiedy towarzysz Moravec w końcu odebrał telefon i odchylając słuchawkę od ust, zapytał, dlaczego nie powiedziała im, że Kinský posiada broń. 

Kiedy zabrano ją do jego mieszkania, Viléma już nie było; funkcjonariusze wytrzewiali jego szafki, przetrząsali teczki pacjentów i jego notatki, lata jego pracy zaściełały podłogi jak dywan. Na ścianie i na podłodze na wprost drzwi wejściowych dostrzegła krew. Nie weszła do środka. Poprosiła, by pozwolono jej odejść. Na pożegnanie towarzysz Moravec dotknął jej ramienia z uśmiechem – wykazała się pani wspaniałą postawą, będziemy o tym pamiętać; zrobiło jej się niedobrze.



II.1958 - III. odkrycie winowajczyni

Po powrocie do mieszkania, zamknęła się w pustej sypialni Anežki i Antona. Osunąwszy się na łóżko, pod poduszką, pod którą wsunęła dłoń, wyczuła sztywną okładkę.  

Anežka, zastawszy ją siedzącą na łóżku z angielską gazetą w dłoniach – nowym numerem angielskiego czasopisma medycznego – z bladym uśmiechem wyjaśniła, że schowała ją przed bezpieką. 

Schowałaś ją, zanim przyszli?

Wciąż wierzy, że całe życie można zamknąć w uchwyconych spojrzeniach. Rozszczepione na krzywiźnie spojówki, jak światło przepuszczone przez pryzmat; na szczęście, na strach – na winę. 

Pamięta, że krzyczała. Pamięta, że po raz pierwszy od dawna wyciągnęła różdżkę, że przyłożyła ją do jej gardła, że żądała od niej prawdy, dopóki Anežka nie przyznała się płaczliwie do złożenia na nią donosu. Tłumaczyła, że była wzywana na regularne przesłuchania od przyjazdu Natašy, że zmuszano ją do donoszenia na sąsiadów i współpracownice, że bezpiece nie podobało się, że nie mówi nic, co mogliby wykorzystać, a w końcu towarzysz Moravec zaczął wspominać, że jeśli nie znajdzie nic ciekawszego, będą musieli przyjrzeć się bliżej jej mężowi. Przypominali jej wymownie o ojcu, aresztowanym lata wcześniej podczas demonstracji. Powtarzała, że nie miała wyjścia. Że chciała tylko chronić rodzinę.

Nataša pamięta, że Libuše odciągnęła ją od niej siłą; że powiedziała matce wtedy, że zabrali Viléma, przez nią, i że musi tam wrócić, że musi wszystko wyjaśnić. Matka odpowiedziała, że zrobiła już dosyć. Że tak długo, jak z nimi zostanie, będą musieli trzymać jej tajemnice i znajdować wyjaśnienia. Że najlepsze, co może dla nich zrobić, to wreszcie odejść.



II. 1958 - IV. powrót do Londynu

Tej samej nocy, w lutym 1958, wróciła do Londynu. 

Amelia przyjęła ją do siebie z troską, której nie udało jej się wybłagać u matki. Ludva odwiedzał ją często, czasem wyłącznie po to, by pogłaskać ją po włosach, usiąść w fotelu obok łóżka i czytać gazetę, czasem na głos odczytując jej ciekawsze fragmenty, najczęściej tekstów z czeskiej prasy (rozluźniająca się cenzura przynosiła zwodniczą, daremną nadzieję, że kraj dąży ku lepszemu). Czasem pytał, o czym myśli, niezobowiązująco. Czasem mu odpowiadała; częściej milczała.

Jedyną i ostatnią wiadomość od Libuše otrzymała na początku marca, przesłaną sowią pocztą przez dozorcę kamienicy, w której znajdowało się przejście do magicznej dzielnicy w Pradze. Podejrzewa, że matka musiała pójść za nią któregoś razu i zapamiętać adres, a tam poprosić o pomoc, by uniknąć przechwycenia listu przez Służbę Bezpieczeństwa. Zapisała dla niej tylko jedno zdanie: Vilém zmarł w drodze na Pankrác. Było to nikłe pocieszenie – świadomość, że nie zdążono poddać go przesłuchaniu.

Ludva i Amelia zaczynali się o nią poważnie martwić – zaskoczyła ich jednak któregoś wieczoru, schodząc do salonu i prosząc, by opowiedzieli jej o tym, co działo się podczas jej nieobecności. Zdawała się odżyć – raptem, w akompaniamencie mimowiednych czeskich słówek i z niewyjaśnioną determinacją. 

Wróciła do nazwiska ojca (czy wypierana nieobecność nie staje się, przewrotnie przez dotkliwość, uporczywą obecnością?). Podjęła pracę jako zielarka w szpitalu św. Munga (korzysta wciąż z okazji, by poznawać i kolekcjonować spisane na papierze ludzkie tragedie) i zaczęła podejmować ponowne próby znalezienia przyczyn oraz przełamania zakorzenionej w psychice oporności wobec własnej magii. Powróciła też do warzenia eliksirów, na czym skromnie dorabia, przyjmując zlecenia od osób poinformowanych o jej usługach drogą pantoflową. 

Wiara w słuszność działań zwolenników Dumbledore'a nie była dla niej właściwie wyborem, ale koniecznością; obserwowanie wydarzeń w spolegliwym milczeniu nie leżało dłużej w jej samozachowawczym repertuarze, a jeśli miała się za czymś opowiadać, zamierzała opowiadać się jasno i kategorycznie. Po powrocie do Londynu dużo uwagi poświęciła minionym wydarzeniom i kiedy do wiadomości publicznej dotarła informacja o ucieczce Grindelwalda z Nurmengardu, nie mogła otrząsnąć z siebie pesymistycznych przeczuć, zbyt dobrze pamiętając ciche początki zmian politycznych z historii mugolskiej i to, jak konsekwencje dosięgały w końcu ludzi zwykłych. Naturalnie uważa, że mugoli należy chronić przed czarodziejską ekspansją, co więcej – uważa też, że powinno się ich chronić przed wiedzą w ogóle; obawia się, że ujawnienie magicznego świata musiałoby nieuchronnie doprowadzić do konfliktu. Ponieważ jednak przypuszcza, że ujawnienie jest zarazem prawdopodobną koleją rzeczy (wprawdzie już teraz światy przenikają się w impulsach pojedynczych incydentów, spotkań i relacji), zamierza przynajmniej wesprzeć właściwą stronę – tę, która wyznaje idee pokoju i współpracy między mugolami a czarodziejami na równych warunkach. O swoich przekonaniach mówi przy tym głośno; jeśli nie chcą słuchać – krzyczy, od konsekwencji obawiając się bardziej jedynie tego, co przyjdzie, gdy nastanie cisza (w końcu bardziej niż nalotów obawiała się zawsze momentu, kiedy hałas cichł).

1960 - dołączenie do Zwolenników Dumbledore'a

W szeregi zwolenników została wprowadzona w 1960 roku przez wtajemniczonego czarodzieja, który miał szczęście w nieszczęściu jej głośnych opinii wysłuchać.

Jej misyjne oddanie wydaje się jednak przede wszystkim pokutnicze. Być może kiedyś, patrząc wstecz, odniesie wrażenie, że całe życie próbowała zasłużyć sobie na przebaczenie.

0
Pozostało PP
mixed
50
Pozostało PM
8
8
0
OPCM
Uroki
Czarna magia
0
0
20
Transmutacja
Magia lecznicza
Eliksiry
5
10
10
Siła
Wytrzymałość
Szybkość
Ścieżka I — Magiczne mikstury
Teoria alchemiczna
Eliksiry i maści
Trucizny i antidota
Analiza i destylacja składników
Ścieżka II — Magiczne rośliny
Zielarstwo
Ziołolecznictwo
Uprawa magicznych roślin
Ochrona zagrożonych ekosystemów
Magiczna symbioza i komunikacja z roślinami
Ścieżka III — Opieka nad magicznymi stworzeniami
Wiedza i zrozumienie magicznych stworzeń
Ścieżka VII — Magia uzdrawiania
Pierwsza pomoc
Ścieżka IX — Mugoloznawstwo
Historia i kultura mugoli
Mugolskie urządzenia
Ścieżka XIII — Szpiegostwo
Skradanie się
Ścieżka XVI — Społeczeństwo i wpływy
odczytywanie emocji i czujność
Ścieżka XVII — Artyzm i twórczość
pisarstwo
Ścieżka XX — Poliglotyzm
czeski

drzewko

Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
08-12-2025, 22:12

Witamy na forum Serpens!

Mistrz Gry utworzył dla Ciebie osobisty dział, w którym została umieszczona Twoja skrytka bankowa. Udaj się do niego i opublikuj temat z sowią pocztą oraz umieść tam swój prywatny kuferek. Na start otrzymujesz też od nas skromny prezent – znajdziesz go w swoim ekwipunku.

Możesz już rozpocząć zabawę na forum! Zachęcamy, abyś sprawdził, co Ci się przyśniło, rozeznał się w aktualnych wydarzeniach oraz spytał, kto zaczyna.

Odtąd Twoje słowa, decyzje i sojusze mają znaczenie. Uważaj, komu zaufasz — wężowe języki są zdradliwe. Dobrej zabawy!

Karta zaakceptowana przez: Philippa Moss

    Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
28-12-2025, 19:56

Nataša Doherty

Ekwipunek

pozostałe przedmioty spoza automatycznego ekwipunku

darmowa sowa pocztowa

Historia rozwoju

[28.12.2025] zatwierdzenie karty postaci, +1 wytrzymałość [prezent powitalny]
    Odpowiedz
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 00:41 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.