• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Organizacja > Akta postaci > Zaakceptowane > Czarodzieje > Leopold Flint
Leopold Maerin Flint
Obrazek postaci
Dusza
Personalia rodziców
Maerin i Esme Flint (z.d. Ollivander)
Aspiracje
rozsławienie nazwiska na całą Europę, długomiesięczna podróż na biegun północny
Amortencja
zima, kwiat gorzkiej pomarańczy, skóra, wetyweria, wiśnia
Różdżka
11 cali, pióro hipogryfa, jesion, sztywna, na rękojeści rzeźbienie w kształcie płatków śniegu
Hobby, pasje
nauka języków, poznawanie obcych kultur, pływanie, polowanie, literatura węgierska, graniany, balet
Bogin
martwe ciała sióstr i ojca
Umysł
Data urodzenia
01.01.1939
Miejsce urodzenia
Wiedeń, Austria
Miejsce zamieszkania
Tir Eilean, Margate, Kent
Język ojczysty
angielski
Genetyka
Czarodziej
Ukończona szkoła
Durmstrang, Jötunn
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach; wschodząca gwiazda sportu
Czystość krwi
Błękitna krew
Status majątkowy
Bezdenna sakiewka
Ciało
23
180
72
Wiek
Wzrost
Waga
piwne
jasny brąz
Kolor oczu
Kolor włosów
Budowa ciała
smukła, atletyczna, wyraźny zarys mięśni wyrzeźbiony wskutek licznych ćwiczeń fizycznych
Znaki szczególne
blizny po oparzeniu na prawej ręce, sieć blizn ciągnących się od lewej łopatki po ostatnie żebro, pewny krok, plecy lekko pochylone przez czas, jaki spędził w siodle, wyraźny pieprzyk po prawie stronie twarzy nad kością policzkową, mroczny znak na lewym przedramieniu, kręcone włosy
Preferowany ubiór
na spotkania towarzyskie wyszukane stroje odpowiadające obecnemu kanonowi mody, odpowiednie dla młodzieńca z dobrego domu, poza tym splendorem eleganckie porzuca na rzecz wygody - w jego garderobie można znaleźć gryzące skóry swetry, skórzane kurtki i buty, wełniane płaszcze, a nawet kaszkiety
Zajęty wizerunek
Lorenzo Zurzolo
Obrazek postaci
Lubił ból; ból, który wypełniając płuca, próbował rozsadzić ich pęcherzyki, gdy brakowało w nich tlenu, a on nadal, uparcie tkwił pod wodą, łudząc się, że tym razem przekroczy ograniczenia własnego ciała.

Przyszedł na świat jako pierwszy długo wyczekiwany syn Maerina Flinta i zarazem jego ostatnie dziecko, w noc, gdy fajerwerki rozświetlały granatowe niebo, a wiedeńska socjeta witała Nowy Rok, chociaż wolał myśleć, że w tym całym splendorze, w atmosferze radości, hucznie świętowali jego narodziny. Rodząc się nie krzyczał, jakby już wcześniej, w wodach płodowych, zabrakło mu powietrza w płucach. Dopiero po uciążliwej chwili, trwającej ledwie kilka sekund, chociaż dla ojca rozciągającej się w nieskończoność, z jego gardła narodziły się pierwsze dźwięki, dające pełnoprawny początek nowemu istnieniu. Drugiemu tej nocy, bowiem w tym wyścigu pokonała go siostra; może już wtedy ta głęboko zakorzeniona w ich trzewiach potrzeba rywalizacji dała o sobie znać?
 
Od tamtej pory zawsze byli razem, połączeni symbiozą uczuć i oddechów, złączeni wspólną myślą. Wiedział, czego potrzebowała, chociaż nie musiała werbalizować swoich pragnień. Potrafił nazwać każdą emocje, jaka wykrzywiła jej twarz, a czasem nawet nazywał je swoimi własnym. On, Leopold i ona, Leopoldine, w przeciwieństwie do niego reagująca na krótkie Leo, które czasem opuszczało ojcowską krtań. Poza wspólną pulą genów, łączyło ich wszystko. Jeden pokój, jedna piastunka, a potem guwernantka - kobieta o anielskiej cierpliwości, która stawała czasem na rzęsach, aby zmusić Leopolda do współpracy, chociaż to nieposłuszeństwo nie miało nic wspólnego z brakiem chęci, czy krnąbrnością jego charakteru. Zwyczajnie zbyt wiele czynników konkurowało o jego uwagę, przez co nie był skłonny skupić się w pełni na żadnym z nich. Ostatecznie myślami zawsze uciekał gdzieś daleko, w stronę opowieści o obcych kulturach i obyczajach, zasłyszanych z ust przyjaciół ojca, które ostatecznie kradły jego całą uwagę. Ochoczo się w nich zatracał, pozwalając sobie na dziecięce mrzonki o odległych krainach, wielomiesięcznych ekspedycjach pełnych przygód i stworzeń, jakie widywał na ilustracjach. 
Pamiętał jak pewnego listopadowego dnia, gdy  w kominku płonął ogień, Leopolidne rozczesywała loki swojej ukochanej lalki, Nessie pozbywała się głowy drugiej, a on obierał pomarańcze, przysiadła się do niego matka. Wsuwając do ust kawałek owocu, zamknęła w objęciach swoich palców jego nadgarstek i cicho, niemal szeptem powiedziała coś, co na zawsze zapadło mu w pamięć. Podczas tej krótkiej wymiany zdań, obiecał jej, że otoczy Leo opieką. I poraz pierwszy poczuł, że jest za kogoś odpowiedzialny i przez to mógłby zrobić komuś krzywdę, chociaż nie istniały ku temu obecnie żadne przesłanki.  Może wyczuwał, że jej życie powoli gaśnie?


Śmierć nie pyta o zgodę. Przychodzi, kiedy ma na to ochotę i odchodzi równie szybko, zabierając ze sobą swoją ofiarę. Oswojenie się z nią nie jest łatwe, ale niezbędne, aby zrozumieć brutalne prawa natury.
 
To, że śmierć zabrała im matkę, było wstrząsem dla nich wszystkich, szczególnie dla ojca, który nie stracił tylko matki swoich dzieci, ale przede wszystkim miłość swojego życia. Dostrzegł rozpacz w jego spojrzeniu, gdy wraz z nieoczekiwanym przejazdem dziadków, łamiącym się głosem oświadczył, że ich pobyt w Wiedniu, tam, gdzie ojciec kontynował sportową karierę, właśnie dobiegł końca i wracają do Anglii.
Leopold, chociaż czuł żal, nie płakał ani wtedy, ani na pogrzebie. Rozpłakał się dopiero na angielskiej ziemi, poza murami rodzinnej posiadłości, z dala od wszystkiego, co znał, zapuszczając się w przylegające do rezydencji tereny. I kiedy zastała go tam noc, wówczas zaprosił do swojego życia zrozumienie. Pojął, że teraz wszystko się zmieni i już nigdy nie wypełni pustki po stracie, jakiej doświadczył.

Mury Tir Eilean były dla niego obce, pozbawione matczynej obecności, a ojciec długo nie wracał; zaszył sie gdzieś, przeżywając żałobę po swojemu i nikt nie wiedział gdzie jest, mimo iż dziadek wielokrotnie próbował sprowadzić go z powrotem do domu.  O ile Leopold sam potrafił to przełknąć, wytyczyć sobie nowy cel, znaleźć w tym wszystkim sens, o tyle nie był pewny, jak z nową sytuacją poradzi sobie jego starsza o zaledwie kilka minut siostra, która zawsze była bardziej wrażliwa, delikatniejsza jak lalka z saskiej porcelany, a teraz wydawała się znacznie bardziej zagubiona. Papa przestał nas kochać, powtarzała Leopoldine ze smutkiem wydzierającym ze spojrzenia, za każdym razem tymi słowami przypominając mu, że beztroski czas dzieciństwa odszedł w zapomnienie. W zapomnienie odeszła też wspólna przestrzeń sypialni i program nauczenia. Leopold zamieszkał w zachodnim skrzydle posiadłości, siostry we wschodnim, a natłok zajęć sprawiał, że widywał je coraz rzadziej, najczęściej podczas wspólnych posiłków.
 
Najwięcej czasu spędzał poza domem; oswajał się z tym, do czego został stworzony - ze stworzeniami o płochliwej, ale przy tym niebywale lojalnej naturze, granianami. Szczęśliwe okazało się, ze podobnie jak kiedyś jego ojciec, on także posiadał rękę do tych koni. Szybko znalazł z nimi wspólny język i jeszcze szybciej zaczęły jeść mu z dłoni. Urodziłeś się w siodle, Leopoldzie, pochwalił go pewnego dnia dziadek, gdy po raz pierwszy zasiadł końskiego grzbietu; to był jedyny komplement, jaki usłyszał kiedykolwiek z ust tego mężczyzny.
Równolegle, po tym, jak nauczył się płynnie czytać i pisać, pobierał naukę języka niemieckiego i norweskiego, chłonął wiedzę na temat obyczajów i etykiety, a z inicjatywy babki dwa razy w tygodni przychodził do niego nauczyciel muzyki, pod którego okiem uczył się gry na fortepianie. Najpierw niechętnie, potem, rozumiejąc, że to jedna rzecz, która obecnie łączyła go z siostrą, z większym zaangażowaniem, aż w końcu spod jego palców zaczęły wydobywać się przyzwoicie brzmiąca melodia.


Zawsze żył w nim gniew. Nosił go za skórą jak diabła, wszystkie te demony, których nigdy nie powinien spuścić z łańcucha. Wydawało mu się, że był dodatkowym organem ukrytym gdzieś w ciele. Czasem wystarczyła zaledwie iskra, aby rozpalić w nim jego pożogę.

1943 - złość; przebudzenie magii

Pierwszy podmuch gniewu zjawił się w jego egzystencji niespodziewanie, gdy wiedziony ciekawością, wymknął się z lekcji kidersztuby i schował się w wschodnim skrzydle rezydencji. Wówczas usłyszał podniesiony, kobiecy głos, wykrzykujące nieprzychylne epitety pod adresem tej, którą obiecał chronić.
Zajrzał do środka przez uchylone drzwi. Leopoldine właśnie rozsznurowała baletkę i zdjęła ją ze stopy; dostrzegł na materiale świeże plamy krwi. Jej nauczycielka z kolei siedziała przy biurko i, mamrocząc coś niezrozumiałego pod nosem, skrobała piórem po kartce papieru. Zgniótł dłoń w pięść, gdy kobiece usta opuściła kąśliwa uwaga, przez którą jego siostra zaczęła płakać, co jedynie sprawiało, że złość w młodym Flincie odżyła na nowo, wraz nią poczuł falę gorąca przepływającą przez ciało, a potem nieoczekiwanie do jego uszu doleciał wrzask.  Pióro, które kobieta jeszcze kilka chwil wcześniej trzymała między palcami, teraz wbiło się stalówką w jej dłoń. Wycofał się w głąb korytarza, zanim ktokolwiek go dostrzegł i z gwałtownie bijącym w piersi sercem puścił się biegiem do wyjścia, aby jak najszybciej opuści mury posiadłości.  
 
Niedługo po tym incydencie, o którym nikt nie mówił, a o którym wiedzieli wszyscy - wydawało mu się, że babka zdawała sobie sprawę, kto stał za tym występkiem i tylko dlatego, że nie złapała go za rękę, na gorącym uczynku, nie wydała wyroku i nie wyciągnęła żadnych konsekwencji – stryj, w duchu rodzinnej tradycji, zorganizował wyścigi konne dla młodych Flintów. Leopold wówczas zdał sobie sprawę, że to ostatni test przed opuszczeniem Anglii i musi zrobić wszystko, aby sięgnąć po najwyższe trofeum. Jeszcze więcej czasu spędzał za swoim wierzchowcem, budując z nim więź, co wkrótce przyniosło oczekiwane owoce. Pod językiem poczuł po raz pierwszy w życiu uzależniający, pożądany smak zwycięstwa, gdy dotarł do mety jako pierwszy, górując nad starszym kuzynostwem. Był obłudnie słodki, napełniający wręcz euforycznym zadowoleniem i uzależniający, bodaj właśnie wtedy złożył przysięgę samemu sobie, że nigdy nie zajmuje pozycji przegranego. Wtedy też, po raz pierwszy, odkąd pojawił się w rodowej posiadłości, nazwał ją swoim domem.


1950-57 - determinacja; edukacja

Zgodnie z rodzinna tradycyją, która nakazywała każdemu Flintowi zwłaszcza męskiej linii, szkolną edukacje pobierać w Durmstrangu, udał się w podroż do Norwegii. Czuł gulę w przełyku, gdy przekroczył progi warowni. Surowy klimat Norwegii, chociaz pod wieloma względami mu odpowiadał, napawał go także lękiem, który wspinał się po szczeblach żeber i zaciskał się serpentyną strachu na żołądku. Przez chwile, podziwiając monumentalne mury, wszystkie słowa zgubiły się w korytarzu krtani, a on stał na środku korytarza, wśród nowych adeptów , trzymając siostrę za rękę, nie wiedząc, gdzie podziać oczy.
Podczas ceremonii rozpoczęcia roku, zgodnie z prognozami, razem z siostrą wylądował w hołdującym jego wartości Jötunn. Szybko wszedł w skórę ucznia Durmstrangu, równie łatwo nawiązał nowe znajomości i złapał nowy rytm dnia. Dyscyplina nie była mu obca. Podobnie, jak długogodzinne, odbierające wszelkie siły treningi, czy nawet obcowanie z chłodem, do którego nawykł. Biorąc sobie do serca słowa wyryte w rodowym gobelinie - walczyć, wygrywać, nie żałować - nie uginał karku przed pojawiającymi się na jego drodze wyzwaniami. Podnosił rzucone w jego stronę rękawice, przyjmując wyzwanie za wyzwaniem, hartując nie tylko ducha, ale też oswajając się z gorzkim smakiem porażki, jaki czuł w przełyku, gdy jego własne ambicje i oczekiwania go przerastały. Upadki były bolesne, ale potrzebne; to dzięki nimi nauczył się z jeszcze większą pewnością siebie sięgać po to, co znajdowało się w zasięgu jego rąk jak po swoje.
 
Nie był uczniem wybitnym. Jego ograniczony krąg zainteresowań sprawiał, że nigdy nie poświecił zbyt dużo uwagi takim dziedziną magii jak transmutacja, eliksiry czy choćby zielarstwo. Swoje siły skoncentrował na tym, w czym mógł być najlepszy. Największą wagę przywiązywał do zaklęć, szczególnie uroków, które wnikliwie studiował, stale pogłębiając swoją wiedzą i rozszerzając swój repertuar takowych. Dużą część czasu Leopolda pochłaniały także ćwiczenia fizyczne, w tym fechtunek i pływanie - te ostatnie stało się jego największą pasja, jaką dzielił z obiema siostrami, ale też sposobem na rozładowanie napięcie i emocji, które wypełniały go po brzegi i szukały ujścia. Nie uciekał też od polowań – hobby, którym zaraził go jeden z wujów. Ostatecznie tak dobrze wpasował się w mury tej szkoły, że lata, jakie spędził w skandynawskim instytucie magii, minęły mu zaskakująco szybko. I czuł, że jeszcze kiedyś poczuje tęsknotę za tą surową, czasem odbierającą dech w piersi dyscypliną. W międczyczasie, w każde wakacje, by zabić czymś nudę, pomiędzy polowaniem i tradycyjnymi wyścigami inicjonowanymi przez członków rodziny, przyswaiał język węgierski.


Zawsze miał w sobie coś z egoisty. Chociaż zdawał sobie sprawę ze swoich powinności i pragnął się z nich sumiennie wywiązywać, nie mógł pozostać zbyt długo w jednym miejscu i gdy tylko nadarzała się okazja, korzystał z niej, by jak najprędzej wynieść spod czujnych oczu swoich opiekunów.

1957 - egoizm; wyjazd do Wiednia

Tym razem nie spełnił oczekiwania seniora rodziny - swojego dziadka. Nie wrócił z Norwegii wprost na łono ojczyny. Korespondując z ojcem, wynegocjował u niego pozwolenie na pobyt w Wiedniu, w tamtejszej szkole magicznego jeździectwa, by pod okiem utytułowanych instruktorów i szkoleniowców, polepszyć swoje umiejętności, które w przyszłości miały przynieść mu sławę i pomóc w rozsławieniu rodzinnego nazwiska na całą Europę. W Austrii spędził niespełna rok, a jeden list, który przyszedł do niego ostatniego dnia lutego, zmienił wszystko.

1958-59 - niezłomność; pierwsza wyprawa na Arktykę do Paryża Północy

Ojciec rzadko bywał w domu i jeszcze rzadziej wykazywał zainteresowanie własnym dziećmi, chociaż zdarzały się momenty, gdy ściągał Leopolda z łóżka tuż przed świtem, snując przed nim wizję męskiej, dwuosobowej wyprawy, w ramach treningu fizycznego. Nigdy mu nie odmawiał, bo chociaż męzczyzna nie przyłożył ręki do wychowania swoich latorośli, po śmierci swojej ukochanej żony, składając c tą powinność na ręce swoich rodziców, Leopoldowi zawsze zależało na pozytywnych relacjach z tym człowiekiem. I wiedział, jak to wykorzystać. W jakie struny uderzyć, aby chociaż raz postawić na swoim. Brama Arktyki, która stanęła otworem dla jego dziecięcych fantazji, okazała się przepustką do świata, którego znał tylko z opowieści. 
 Leopold nie próbował przekonać ojca do wyrażenia zgody na tą ryzykowną, ale - jak mu się wtedy wydawalo - niezbędną mu do życia podróż, bo chociaż Maerin nie znał dostatecznie swojego, zazwyczaj całkowicie posłusznego potomka i nie był zaznajomiony z tą podłością charakteru, jaką przed nim skrywał, istniało wysokie ryzysko, że nie wyraziłby swojjej zgody, a zatem, młody Flint, nikomu o tym nie wspominając, udając, że nadal tkwi w Wiedniu i jednocześnie nie kryjąc entuzjazmu, wrócił do Anglii, aby podjąć się tego wyzwania pod banderą Niezłomnej Cnoty, która obrała kurs na Tromsø. Podróż ta nie była tylko zwieńczeniem chłopięcych marzeń, czy zwyczajnym, podyktowanym chęcią przygody kaprysem, miała na celu zahartować jego ducha, ponadto przyjęła charakter edukacyjny. 
Na pokładzie nabył umiejętności kartograficznych i nawigacyjnych, a po tym, jak statek dobił do wykutego w skale, oblodzonego portu, służył Billemu za tłumacza języka norweskiego. A także, kilka dni później, gdy ich organizmy zaadoptowały się do nowych, znacznie trudniejszych warunków atmosferycznych, razem z nim oraz jego selektywnie wytypowanymi kamratami (część załogi pozostała w porcie, by doglądać dumy Traversa), udał się w głąb kontynentu, gdzie na własnej skórze posmakował klimatu bieguna północnego.
Brodząc w śniegu, czasem po kolana, nie czuł znużenia czy zmęczenia. Nie przejmował się chłodem pieszczącym odsłonięte skrawki skóry, czy tym, że czasem, w skutek nieprzyzwoicie niskich temperatur nie czuł placów u rąk, a w kącikach ust pojawiały się niewielkie sople lodu. Z determinacją, czasem zaciskając zęby, czasem przeklinając w duchu ułomność ludzkiego ciała, godną swojego nazwiska parł na przód. Niemal od razu zapałał miłością do surowego, trudnego klimatu, ograniczonej widoczności i poczucia, jakie wypełniała jego płuca wraz z kolejnym haustem zimnego powietrza - nieskrępowanej żadnymi zasadami wolności. Williamowi przyświecał jeden cel - upolowanie dwurożca, a on miał tylko stać z boku i się temu przyglądać, w drodze nabierając wprawy w tropieniu i odczytywaniu oraz analizowaniu śladów.
Któreś nocy, gdy przyszło załamanie pogody, zerwał się nieprzyjemnie gwałtowny, ostry wiatr, a oni ukryli się w skalnej szczelnie, aby się przed nim odsłonić i przeczekać najgorsze, smok, na którego terenie się znaleźli, nie wykazał się identycznymi pokładami cierpliwości. Wyczuwając obecność intruzów na swoim rozległym terytorium, nie zwlekał i wykorzystując moment ich słabości, wynurzył się spoza skalnej ściany, by zaatakować. 
Leopold stając oko w oko z przerażającym monstrum stracił nie tylko oddech, ale przede wszystkim władzę nad ciałem. Chociaż jego dłoni zacisnęły się na kuszy, nie był w stanie wyrządzić bestii dotkliwej krzywdy. Sparaliżowany strachem, stał jak słup soli owładnięty poczuciem słabości. Nie wiele pamiętał z tamtego momentu, poza dławiącym krzyk w gardle przekonaniem, że zaraz rozstanie się z życiem i rwącym palącym bólem, który wgryzł się pod skórę. Przytomność umysłu odzyskał niedługo przed utratą przytomności. Chociaż jeden z rąk paliła go zatrważającym ogniem bólu, niesiony adrenaliną i jeszcze silniejszym pragnieniem przetrwania, wystrzelił bełt w stronę smoczej paszczy, rozległ się nieprzyjemny dla uszy skrzek, a potem była tylko ciemność.
Trawiony gorączką, obudził się na pokładzie Niezłomnej Cnoty, która, jak się dowiedział wkrótce po przebudzeniu, wypłynęła z portu dwa dni temu, bez żadnego dodatkowego bagażu. Początkowo nie czuł ręki, ale dzięki umiejętnościom pokładowego felczera odzyskał w niej czucie, chociaż blizny po oparzeniu na zawsze miały zdobić jego skórę, przypominając mu o tym, jak bliski śmierci był.
Zupełnie bezużyteczny, nadal obolały, snuł się po pokładzie, jak widmo, lecz ostatecznie jego zainteresowanie zyskała książka, którą znalazł w swojej kajucie. Traktowała o jednej z najbardziej  zaawansowanych dziedzin magii - oklumencji. Słyszał o niej jeszcze w murach szkoły, lecz, pochłonięty przez liczne zajęcia i ambicje, które pożerały go od środka nie miał wcześniej okazji, aby jego zgłębić, lecz teraz tego zapragnął - ni to przez doskwierającą mu nudę, ni to przez chęć ochrony własnego umysłu przed ingerencją z zewnątrz, ni to przez tą obezwładniającą bezsilność, którą czuł nadal w ciele po konfrontacji ze smoczym pomiotem. Wnikliwie ją przestudiował - strona po stronie, zaznaczając ołówkiem kwestie wypalające na płótnie jego umysłu wątpliwości. Wypytał potem o nie wszystkie Traversa, który wraz ze swoimi odpowiedziami rozwijał je wszystkie, rozpalając w nim knot zainteresowania.  
Nie zwlekając, w tym samym czasie podjął się treningu oklumencji – cisza panująca pod podkładem za dnia służyła skupieniu i kontemplacji. Tłumiąc ból, którym nadal emanowało jego ciało, zamykał emocje w zapadni umysłu, pozwalając narodzić się pustce w obszarze myśli. Trenował to też później, w zaciszu domowej rezydencji, gdzie odbywał rekonwalescencje i dochodził do siebie, lecz fizyczne trudy, jakie doświadczył, nie mogły się równać z ćwiczeniami, które wymagały od niego najwyżej formy skupienia i wyciszenia wszystkiego, co wcześniej wybijało go z rytmu. 
Leopolad często szukał azylu dla swojego umysłu w jeziora przylegającym do rodzinnej posiadłości. Tam, nurkując na samo dno zbiornika, nauczył się opanowania. Jego chłód wówczas przeniknął głęboko w włókna ciała, zupełnie jak zimno wody, sprawiając, że zakradał się także do spojrzenia, pogrążając go w pozbawionej emocji próżni. W międzyczasie korespondując z siostrą, która nadal mieszkała w ZSRS, upewniwszy się, że dobrze sobie radzi, zyskał wewnętrzną harmonie,  ale, odpisując jej na jeden z listów, poczuł też coś, czego nie potrafił na początku nazwać. Wijącą się w klatce żeber tęsknotę. Wówczas zrozumiał, że jednym z największych pragnień jego serca było wyjazd na biegun północny i spędzenie przynajmniej pół roku w prymitywnych warunkach, zaznajamiając się z tamtejszym surowym stylem życia oraz mieszkańcami Arktyki.


Własną pychą oddychał jak tlenem; kotłujące się w nim ambicje były jak żywe, rozpychające się w trzewiach istoty. Wypuszczone z łańcucha, pożerały go środka, segment po segmencie, aż jedyne, co pozostawało, to podążanie ich ścieżka, nawet jeśli na samym końcu miałby zanurzyć się w odmętach własnego szaleństwa.

1959-60 - ambicja; rozkwit kariery

Powrót do domu nie należał do najprzyjemniejszych doznań w jego życiu; skonfrontował się zarówno z apodyktycznością dziadka, jak i potem także ojca, oraz surową karą cielesną, jaka się z tym wiązała i kolejnym upokorzeniem. Areszt, jaki go dotknął, dotyczył rocznego zakazu polowań, a wraz z powrotem do zdrowia, musiał skonfrontować z brzmieniem oczekiwań, jakie nosił na swoich barkach, rodząc się Flintem. Pierwszy raz od miesięcy dosiadając konia, zrozumiał, jak bardzo mu tego brakowało. Wcześniej czuł się tak, jakby ktoś wyrwał mu element duszy i zamknął ją w klatce swoich palców, lecz jednak teraz ten zaginiony fragment wrócił na swoje miejsce i w siodle poczuł się bardziej kompletny niż kiedykolwiek wcześniej.
Trenował dużo bardziej niż przed wyjazdem, wyciskał z siebie ostatnie poty - poniekąd, by zapomnieć o sromotnej porażce, jaka dotknęła go w Norwegii, poniekąd, by sprostać nie tylko nałożonym oczekiwaniom, ale tez nakarmić własne, piętrzące się pod ostatnim żebrem ambicje. Wiedział, że przesadza. Wiedział, że powinien odpuścić, pozwolić sobie na odpoczynek i kilka dodatkowych godzin snu, na którego deficyt cierpiał ale nie potrafił. Jego harmonogram był po brzegi wypełniony zajęciami, a on kładł się późnym wieczorem i budził o świcie, wraz z pierwszymi promieniami słońca, ale musiał udwodnić wszystkim, że zasługuje na nazwisko, które nosi. Nic zatem dziwnego, że tuż przed ostatnim, najważniejszym wyścigiem z sezonie, jego ciało odmówiło mu posłuszeństwa. Z trudem zwlekał się z łóżka, z jeszcze większym pokonał dystans, jaki dzielił go od łazienki. Walcząc z torsjami, ostatecznie się poddał i pozbył się tkwiącej w żołądku żółci. Nie wrócił jednak do łóżka. Wiedział, że to, co czyniło go słabym, musiał przekuć w siłę. Nie mógł przecież zawieść oczekiwań, zwłaszcza swoich własnych. Doprowadził się do porządku, wcisnął w siebie śniadanie. I udał się do stajni, by na własną rękę przygotować swojego wierzchowca do wyścigu. Villám musiał wyczuć jego nastrój; był podenerwowany, wierzgał, prychał, a ostatecznie schował swój pysk w zagłębieniu szyi Leopolda, oddychając niespokojnie. Jakby chciał go ostrzec, że dzisiaj powinien odpuścić.
Nie odpuścił. Nie mógł, nie potrafił. Nie byłby wstanie przełknąć poczucia porażki, jakiej by wówczas zaznał. W nieugiętej upartości swojego charakteru wziął więc udział w wyścigu i przegrał, sromotnie, z własnym kuzynem. Pierwszy raz poczuł się tak beznadziejnie słaby i całkowicie pokonany. Łzy cisnęły mu się do oczy. Dłonie drżały. I chyba przed tym zanim dowlókł się do swojej sypialni, stracił przytomność.
 
Nie mógł zapomnieć o porażce, mając ją ciągle w głowie, robił wszystko, by jej już nigdy nie powtórzyć. Doskonalił umiejętności. Wspinał się na wyżyny własnych możliwości. Pokonywał bariery swojego ciała, a wkrótce wysiłki, jaki się podjął, zebrały plon. Częściej zajmował najwyższe miejsce na podium i zdobywał większe uznanie. Dorósł do godnego prezentowania swojego nazwiska, o Leopoldzie Maerinie Flincie robiło się głośno wśród angielskiej socjety. Stawał się coraz bardziej rozpoznawalny, a wraz z większą rozpoznawalnością przychodziła jeszcze większa presja. Oklumencja, którą nadal wytrwale ćwiczył po kątach, w przerwie od obowiązków, pomagała mu uporać się z myślami, posegregować je, jak regały na półce, na którym królowała literatura węgierska.


Kiedy ją poznał, po jednym z wyścigów, jutrznia przebudziła się w jego sercu. Jej obecność była równie uzależniająca, co słodki smak zwycięstwa rozlewający się w przełyku. Spędzili długie godziny na rozmowach, sącząc drogie, wytrwane wino. Spotykali się coraz częściej potajemnie, pod odsłoną nocy, na tyle często, że zapach wiśni, który emanował z jej ciała, zaczął kojarzyć się Leopoldowi tylko z nią. Jej smukłym ciałem, subtelnym dotykiem ust i trzepotem motylich skrzydeł w jamie brzucha.

1961 - lepsza wizja świata; dołączenie do grona Śmierciożerców

Lata mijały, a Leopold zaznaczał swoją obecność na salonach angielskiej, magicznej elity, chociaż sława, która przyszła wraz ze sportowymi osiągnięciami, równie często go przytłaczała; czasem wręcz dusił się uwagą, jaką dostawał. Tym chętniej przyjmował każdorazowo koniec sezonu jeździeckiego, a po jego ukończonej chwilowej uieczki od tego przytłaczającego splendoru szukał na leśnych terenach, gdzie wchłaniając w nozdrza kojący zapach natury, wyczuwał się w jej zew, oddając się swojej drugiej zaraz po pływaniu największej pasji - polowaniu, które czasem, chociaż nie zawsze - przybierało charakter niezdrowej rywalizacji.
Tam, pośród lasów, było wszystko dużo prostsze, mniej skomplikowane, liczył się instynkt, zdolności percepcyjne i nic więcej. I to właśnie tam, wczesną wiosną 1961 roku, skórując wytropioną i upolowaną przez siebie zwierzynę, po raz kolejny usłyszał, z ust jednego z Averych, biorącym udział w polowaniu, pogłoski o Czarnoksiężniku, który pragnął odmienić losy magicznego świata. Wcześniej ten temat, w trzewiach rodzinnej posiadłości, poruszył ze starszą ze sióstr, lecz dopiero teraz zagościł w jego myślach na stale, stając się zapalnikiem do wielogodzinnych rozważań. 
Owładnięty tą myślą, zachłysną się nową wizją świata, która przez kilka nocy z rządu odbierała mu luksus snu. W końcu, by ukrócić swoje męki związane z jego niedoborem, skontaktował się z Cassiusem, aby za jego pośrednictwem zagłębiać się coraz bardziej w zakamarki nowej ideologii, która nie tylko go kusiła, lecz też uwiodła.
Cassiusa poznał rok wcześniej na wyścigach konnych, w których oczywiście brał udział i które sam Avery do tej pory nie wspomina za dobrze, bowiem postawił na złego konia i przegrał, podczas gdy Leopold świętował triumf. I chyba wtedy, w nieznośnej atmosferze napięcia, po raz pierwszy, sięgając spojrzeniem jego oczu, rzucił mu wyzwanie,  które zapoczątkowało początek całej serii. Może wspomnienie Czarnoksiężnika było kolejnym z nich - zarzuconą siecią mają na celu obnażyć jego determinacje? Połknął haczyk, a ciekawość w końcu zmieniła się w decyzje, jaka na zawsze miała odmienić jego życie, wytyczyć nowe, dotychczas niezbadane ścieżki w szeregach popleczników Czarnego Pana, do których przystąpił, pełny nadziei na nowe jutro, jakie miało dopiero nadejść razem ze słodką obietnicą zmian.
 
0
Pozostało PP
mixed
0
Pozostało PM
0
8
0
OPCM
Uroki
Czarna magia
0
0
0
Transmutacja
Magia lecznicza
Eliksiry
18
20
15
Siła
Wytrzymałość
Szybkość
Ścieżka III — Opieka nad magicznymi stworzeniami
Hodowla magicznych stworzeń
Ścieżka VIII — Historia i kultura magiczna
Znajomość obyczajów i etykiety
Ścieżka XIV — Odkrywanie świata
Kartografia i nawigacja
Przewodnictwo i przetrwanie w nieznanych terenach
Ścieżka XV — Przetrwanie
Tropienie i śledzenie
Łowiectwo i polowanie
Przetrwanie w ekstremalnych warunkach
Ścieżka XVI — Społeczeństwo i wpływy
sztuka kłamstwa i oszustwa
urok osobisty
Ścieżka XVII — Artyzm i twórczość
fortepian
Ścieżka XVIII — Sport
jeździectwo
pływanie
fechtunek
strzelectwo
Ścieżka XIX — Technika i rzemiosło
żegluga
Ścieżka XX — Poliglotyzm
j. niemiecki
j. norweski
Ścieżka XXI — Magiczna umiejętność
Oklumencja

drzewko

Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
26-11-2025, 21:19

Witamy na forum Serpens!

Mistrz Gry utworzył dla Ciebie osobisty dział, w którym została umieszczona Twoja skrytka bankowa. Udaj się do niego i opublikuj temat z sowią pocztą oraz umieść tam swój prywatny kuferek. Na start otrzymujesz też od nas skromny prezent – znajdziesz go w swoim ekwipunku.

Możesz już rozpocząć zabawę na forum! Zachęcamy, abyś sprawdził, co Ci się przyśniło, rozeznał się w aktualnych wydarzeniach oraz spytał, kto zaczyna.

Odtąd Twoje słowa, decyzje i sojusze mają znaczenie. Uważaj, komu zaufasz — wężowe języki są zdradliwe. Dobrej zabawy!

Karta zaakceptowana przez: Igor Karkaroff

    Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
14-12-2025, 17:35

Leopold Flint

Ekwipunek

pozostałe przedmioty spoza automatycznego ekwipunku

darmowa sowa pocztowa

Historia rozwoju

[15.12.2025] zatwierdzenie karty postaci, +1 siła
    Odpowiedz
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 10-01-2026, 09:35 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.