• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Ministerstwo Magii > Główne archiwum
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
13-11-2025, 20:31

Główne archiwum
Archiwa Główne zajmują rozległy, chłodny kompleks pomieszczeń rozciągających się głęboko pod głównymi korytarzami Ministerstwa. Rzędy wysokich regałów ciągną się tu w równych alejkach, a każdy wolny metr przestrzeni wykorzystano na szafy ogniotrwałe, katalogi kart i zamykane szuflady. Panuje tu niemal absolutna cisza; jedynym dźwiękiem są ciche kroki archiwistów przemieszczających się między półkami z listą odłożonych akt. Dokumenty uporządkowano według rygorystycznego systemu: od starych dekretów i protokołów komisji po bieżące raporty departamentów oraz korespondencję międzyurzędniczą. W powietrzu unosi się zapach papieru, pergaminu i konserwujących atramentów.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
23-11-2025, 15:30
4 kwietnia

Pergamin był moim największym wrogiem, którego darzyłem szczerą nienawiścią i prawdopodobnie była to nienawiść odwzajemniona, bo im dłużej wpatrywałem się w niezapisany kawałek przed sobą, tym bardziej wydawał mi się pusty. Zupełnie jakby celowo stawiał mi opór za każdym razem, gdy choćby pomyślałem o tym, aby napisać raport, z którym zalegałem od trzech dni albo wypełnić te głupie tabelki-formularze z działu personalnego, który badał wpływ zadowolenia urzędników z nowego systemu wewnętrznej poczty ministerialnej.
Sowy w końcu nie srały na biurka, chyba nie było idioty, który by się z tego nie cieszył.
Mimo to czułem coś w rodzaju podziwu dla tamtejszych pracowników, bo najwyraźniej znaleźli sobie pracę, o której ja marzyłem: wymyślanie bzdur, aby uprzykrzyć innym życie i jeszcze dostawać za to wynagrodzenie. Niestety mi przyszło jedynie kiszenie się w departamencie współpracy czarodziejów, co oznaczało, że muszę jednak wziąć to cholerne pióro i zacząć opisywać przebieg spotkania w sprawie negocjacji ruchu magicznego turystycznego na granicy i ograniczenia formalności związanych z pozwoleniami na świstokliki grupowe.
Dwa kawałki pergaminu później zerknąłem na zegar w przekonaniu, że właśnie wypełniłem tygodniówkę i będę mógł cieszyć się wolnością przez następne trzy dni, ale ku mojemu zaskoczeniu zegar wskazywał dopiero kwadrans po jedenastej, co oznaczało, że z raportem uporałem się w godzinę i byłem zdecydowanie zbyt dobrym pracownikiem jak na stawkę, którą zarabiałem. Poczułem do siebie autentyczne obrzydzenie z tego powodu, położyłem się więc na kanapie, aby chwilę odpocząć i wrócić do psychicznej normy przed dalszymi zadaniami, które zrzucono na moje barki.
Motywacja do pracy nie była moją mocną stroną, co nie powinno mnie dziwić, skoro odczuwałem niechęć na myśl o siedzeniu w biurze. Powinienem być w tym czasie gdzieś indziej i robić coś o wiele bardziej pożytecznego. Ratować ludzkie życia albo walczyć ze smokami pilnującymi książąt w wysokich wieżach, a nie marnować swój potencjał na dyplomatyczne dysputy. W porządku, może byłem w tym dobry, umiałem w dyplomację i nie wahałem się korzystać z drobnego daru kokieterii i osobistego uroku, ale nadal było to za mało, abym czuł satysfakcję. Wypełniałem obowiązki skrupulatnie, unikając skarg i zażaleń, ale nigdy nie zostałbym pracownikiem miesiąca, nawet jeśli sam jeden pracowałbym w swoim dziale.
Przewróciłem oczami, siadając ponownie przy biurku i sięgając dwoma palcami po jeden z listów na piętrzącej się kupce wstydu. Przebiegłem pobieżnie wzrokiem po jego treści, dopisałem na dole krótką adnotację, przybiłem magiczną pieczątkę, która dokonywała cudów w podległych Departamentowi działach i odłożyłem list na drugą kupkę. Powtórzyłem tę czynność w nieskończoność a na pewno ze dwadzieścia razy, zanim uporałem się z ostatnim pismem i zarządziłem przerwę na herbatę, bo dochodziła godzina pierwsza po południu.
Zdecydowanie byłem za dobrym pracownikiem.
Potem przyszła pora na analizę sprawozdań od stażystów, które przeczytałem dość dokładnie, bo paradoksalnie to właśnie ta cała ministerialna młodzież dostarczała mi największej liczby informacji o tym, co się działo w ministerstwie i na świecie. Byli dobrymi obserwatorami, bo chcieli się wykazać, a przy tym na społecznej drabinie tak nisko, że żaden nie protestował, gdy pod ich raportami zdarzało mi się napisać własne nazwisko. Nieczęsto; miałem w sobie coś na wzór uczciwości, ale czasami po prostu trzeba było nieco nagiąć zasady.
Może gdybym naprawdę tonął w sensownej pracy, miałbym poczucie, że robię coś ważnego, co przysłuży się krajowi. Ale nie. Realnie robię bzdury za bzdurą. O, proszę, pismo o zezwolenie na transport ciemierników. Czym do diabła są ciemierniki i dlaczego mój departament ma się tym zajmować? Co to ma wspólnego z międzynarodową współpracą czarodziejów? Zmiąłem pergamin i ze złością rzuciłem do kosza, po czym podpaliłem go jednym zaklęciem. Nieco mi ulżyło.
Westchnąłem ciężko, oparłem się wygodnie w fotelu i sięgnąłem po elegancką kopertkę z woskową pieczęcią francuskiego ministerstwa. Rozerwałem ją nieśpiesznie, czując jednocześnie nadciągający ból głowy. „Szanowny Panie Crouch, w odpowiedzi na pańskie zapytanie pragniemy poinformować, że żaden z delegatów nie odniósł realnych obrażeń w związku z ceremonią...”. Przerwałem czytanie i przymknąłem na chwilę oczy. Dobre i to, przynajmniej Francuzi nie będą rościć sobie żadnych praw do odszkodowań za danie dupy przez Anglię na ceremonii koronacji ministra. Zaprzysiężenia, poprawiłem się machinalnie, chociaż nie istniała dla mnie żadna różnica. Brakowało nam jeszcze dyplomatycznego skandalu z naszym politycznym partnerem i uciszania ich kolejnymi obietnicami współpracy.
Z niesmakiem przypomniałem sobie, że w nadchodzącym tygodniu mamy gościć jeszcze delegatów z Rumunii w sprawie unormowania przepisów dotyczących ochrony smoków. Prawie zapomniałem, że ten kraj w ogóle istnieje i że ma w ogóle swoje własne ministerstwo. Ba!, że ma w ogóle swój departament dyplomatyczny. Czy oni nie podlegają temu całemu molochowi z Rosji? Wyciągnąłem kawałek czystej kartki, wygładziłem ją na biurku i zacząłem pisać szkic powitania, starając się używać maksymalnie prostych i zrozumiałych słów; nie byłem pewien, na ile znają angielski, a nie chciałem wywoływać kolejnej wojny, bo jakiś Alexandru czy inny Andrei poczuje się urażony.
Na moment zapatrzyłem się w okno, próbując dojść do ładu z „najwyższą starannością” a „angielską gościnnością”, rozmyślając o tym, że najgorsze w mojej pracy nie jest to, że jest nudna. Najgorsze jest to, że wszyscy w ministerstwie udajemy, że ta tona dokumentacji, którą każdy z nas produkuje, ma znaczenie. Że każdy list, każdy dokument, każde memorandum ma w sobie pozór doniosłości, podczas gdy naprawdę jest tylko śmiesznym przerostem formy nad treścią.

z/t
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
22-12-2025, 09:30
30 marca

Londyńska siedziba brytyjskiego Ministerstwa Magii przytłaczała swoją wielkością, a sama praca w tym miejscu była boleśnie przygniatająca. Kto więc mógł mi się dziwić, że zamiast poddawać się temu zgniatającemu uczuciu beznadziei, że wykonuję absolutnie bezsensowną i nikomu niepotrzebną robotę, wolałem szukać ciekawszych i bardziej ambitniejszych alternatyw? A sofa w gabinecie Wulfrica niewątpliwie do takich należała, nawet jeśli na samym środku miała już lekkie wgniecenie spowodowane moją częstą obecnością i wierceniem się w każdej możliwej pozycji.
Oczywiście nie w znaczeniu, jakiego można się było po mnie spodziewać.
A przynajmniej nie w tym najbardziej oczywistym sensie.
Mogłem wypowiadać się z perspektywy znawcy i doświadczonego specjalisty w zakresie testowania sof i wszelkich powierzchni płaskich o wystarczającej miękkości, by się na nich położyć dla chwili czerpanej przyjemności i Merlin mi świadkiem, że w całym Ministerstwie Magii nie było bardziej wygodnej miejscówki od tej, którą zarezerwował dla siebie Fawley. Bez wątpienia zrobił to złośliwie ku mojej krzywdzie, bo po co pracoholikowi taka wygodna, miękka, otulająca sofa, skoro i tak dziewięćdziesiąt dziewięć procent swojego czasu w pracy spędzał poza nią? A ten jeden procent i tak był na wyrost.
Nie chciał się zgodzić na wyniesienie sofy do mojego gabinetu ani tym bardziej na zamianę samych gabinetów – zupełnie nie wiem czemu, nie wierzył chyba w to całe azjatyckie feng shui, które ostatnio było modne w wyższych kręgach – ale przynajmniej nie bronił mi dostępu do niej wtedy, gdy tego najbardziej potrzebowałem, czyli średnio co trzeci dzień w wersji oficjalnej, ale ponieważ często wybywał z gabinetu, by włóczyć się po tych swoich bagnach i szukać wodników czy innych psidwaków albo pertraktować z centaurami cenę pędzonego w lasach magicznego bimbru... W każdym razie wiedziałem, gdzie trzyma klucz i znałem zaklęcia rozbrajające drzwi wejściowe. Więcej mi do szczęścia nie było potrzebne, aby skutecznie ukryć się przed światem domagającym się ode mnie podpisów i dokumentów, a przy okazji zakosztować przyjemności z drzemki.
Tak jak teraz, gdy siedziałem nad jednym z formularzy dłużej, niż było to w ogóle przyzwoite dla człowieka o mojej pozycji, wpatrując się w rubrykę przeznaczoną na podpis. Tego dnia papier był wszędzie. Na biurku, na krześle, pod krzesłem. Ten pieprzony papier był nawet w mojej głowie, gnieżdżąc się obok filozoficznego pytania z zakresu ludzkiego egzystencjalizmu: DLACZEGO JESTEM TUTAJ A NIE NA SOFIE U WULFRICA? Może i nie był moim przyjacielem w ścisłym tego słowa znaczeniu, bo unikałem męskich przyjaźni z tego prostego powodu, aby nie przerodziły się przypadkowo w coś więcej – a Fawleyowi nie można było niczego odmówić - ale hej, ta cholerna sofa kusiła.
W jednej chwili podjąłem decyzję i wstałem, nie porządkując nawet papierów, nie zostawiając notatki i nie informując panny White o tym, gdzie wychodzę, choć jej mina świadczyła o tym, że doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że dziś mnie już nie zobaczy, a ciche do widzenia, panie Crouch tylko to potwierdziło. Złoto, nie stażystka. Wyszedłem na zewnątrz naszego małego działu dyplomatycznego; korytarze ministerstwa były długie i jednakowe, a tego dnia wydawały się dłużyć jeszcze bardziej niż zwykle, gdy przemierzałem liczne zakręty w drodze na piętro Wulfrica. Drzwi do tego gabinetu były uchylone, co powinno mnie ostrzec zawczasu, ale byłem tak podniecony myślą, że za moment padnę między miękkie poduszki i wyłączę się z życia na co najmniej dwie godziny, że nawet nie zwracałem uwagi na takie szczegóły.
- Mam nadzieję, że nie zajmujesz sofy z jakąś asystentką, bo jestem w bardzo dużej potrzebie i bez wahania was wyrzucę – powiedziałem na dzień dobry, zanim jeszcze zamknęły się za mną drzwi i momentalnie zatrzymałem się w miejscu, kiedy do mnie dotarło, że Wulfric nie jest sam, ale było już za późno, aby się wycofać. Starszy czarodziej siedzący przy jego biurku odwrócił się w moją stronę i zmierzył mnie spojrzeniem, które trudno mi było ocenić, chociaż mogłem się domyślać, co krąży mu po głowie.
- Est-ce que c’est le traducteur? - zapytał, unosząc lekko brew, a zaskoczenie na jego twarzy powoli zmieniało się w coś pokroju nadziei. Przeniosłem wzrok na Fawley'a, podczas gdy nieznajomy mruczał coś pod nosem, kręcąc przy tym głową. Mówił cicho, rozumiałem więc co któreś słowo, ale i tak ich sens był dość jasny i mało przychylny dla Wulfrica. Ja za to nabrałem pewności co do dwóch rzeczy: że czarodziej nie zrozumiał absolutnie nic z mojego nietypowego powitania i że będę mógł pomarzyć o drzemce, póki on znajduje się w środku.
- Ostatnim razem gdy tu byłem, pani Bovary czy jak jej tam, wyglądała zupełnie inaczej – rzuciłem[/b] kąśliwie w kierunku Fawley'a, nawiązując do ich głównej asystentki, która zajmowała się formalnościami w departamencie, w którym pracował. - W końcu się wami znudziła i robicie zagraniczną wymianę? - Uśmiechnąłem się kącikiem ust, wchodząc głębiej do gabinetu i spoglądając z ciekawością na gościa, który nie wstał z krzesła. Aha, czyli jakaś gruba ryba, ale i tak nie zamierzałem łatwo wypędzić się z gabinetu i odpuścić drzemki.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Wulfric Fawley
Czarodzieje
Wiek
34
Zawód
pracownik MM
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
6
Brak karty postaci
30-12-2025, 03:22
Chociaż nie brakowało mu zaangażowania w wypełnianiu swoich zawodowych powinności, entuzjazm, jakim kiedyś emanował, już dawno się ulotnił; zaginął gdzieś w stercie dokumentów do przejrzenia, pod którym uginało się biurko. Przeglądając kolejny raport, jeszcze bardziej zatęsknił za pracą w terenie. I gdyby nie brakowało rąk do pracy, najprawdopodobniej w te działania zaangażowałby jednego ze stażystów, a sam znalazłby sobie bardziej aprobujące jego uwagę zajęcie. Lecz tego dnia nic nie układało się po jego myśli.
Sięgając po kubek, odkrył, że kawa, jaką pił od półgodziny, w końcu się skończyła i nie miał kogo posłać po nową. Pani Bovary tonęła w własnej, codziennej rutynie, od której nie chciał jej odrywać. I żaden stażysta nie znajdował się obecnie w zasięgu jego spojrzenia.Z westchnieniem odsunął kartki, które, jakby solidaryzując się z jego nastrojem, nie wykazywały chęci współpracy. Zamrugał, próbując na nowo odnaleźć sens w drobnych, gęsto zapisanych rubrykach. Słowa mieszały ze sobą, zamieniając się miejscami, igrając z jego skupieniem, a monotonny szelest papieru zlał się z tykaniem zegara, którego wskazówki orientacyjnie dzieliły dzień na kolejne minuty upływające pod znakiem niechęci. Tymczasem dokumenty czekały na jego uwagę, sięgnął zatem po kolejną teczkę. Gdzieś na końcu korytarza rozpoznał znajomy odgłos kroków – podniósł głowę w tej samej chwili, gdy do gabinetu wkroczyła pani Bovary, a tuż za nią mężczyzna pod wąsem z fedorą na głowie. Zdjął ją, orientując się w końcu, że nie znajduje się w podrzędnym pubie, a w głównej siedzibie angielskiego ministerstwa magii. I gdyby nie ta niezapowiedziana (i równie mocno niechciane wizyta), wszystko biegłoby stałym, codziennym rytmem. Mężczyzna mówił dużo. I bełkotliwie. A Wulfric-
Cóż, Wulfric wychodził z założenia, że jeśli ktoś zawracał mu głowę w samo południe, przed obiadem, zwracał się do niego z prośbą o pomoc, jak ten jegomość, który miał czelność przedłużać jego męki za biurkiem, powinien płynnie posługiwać się jego ojczystym językiem, albo przynajmniej na tyle sprawnie, by mogli się porozumieć.
Czyż nie?
Nie widział, ile to trwało, lecz wybawienie nadeszło nieoczekiwanie, ze strony, z jakiej zupełnie się ratunku nie spodziewał. Rzucił wymowne spojrzenie w kierunku drzwi, w których pojawiła się znajoma sylwetka. Rafael, z delikatnością słonia w składzie porcelany, wtargnął do środka, jak do siebie, oczekując - tradycyjnie - wolnej kanapy, co obwieścił, naturalnie nie gryząc się w język.
Fawley uśmiechnął się pod nosem, ledwo tłumiąc śmiech, który usiłował wykraść mu kuzyn swoim beztroskim komentarzem. Jak dobrze, że łysiejący Francuz po czterdziestce stwierdził,że nauka języka angielskiego godzi w jego kruchą, męską dumę. Przynajmniej dyplomatyczne umiejętności kuzyna nie znajdą swojego zastosowania w tłumaczenia mu angielskiego poczucia humoru.
- Oui - potwierdził Wulfric. - Donnez-nous un moment - dodał, widząc, jak zaskoczenie, które widniało na jego twarzy, przechodzi w ulgę, a może nawet nadzieje. Najchętniej wyrzuciłby z tą mamroczącego pod nosem jegomościa, lecz nie chciał nadwyrężać struktur międzypaństwowego porozumienia zawartego przez oba ministerstwa. – Wysłałem panią Bovary po tłumacza, bo niestety bariera językowa nie służy płynnej komunikacji, ale jak zwykle masz doskonałe wyczucie czasu, kuzynie i rozumiem, że zechcesz nam pomoc w pokonaniu tej drobnej przeszkody? - zapytał głównie dla formalności, gdyż wiedział, jaki cel wizyty przyświecał Crouchowi. I pewnie pojął już powagę sytuacje. I to, że póki żabojad znajduje się w środku tego gabinetu, kanapa była dla niego nieosiągalnym marzeniem. Albo wytypuje inne miejsce na odpoczynek, albo pomoże rozwiązać problem, jaki przywiódł tu Francuza. – Przedstawię panów - przeszedł na francuski, chociaż każde słowo zgrzytało mu nieprzyjemnie pod zębami, gdy je wypowiadał. Akcent miał fatalny, kaleczący sylaby. Nie stanowił dobrego materiału na lingwistę i chociaż za młodu pobierał nauki tego języka, bo według matki był mu niezbędny do życia, być może w tym wypadku budziła się w nim głęboko zakorzeniona niechęć do narodu francuskiego. Wstał, a mężczyzna, dotychczas sprawiający wrażenie kogoś, kto przykleił się do krzesła, uczynił to samo. Widocznie jednak nie chciał pozostawić po sobie złego wrażenie. Skupił wzrok najpierw na gościu. - Pierre Leclair, delegat z francuskiego ministerstwa magii - po czym przeniósł go na kuzyna – Rafael Crouch z Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów.
Czy nie przez ten departamentu powinien przejść Pierre, przed pojawieniem się na progu jego gabinetu? Widocznie bałagan biurokratyczny dotarł także tam, ale czy powinno go to dziwić, biorąc pod uwagę fakt, z jakim zapałem jego rodzony kuzyn podchodził do swojej pracy? A może to Leclair nie dopełnił formalności, stwierdziwszy, że jest na tyle ważny, a sprawa, z którą przychodzi niecierpiąca zwłoki, że nie musi?
- Pan Crouch pomoże nam się porozumieć, panie Leclair.
Zajął swoje miejsce za biurkiem. Rafaelowi wskazał drugie krzesło. Przykre, ale kanapa musiała poczekać na lepsze czasy. Czasy bez francuskiego degenerata delegaty.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
31-12-2025, 20:44
Jeśli istniała jakaś siła wyższa, transcendentalny byt, na który mogłem zrzucić swoje problemy i nadzieje, to w tej właśnie chwili umarłby dla mnie bezpowrotnie, tak samo jak umarł mój plan ucieczki od pracy. Nie spodziewałem się takiej z d r a d y po Wulfricu, a jednak: oto stałem między młotem a kowadłem, pracą dla Fawley'a lub pracą dla swojego szefa i aż dygotałem wewnętrznie ze złości, że ten transcendentalny byt, w którego wiarę właśnie pochowałem bardzo głęboko, tak okrutnie ze mnie zakpił na własnym pogrzebie. Los miał doprawdy wysoce perwersyjne poczucie humoru, lubując się w rzucaniu mną między jedną a drugą katastrofą.
Francuz patrzył na mnie z mieszaniną ulgi i ciekawości, jak na objawienie zesłane przez biurokratycznych bogów. Prychnąłem w duszy na ten objaw głupoty. Jeśli już miałem być czyimś wysłannikiem, to mugolskich piekielnych otchłani, gdzie kończą tacy jak oni: zajmujące czas męczybuły.
- Nie możesz się dogadać z francuskim fraj... delegatem i uważasz to za drobną przeszkodę? - zerknąłem na kuzyna i powtórzyłem jego własne słowa upewniając się, że dobrze zrozumiałem problem. Jeśli brak możliwości jakiekolwiek porozumienia uważał za błahostkę, to doprawdy co byłoby poważnym problemem? Wojna centaurów w Hyde Parku jak w 1666? Londyn nie wyszedł na tym za dobrze. Zrezygnowany wszedłem w głąb gabinetu, godząc się na kolejną porażkę w moim doskonałym życiu i rozważając opcje, jakie mi pozostały. Jeśli szybko załatwię sprawę z Francuzem, może chociaż uda mi się urwać taką króciuteńką drzemkę... Skoro los pozwolił mi dotrzeć do drzwi gabinetu Wulfrica, niemal poczuć pod palcami fakturę tej przeklętej, idealnej sofy, to musiało jednak coś znaczyć.
- Monsieur Leclair – zwróciłem się po francusku do starszego czarodzieja, przywdziewając nawet na twarz profesjonalny uśmiech urzędnika, który jest stworzony, aby służyć petentowi – w czym Departament Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami może panu pomóc? - Już w chwili wypowiadania tych słów widziałem, jak oczy Francuza nabierają zupełnie innego blasku, a gdy otworzył usta...
Pięć minut później, wysłuchawszy całego monologu, doszedłem do wniosku, że cholerna wojna centaurów nie byłaby wcale takim złym problemem do rozwiązania. Przez krótką chwilę rozważałem, czy nie dałoby się jeszcze wycofać z tej całej sytuacji. Powiedzieć, że pomyliłem drzwi, bo szukałem gabinetu i zupełnie przypadkowo znam francuski. Czując na sobie ciężar tego, co usłyszałem, zwróciłem się do Fawley'a.
- Nasze szkockie kelpie zasrywają im kanał La Manche – powiedziałem w pełni poważnie i wkładając całe serce w oddanie tłumaczenia z francuskiego. - W dodatku przywlokły ze sobą ciamarnice, które zaczęły się masowo rozmnażać. Serio, Wulf, tak nazywa się to stworzenie? Nie wiem, co palił ich odkrywca, gdy nadawał im nazwę, ale to było mocne. - Zerknąłem jeszcze raz na sofę. Trwała niewzruszona, piękna w swojej miękkości, zupełnie obojętna na mój los. Westchnąłem z tłumioną rozpaczą, z bólem w sercu i w duszy, z rozdzierającym poczuciem niesprawiedliwości. - Pan Leclair – skinąłem w kierunku niechcianego gościa, który na dźwięk swojego nazwiska pokiwał głową, najwyraźniej ufając, że jego problem zostanie rozwiązany - życzy sobie, byśmy zabrali cały ten galimatias z powrotem do Morza Północnego, bo ich obecność denerwuje im syreny. Na Merlina, czy to nasza wina, że Francuzi nie potrafią obchodzić się z babami? Nawet z połówką kobiety sobie nie dają rady i zwalają to na nas – prychnąłem pełen pogardy dla naszych zamorskich sąsiadów niemal zza między. Złodzieje; wciąż nie oddali nam złupionych w przeszłości terenów.
Francuz znów coś powiedział, a spomiędzy jego słów wyłapałem te najważniejsze „dyplomatyczna interwencja”. O nie, nie dam sobie zrzucić na głowę srających kelpi i czegoś, czego nazwa brzmiała jak trzydniowe wymiociny, a właśnie to by się stało, gdyby departament Fawley'a nie podołał zadaniu i do akcji musiałyby wkroczyć służby dyplomatyczne. Czyli ja.
Nie. Ma. Mowy.
- Oczekuje, że jak najszybciej rozwiążesz ten problem. - Przetłumaczyłem, może nie do końca poprawnie, ale za to z odpowiednim akcentem na rozwiążesz. - Zagrożenie biologiczne - dodałem z powagą dla podkreślenia, jak w a ż n a była jego natychmiastowa interwencja. Byłem gotów kupić mu wędkę i nauczyć łowić te przeklęte kelpie, bylebym sam nie musiał się w to angażować. On był specjalistą od magicznych stworzeń, ja ledwie rozróżniałem kopyto od łapy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Wulfric Fawley
Czarodzieje
Wiek
34
Zawód
pracownik MM
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
6
Brak karty postaci
03-01-2026, 11:18
Było w tej sytuacji coś potwornie k u r i o z a l n e g o. Praca, przed którą uciekał Rafael, sama go dopadła, w najmniej oczywistym miejscu. Z trudem stłumił śmiech, który chciał przyjść, gdy w głowie Fawleya narodziła się ta myśl. Ostatecznie jednak perfekcyjnie zapanował nad mimiką swojej twarzy, pozostała niewzruszona i widniała na niej tylko zwyczajowa otulina uprzejmości.
Francuz patrzył na Croucha jak na ostatnią deskę ratunku, wybawienie, najprawdziwszy cud, ostatnią nadzieję, zanim jego świat legnie w gruzach. W jego spojrzeniu czaiła się ufność, przepleciona desperacją i wyczekiwaniem. Wulf też upatrywał w niezapowiedzianej wizycie kuzyna ratunku, i jednocześnie zaciągał u niego dług wdzięczności, o rekompensacie pomyślą jednak później, jak uporają się z istniejącym, realnym problem.
- Owszem, a już na pewno przeszkodą, którą można w łatwt sposób pokonać - zgodził się; spokój, jaki wybrzmiewał z tonu jego głosu nie wspolgrał z odebranymi kuzynowi nadziejami na przyjemną drzemkę. Mówił spokojnie, niemal od niechcenia, jakby całe to zamieszanie było jedynie drobną niedogodnością, którą można usunąć jednym ruchem ręki. Tymczasem chociaż Rafael maskował emocje lepiej niż nie jeden aktor na deskach teatru, Wulf znał go na tyle dobrze, by rozpoznać nastrój, jaki mu towarzyszył.
Obserwując spod przymrużonych powiek, jak Francuz zdradza Rafaelowi cel swojej wizyty, utwierdził się w tym przekonaniu, bowiem nie musiał znać języka żabojdów, by wiedzieć, że mężczyzna z determinacją godną jego krajan, próbuje wymigać się od jakiekolwiek odpowiedzialności za ten incydent. Z pewnością nie wyglądał na kogoś, kto chciał rozstawiać pułapki na kelpie w środku nocy, zwłaszcza z szemrzącą w tle perspektywą dyplomatycznej interwencji, która z kolei nie uradowałaby Croucha.
Gdy tylko usłyszał, że kelpie i ciamarnice znowu chcą przejąć kanał La Manche, a w tle rozgrywa się dramat niezadowolonych syren, poczuł w żołądku znajome ukłucie niepokoju, chociaż starał się zachować kamienną twarz. W duchu jednak już opracowywał plan awaryjny. Wiedział, że jeśli nie uda się zatuszować sprawy na etapie rozmów, lawina oskarżeń ruszy niepowstrzymanie. Znał aż nadto dobrze mechanizmy ministerialnej machiny – najpierw pojawią się pogróżki ambasadorów, potem stosy raportów i not dyplomatycznych, a na końcu ktoś będzie musiał ponieść konsekwencje. Niezależnie, kto poczuwał się do odpowiedzialności, a kto nie jeśli nie załatwią tego po cichu, sprawa wybuchnie z opóźnionym zapłonem, a wtedy to Wulfric będzie się tłumaczyć, dlaczego syreny z Kanału La Manche domagają się odszkodowania, a francuski ambasador grozi zerwaniem współpracy. Takie sprawy zawsze kończyły się na biurokracji i szukaniu winnych. Zawsze w tej samej kolejności.
– Nie pierwszy i nie ostatni raz – skwitował krótko, walcząc sam ze sobą, by te słowa nie zabrzmiały, jak syk irytacji. Nieudolność Francuzów nie powinna go dziwić. W końcu nie pierwszy raz ich ministerstwo próbowało obarczyć odpowiedzialnością swój brytyjski odpowiednik. – I tak, właśnie tak się nazywają. Też uważam, że zostały skrzywdzone tą nazwą, ale nie przekonamy ich odkrywcy, by zmienił dilera, bo już nie żyje.
Przez sekundę, chyba z powodu bezsilności, która nim zawładnęła, miał ochotę wybuchnąć śmiechem – cały absurd tej sytuacji, narzekanie na francuską nieudolność, a jednak to on będzie musiał wyciągać za nich kasztany z ognia, zanim płomienie poparzą mu dłonie.
Westchnął w duchu, próbując zebrać myśli. Uczucie deja vu męczyło go nieprzyjemnie. Przypomniał sobie, jak dwa lata temu z poczuciem obowiązku, niemal automatycznie, podjął się zadania naprawienia dyplomatycznych szkód. Wtedy jeszcze wierzył, że to jednorazowy incydent, że wystarczy odrobina taktu, by zakończyć sprawę. Teraz, z perspektywy czasu, widział, że to była naiwność granicząca z brakiem wyobraźni.
Zastanawiał się jeszcze przez chwile, czy i tym razem nie powinien wydelegować kogoś spoza ścisłego kręgu, pozwolić młodszym współpracownikom na odrobinę praktyki. Ale równie dobrze pamiętał, jak niedoświadczony zespół dwa lata temu ledwo poradził sobie z presją, a konsekwencje ich działań musiał łagodzić jeszcze przez długie miesiące. Francuzi, ze swoją niezmienną skłonnością do zrzucania winy na Brytyjczyków, nie zamierzali ułatwiać mu zadania, a on chyba nie powinien po raz kolejny wystawić tego układu na próbę. Gdyby nie to, że chodziło o realny kryzys, mógłby sobie pozwolić na takie posunięcie, lecz obecna sytuacja skutecznie eliminowała ten pomysł.
– Rozumiem, jak poważna jest sytuacja – powiedział, zachowując urzędowy spokój. Omiótł spojrzeniem twarz delegata, łapiąc z nim kontakt wzrokowy. – Przekaż Monsieur Leclairowi, że Departament Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami natychmiast przystąpi do działań. Skontaktuję się z naszymi ludźmi w Szkocji i Francji, by jak najszybciej zorganizować odłów kelpi i ciamarnic. Syreny w Kanale La Manche mogą spać spokojnie, a nasza współpraca z francuskim Ministerstwem Magii... - Spojrzeniem tym razem zawędrował do twarzy kuzyna, łapiąc z nim chwilowy kontakt wzrokowy, gdzies na krawędzi wulfricowych źrenic zapłonęła iskra rozbawienia. – Sam oceń, ile jest warta, bo wydaje mi się, że coraz mniej, skoro nie radzą sobie już z niczym. I gdy znowu przyjdzie im do głowy, by zrzucać odpowiedzialność na nas, następnym razem osobiście dopilnuję, żeby delegata dostał odpowiedni sprzęt i instruktaż w terenie. Tego ostatniego mu nie mów. Podejrzewam, że dyplomatyczna interwencja nie jest ci na rękę?
A sofa czeka, chciał dodać, ale ugryzł się w język. Już teraz pewnie miał go zdrajcę, który nieoczekiwanie sprzymierzył się przeciwko niemu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
08-01-2026, 20:03
Merlin miał naprawdę podłe poczucie ironii, obdarzając mnie talentem do rzeczy, których szczerze nie cierpiałem; w tym wypadku chodziło tylko o skromną umiejętność posługiwania się językiem francuskim, ale proszę bardzo, jaką cenę musiałem za to zapłacić. Mimo to czułem, jak wraca do mnie to znajome, choć niezbyt cenione uczucie: niechęć do działania spleciona z zawodowym niemal automatyzmem. Byłem jak wytrenowany szczeniak, którego nauczono aportować w zamian za smaczki, więc poproszony o pomoc nie umiałem odmówić, bo mój własny smaczek, wygodna sofa, czekała już obok, wabiąc i kusząc niemiłosiernie. Podła.
I podły Wulfric. Doceniałem oczywiście fakt, że formalnie to jego departament wpadł w bagno i właśnie musi się z niego wydostać, ale aluzja Fawleya była aż nadto czytelna. Nie musiałem zgadywać, czyje nazwisko wypłynie na wierzch, gdy trzeba będzie gasić pożar. Dyplomatyczna interwencja! Miałem ochotę zdzielić go przez łeb.
Spojrzałem na Wulfrica kąśliwie i krótko, ale ten jeden ułamek sekundy, gdy zatopiłem w nim spojrzenie spokojnie wystarczał, by przekazać mu niezbędną treść cichego komunikatu. Doskonale wiem, co robisz. Zamiast jednak pokornej uległości, odpowiedział mi jednak tym irytująco niewinnym błyskiem rozbawienia. Postanowiłem więc wyartykułować swoje niezadowolenie głośno i po angielsku.
- Oczywiście że nie jest mi na rękę – rzuciłem Fawleyowi kolejne spojrzenie, tym razem morderczo groźne – nie zmienisz jakiegoś durnego wodnego konia i magicznej ośmiornicy w międzynarodowy incydent i nie zrzucisz mi go na głowę. - Nie po to uciekałem od własnego biurka i ministerialnych problemów, by rozwiązywać cudze. I tak powinni mi wypłacić dodatek za delegację do innego departamentu. Ciekawe jak się na to zapatrywała nasza księgowość. Może był jakiś bonus za wywołanie dyplomatycznego kryzysu a potem jego zręczne opanowanie? Uśmiechnąłem się do Francuza nieco wymuszenie i przetłumaczyłem zapewnienia kuzyna, że angielska strona zajmie się tym niezwłocznie, po jego minie widziałem jednak, że nie jest do końca przekonany.
Gdy znów zaczął mówić, po francusku długo, rozwlekle i z wyczuwalną nutą pretensji, którą pewnie miał zakorzenioną w krwi od czasów wojny stuletniej, poczułem znajome ukłucie irytacji, ale szybko zdusiłem je w zarodku. Bo oczywiście, natychmiastowe działania były dla niego zbyt wolne. Obietnica wyłapania magicznych stworzeń nie stanowiła dla niego żadnej gwarancji. Zapewne oczekiwał, że któryś z nas wyczaruje na jego oczach rybackie sieci, a potem obaj teleportujemy się na sam środek kanału, w dowód wykonania zadania przynosząc mu w łupach głowę jakiegoś nieszczęsnego kelpie. Jakby ktokolwiek przy zdrowych zmysłach mógł teleportować się do Kanału La Manche i własnoręcznie wyłowić ciamarnice z wody w przeciągu kwadransa. W zasadzie nie powinienem się dziwić, sam pewnie traktowałbym swoich rozmówców identycznie, gdybym był na jego miejscu, ale i tak poczułem oburzenie.
- Panie Leclair – podjąłem więc ponownie, powstrzymując się od jowialnego objęcia go ramieniem, chociaż skrócenie dystansu i zaznaczenie pewnej poufałości niewątpliwie mogłoby pomóc. - Nasi specjaliści zajmą się tym bez zbędnej zwłoki, zapewniam, że... - przerwałem w pół zdania, bo wpadł mi do głowy znakomity pomysł. Poufałość! - Wulfric! - syknąłem do kuzyna, odwracając się w jego stronę – załatw jakiś alkohol. Spijemy gnoja, podpisze nam wszystko, co trzeba i się go pozbędziemy. No już! - pogoniłem go, ignorując ewentualny sceptycyzm na jego twarzy i z powrotem wróciłem do niechcianego gościa. Jeśli Fawley był urzędnikiem z krwi i kości, trzymał w swoim gabinecie porządną kolekcję alkoholi. Na Merlina, przecież inaczej nie dałoby się w tej pracy wytrzymać.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 11-01-2026, 00:46 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.